Janusz Wolniak

Materiały

Joanna Szczepkowska

Wprawdzie do 4 czerwca jeszcze trochę czasu zostało, by odnieść się do tej rocznicy, ale dwie rzeczy skłoniły mnie do tego, by temat przyśpieszyć. Od paru dni głośno jest o rozstaniu Joanny Szczepkowskiej z „Gazetą Wyborczą” a dokładniej mówiąc dodatkiem tego pisma pt. „Wysokie Obcasy”, gdzie zamieszczała swoje felietony. Przypomnę młodszym czytelnikom, że Joanna Szczepkowska oprócz aktorowania, przeszła do historii najnowszej, kiedy w 1989 r., w ówczesnej, jeszcze PRL-owskiej telewizji powiedziała słynne słowa, że 4 czerwca skończył się w Polsce komunizm. Nigdy nie zapomnę skonsternowanej miny spikerki, która z nią wówczas rozmawiała. Oczywiście, komunizm wcale 4 czerwca się nie skończył. Jego relikty do dzisiaj istnieją. Towarzysz Szmaciak ma się dobrze. Brak dekomunizacji czkawką nam się odbija. Ostatni sekretarze PZPR Kwaśniewski, Miller czy Czarzasty często pojawiają się w mediach i bez żenady przywołują „upiory rewolucji”. I takich pomniejszych sekretarzy co rusz można spotkać. Uaktywniają się szczególnie w okresie wyborów, widząc wtedy dla siebie szansę na powrót i licząc na krótką pamięć narodu. Poza tym przecież wyrosły już nowe pokolenia Polaków, które „zasługi komunistów” mogą tylko znać z historii, a tej jak wiemy, uczy się po łebkach. Trzeba zatem przypominać ciągle who is who w Polsce, bo okaże się, że jak jeden z takich domorosłych myślicieli napisał, to dzięki komunistom mamy dzisiaj wolność. Wracając do pani Szczepkowskiej, muszę dodać, że jej wolta acz spóźniona, to ważna, bo medialnie nośna. Środowisko „Wyborczej” odsądziło ją od czci i wiary. Nie może wśród nich być ktoś, kto tak jak Szczepkowska, otwartym tekstem mówi o homolobby w teatrze, krytykuje ideologię gender, chwali ks. Oko i do tego otwarcie krytykuje akcje pt. „Ludzie Wolności”. Ta inicjatywa związana jest właśnie z nadchodzącą 25. rocznicą wyborów 4 czerwca. Dzisiaj ich ułomność jest nam dobrze znana, ale wtedy to był czas wielkiej euforii, że udaje się chociaż w części odsunąć komunistów od władzy. Naród pokazał komunistom, że ich miejsce to śmietnik historii. Zabrakło wówczas determinacji, by zakazać pełnienia funkcji publicznych tym wszystkim, którzy Polskę przez ponad 40 lat grabili. Szczepkowska po 25 latach doświadczyła na własnej skórze, bo szykany za poglądy dotknęły ją nie tylko w gazecie, że tenże komunizm, którego upadek obwieściła, jest dalej, tyle że pod inną fasadą. Obecna liberalna polityka rządzącej koalicji narobiła już wiele szkód, które przez lata trzeba będzie naprawiać. Mariaż Tuska i Millera może być prawdopodobnym scenariuszem. Oby naród nie dał się zwieść fałszywym prorokom. Janusz Wolniak  

Wielki Tydzień

Monstrualny nadmuchany króliczek w centrum miasta, wystawy sklepowe jak ilustracja z filmów Disneya. Pokraczne kaczory, misie, zające, z rzadka baranki, żeby się nie kojarzyło z Barankiem Bożym. Dobrze, że jeszcze nikt nie czepia się jajek, chociaż te tradycyjne ludowe wzory przesłaniane są jakimiś koszmarkami a czasami reklamami firmowymi. To forma, ale jest jeszcze treść. Oto jakiego rodzaju życzenia są najczęściej: - Niech króliczek przyniesie Wam to, czego najbardziej pragniecie! - Świąt bez końca i białego zająca! - Wesołego królika, co po stole bryka! - Rozkicanego zająca, uśmiechów bez końca! Takich infantylnych życzeń bez liku można znaleźć na kartkach, w Internecie, na wystawach sklepowych i w całej przestrzeni publicznej. Symbole religijne nie są trendy. Zmartwychwstały Chrystus zastąpiony przez zajączka. Ludzie nie przestrzegając 40-dniowego postu, rekolekcji, liturgii Wielkiego Tygodnia, znajdują takie przykłady i nie zastanawiają się nawet nad tym, co właściwie te święta znaczą. Jakie znaczenie miała męka Pańska? Dlaczego Chrystus Zmartwychwstał? Kto nie przeżyje Drogi Krzyżowej, nie weźmie udziału w radości procesji rezurekcyjnej obwieszczającej Zmartwychwstanie i nie zaśpiewa radosnego Alleluja, czy jest w stanie zrozumieć istotę tych świąt. Ich konsumpcyjny wymiar sprowadzi się tylko do sytych posiłków, w najbliższym wypadku jeszcze do poświęcenia pokarmów, uroczystego biesiadowania i rodzinnego spaceru, jeśli pogoda pozwoli. A przecież istotą chrześcijaństwa jest wiara w zmartwychwstanie. Wielkanoc była pierwszym świętem obchodzonym w chrześcijaństwie. Wielkanoc jest symbolem triumfu dobra nad złem, życia nad śmiercią i refleksją nad osobą i dziełem Jezusa Chrystusa. Dzięki Chrystusowi możemy spojrzeć w innej perspektywie na nasze życie. Jak powiedział ostatnio papież Franciszek, tu na ziemi jesteśmy tylko przechodniami. Pora  by na chwilę zatrzymać się na refleksję. Mówię to przede wszystkim do ludzi wierzących, do katolików, bo przecież inni mogą sobie ten czas urządzać po swojemu. Bycie zaś we wspólnocie wiary wymaga, by do tych świąt się przygotować. Jest jeszcze czas na to. Niedziela Palmowa to święto chrześcijańskie upamiętniające przybycie Jezusa Chrystusa do Jerozolimy. Jest to również pierwszy dzień Wielkiego Tygodnia, który kończy się w Niedzielę Męki Pańskiej. 

Adamek znowu walczy!

Niedawno pisałem o celebrytach w polityce a tu kolejna niespodzianka. Pojawił się nowy przypadek. Chciałoby się powiedzieć kliniczny. Tyle, że dość zaskakujący. Bokser Tomasz Adamek postanowił spróbować swoich sił na większym ringu i z wieloma przeciwnikami naraz. Ma oto znaleźć się na listach wyborczych do europarlamentu, reprezentując partię Ziobry „Solidarna Polska”. Poczciwy „Góral”, jak mówi, dostał zgodę żony i rusza do walki. Ostatnio dostał spory łomot od średniej klasy Ukraińca, niejakiego Głazkowa. Już samo nazwisko niejednego by przestraszyło, ale nasz mistrz już otrząsnął się po porażce i, jak widać chce zatrzeć złe wrażenie i przebojem wejść do polityki. Ciekawe czyja to sprawka –Ziobry czy Kurskiego? Ja stawiam na tego drugiego, przecież kiedyś mówił, że ciemny naród wszystko kupi. Też jestem ciekawy czy w tych wyborach ludzie zagłosują na sportowców. Przypomnę, że kandydują jeszcze m.in. Maciej Żurawski, Otylia Jędrzejewska i Bogdan Wenta. Właściwie czego ja się czepiam, skoro taki Kliczko może, to czemu nasz ma być gorszy. Tyle, że Witalij ma solidne wykształcenie i rzeczywiście do polityki przysposabiał się już dawno. A przecież gdyby Adamek z tym Głazem czy Głazkowem wygrał, to chyba by się na te europejskie salony nie pchał. Ostatecznie forsa też tu jest nie do pogardzenia i niewiele robić trzeba, a kasa co miesiąc leci za zwykłe machnięcie piórem a nie pięścią. I lico ma się czyste, a nie jak spod budki z piwem. Nieźleś to sobie Tomaszu wymyślił. Tylko, Góralu, czy ci nie żal… Janusz Wolniak

Zrób to dla Polski!

Kto widział spot zachęcający Duńczyków do prokreacji?http://wiadomosci.onet.pl/swiat/zrob-to-dla-danii-kampania-zachecajaca-pary-do-uprawiania-seksu/x3lhx Jeśli nie to, zachęcam, ale nie tylko do oglądania się… za siebie, tylko do roboty. Podstawowym czynnikiem, który determinuje naszą przyszłość to demografia. W całym kraju, mamy od lat ujemny przyrost naturalny i  wysoką umieralność. Poziom tzw. dzietności wynosi 1,21 dziecka, a do prostej zastępowalności pokoleń potrzeba 2,1. Duńczycy są małym narodem, około 5 milionowym i u nich ten wskaźnik wynosi dużej więcej, bo 1,8. Mimo to widzą oczywisty fakt, wkrótce staną się społeczeństwem ludzi starych, a w przyszłości znikną z powierzchni. Za 50 lat, przy obecnym przyroście naturalnym, Polaków będzie około 15 mln. Tylko czy nasz rząd się tym przejmuje, tak jak duński. Skąd, liczy się tylko tu i teraz. Po nas choćby potop. Ale jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy. Wiara. W Danii jest najmniejszy odsetek ludzi wierzących w Europie. Ten obojętny stosunek do religii w prosty sposób przekłada się na styl życia. To społeczeństwo konsumpcyjne, w którym nie ma miejsce na kłopotliwe wychowanie dzieci. Według dość powszechnego widzenia badaczy kryzys współczesnej rodziny jest faktem. Prowadzi on nie tylko do ograniczenia prokreacji, ale powoduje dezintegrację i częsty rozpad małżeństwa. Dziecko traktowane jest jak inwestycja, na którą nie każdy może sobie pozwolić. Rodzice chcąc zapewnić dziecku najlepsze z możliwych warunki rozwoju, poświęcają wiele środków finansowych. Często nie stać ich już na drugie dziecko albo też poświęcają się karierze zawodowej. Stąd coraz popularniejszy staje się model rodziny 2+1.  Czy akcja duńska ma szanse powodzenia? Myślę, że nie. Większe szanse miałaby w Polsce, pod warunkiem prowadzenia odpowiedniej polityki prorodzinnej. Dania to jeden z najbogatszych krajów świata. Ani wysoki, ani niski standard życia nie sprzyja Polsce i Danii. A jak wszyscy wiemy, Chińczyki trzymają się mocno. Janusz Wolniak

Wrażliwość pani minister

Jakoś nie zauważona przeszła ostatnio rocznica pewnej nominacji. Wszak to cztery miesiące temu, 27 listopada urząd ministra edukacji narodowej objęła Joanna Kluzik-Rostkowska. Z tej łączki oświatowej dwa ostatnie krzaczki. Wypichciła je Pani Joanna. W pierwszym przypadku, wychodząc naprzeciw laickich środowisk domagających się obowiązkowych lekcji etyki, zmieniła obowiązujące prawo. Dotychczas szkoły mogły je realizować pod warunkiem zgłoszenia się co najmniej trojga chętnych. Teraz Kluzikowa złożyła podpis pod rozporządzeniem mówiącym, że wystarczy jedna osoba i już takie zajęcia trzeba organizować. Jakie to proste. Jeden pstryk i już. Do tego można też w każdej chwili z takich zajęć zrezygnować. Nie trzeba za wiele wyobraźni, by zobaczyć jak to może wyglądać w praktyce. Może by tak pójść tym tropem i na przykład jak się komuś zachce nauki chińskiego, to też mu sprowadzić lektora, wszak Chińczyków jest bardzo wielu. Pani Kluzikowa bardzo jest wrażliwa na wszelkie lewackie krytykanctwo. Kiedy w powiecie wołomińskim szkoły we współdziałaniu z lokalnym samorządem zainicjowały akcję „Szkoła Przyjazna Rodzinie”, za pośrednictwem mazowieckiego kuratorium zażądała wyjaśnień na piśmie. No bo przecież może się okazać, że placówki nie uwzględniają nowoczesnego rozumienia rodziny. To nie tylko mama i tata, czy samotna matka, ale czy takie szkoły przyjazne są rodzinom typu tata i tata, mama i mama, albo związkom patchworkowym? Tego nie wiadomo. Trzeba zatem niepokornych przywołać do porządku. Pani minister pilnie oczekuje odpowiedzi, ale szkoły odpowiadają jakim prawem. Co komu do domu? Zobaczymy jak ten spór się zakończy. Zaczyna nasza Kluzia myśleć o przyszłości. A nuż się Tuskowi w wyborach przekręcą, to wtedy gdzie pójdzie? Na prawicy już była, partię „Polska jest najważniejsza” bez sukcesu zakładała, no to jeszcze została lewizna i pańszczyzna. Trzeba mieć dobre notowania w genderowych kręgach, może to się kiedyś przyda. A wracając do obecnych działań pani minister. Na stronie MEN można wyczytać złotą myśl szefowej resortu: „To będzie wyjątkowy rok, bo naukę rozpoczną siedmiolatki i sześciolatki urodzone w pierwszym półroczu 2008 roku”. Tego wyjątkowego roku boi się dużo rodziców, którzy za nic nie chcą odbierać swoim dzieciom dzieciństwa. Ale jak powiedziała pani minister na początku swoich rządów, zna się na rzeczy, bo też jest matką. Jak podawały wtajemniczone media, na stanowisko w resorcie edukacji, nasza bohaterka trafiła przypadkiem, nikt inny nie chciał obejmować schedy po poprzednich reformatorkach. Pani Kluzikowa zaczyna tymczasem coraz częściej reprezentować swój urząd na zewnątrz, wszak od nominacji minęły już 4 miesiące. Jak dawna lwica lewicy walczy o darmowy podręcznik dla pierwszaka, głośno zastanawia jak mają wyglądać lekcje edukacji seksualnej, itd. Strach się bać, co jeszcze do wyborów może zdziałać. Wszak za rok kampania wyborcza do parlamentu i trzeba będzie się czymś pochwalić. Janusz Wolniak    

Mój jest ten kawałek podłogi

Może niektórzy pamiętają piosenkę Mr. Zooba, skąd zaczerpnąłem tytuł do teraźniejszego felietonu. A skojarzenie przyszło, kiedy usłyszałem w „Wiadomościach” wypowiedź jednej z kobiet protestującej w Sejmie i mówiącej, że teraz ten kawałek podłogi, to jest nasz dom. Zaspokojenie żądań rodziców opiekujących się niepełnosprawnymi dziećmi, wbrew temu co mówi Tusk, wcale budżetu by nie zrujnowało. Chodzi o co innego, o czym wszyscy doskonale wiedzą, zaspokojenie jednej grupy społecznej, może wywołać roszczenia kolejnych. I tego premier, i jego otoczenie, naprawdę się boi. Jeśli protestujący, tak jak zapowiadają, wykażą się dalej determinacją, może to zmusić rząd do rewizji stanowiska i jednak przyjęcia dla tych ludzi korzystniejszych rozwiązań. Myślę, że szansa na to byłaby szybsza, gdyby ludzie utożsamiający się z protestującymi, czynnie włączyli się do akcji protestu. Zapomnieliśmy już, że kiedyś w czasach narodzin „Solidarności”, było coś takiego jak strajk solidarnościowy. Teraz ten rząd, chociaż ma bardzo słabe notowania, to dalej czuje się pewnie, bo wspierają go media, i to zarówno prywatne, jak i publiczne. Dziennikarze głównego nurtu, tylko pozornie współczują koczującym w sejmie rodzicom i ich dzieciom, w rzeczywistości robią wszystko, by osłabić wydźwięk tego protestu. Na razie to im się nie udaje, ale widać że pracują nad tym usilnie. Jakże bowiem ocenić zaproszenie dzień po dniu, prowokujących otwarcie rodziców posłów Libickiego i Niesiołowskiego. Chodzi o to, by w jakiś sposób zdyskredytować tych ludzi. Pojawienie się obok nich polityków ma być dowodem na to, że to jest polityczne działanie. A do cholery, gdzie jak nie po sejmie mają łazić politycy. Przecież to najbardziej polityczne z politycznych miejsc! Palikot rugający cynicznie swoją psiarnię  budzi odrazę, ale w równym stopniu i ci, którzy tym grają. Czy dobrze zrobił przewodniczący „Solidarności” Piotr Duda, pojawiając się w parlamencie? Nie wiem, ale czy to trędowaci jacyś, że nie można z nimi rozmawiać? Od tego właśnie są politycy, by takie sprawy rozwiązywać. Jeśli tej sprawy nie załatwią, to w oczach wielu ludzi stracą mandat do rządzenia. Również opozycja, ta część która teraz milczy, też na tym wcale nie zyska. Politycy zajęci samym sobą zaczynają powoli tracić kontakt z rzeczywistością. Pora zobaczyć jakie problemy mają Polacy, co ich zajmuje na co dzień i jakie mają oczekiwania. W przywoływanej piosence padają jeszcze słowa: „Wielkie dzieło skończyłem,/ But do wyjścia mnie pcha./Prężę się i napinam, Lecz mur stoi jak stał”. Dzisiaj tym murem jest władza. Oni. My jeszcze bierni, ale ci najsłabsi pokazali, jak walczyć o swoje, jak wydrzeć kawałek podłogi. Janusz Wolniak

Rozbrojenie

To był tydzień. A zwłaszcza jego koniec. Działo się wiele rzeczy bardzo spektakularnych, o których jeszcze długo jeszcze będzie się mówiło. Rosja ostatecznie zawłaszczyła Krym, a korytarze sejmowe zaczęli okupować rodzice wraz ze swoimi niepełnosprawnymi dziećmi. Na Ukrainie pluli sobie w brodę, że dali się swego czasu rozbroić, a gwarancjami o nienaruszalności granic można sobie dzisiaj tylko cokolwiek podetrzeć. I parlament ukraiński rozpoczął prace nad ustawą o wypowiedzeniu traktatu o nierozpowszechnianiu broni jądrowej oraz o podjęciu procesu wzbogacania uranu. Na Krymie z kolei zielone ludziki konsekwentnie i stanowczo rozbrajają kolejne garnizony ukraińskie, nie pozostawiając żadnych złudzeń nikomu, kto tu rządzi. Tymczasem p.o.  prezydenta Ukrainy Tursunow każe się bronić,  tym w sumie osamotnionym i bezbronnym żołnierzom. Czyżby potrzeba było więcej męczenników? W piątkowy wieczór za sprawą protestujących rodziców niepełnosprawnych dzieci i premiera Tuska zobaczyliśmy spektakl na żywo. Kto nie oglądał, niech żałuje. Było jak w klasycznej tragikomedii z elementami groteski. Najpierw wykrzyczany dramat, później oskarżona Kępa, a potem uśmiech i uściski z Tuskiem. Brakło tylko sweetfoci, ale może i ona była, tylko na wizji tego nie zobaczyliśmy. Nastąpił też zwrot akcji, kiedy protestujące przepraszały za koleżankę, która pomyliła poseł Kępę z kimś innym. Finał nastąpi dzisiaj, w sobotę o 18.00, ale rozbrojenie już nastąpiło. Do ludu przyszedł ojciec narodu, wysłuchał, zadumał się nad losem maluczkich, uśmiech rzucił na lewo i prawo, i dał nadzieję, tym którzy już ją stracili. Rozbrojeni Ukraińcy i rozbrojeni rodzice. Z jednej i strony bezsilność i pozorna pomoc świata. Z drugiej krzyk rozpaczy ludzi odartych z godności, muszących tłumaczyć proste prawdy przybierającemu niewinną minkę ministrowi Kosiniakowi i troskliwemu premierowi. Rozbrojenie Ukrainy ma wymiar klęski, raczej nieodwracalnej, przynajmniej w dającym się przewidzieć czasie. Sprawa rodziców poświęcających się bez reszty swoim chorym dzieciom pozostaje otwarta. Czy ich determinacja przyniesie sukces, myślę że tak. Ale czy będzie to chwała dla naszego Państwa i osobiście premiera. Myślę, że nie. Jeśli doprowadza się ludzi do takiego sytuacji, że zmuszeni są narażać zdrowie swoich dzieci i okupować państwowe urzędy, to jest to mimo wszystko porażka nieudolnego rządu, a tym samym i Państwa. Janusz Wolniak  

Bohater tygodnia

Czy warto dłużej zastanawiać się nad losem bohatera tygodnia? Sądzę, że nie tyle nad nim samym, co nad tym, który tę kandydaturę wystawił i tymi, którzy będą w maju musieli zdecydować co z nią zrobić. Od kilku dni media mainsteamowe i nie tylko one, pasjonują się jednym tematem – kandydaturą Michała Kamińskiego. Trafiło się biedaczysku pierwsze miejsce na Platformianej liście w Lublinie. Jak ślepej kurze ziarno, chciałoby się powiedzieć, ale nie do końca jestem pewien czy rzeczywiście uda mu się skonsumować cokolwiek.  Ale, ale przecież zasłużył sobie uczciwie, plując regularnie od miesięcy na swojego poprzedniego pracodawcę. Tusk łaskawca teraz wdzięczność mu okazał. Czy warto dłużej zastanawiać się nad losem bohatera tygodnia? Sądzę, że nie tyle nad nim samym, co nad tym, który tę kandydaturę wystawił i tymi, którzy będą w maju musieli zdecydować co z nią zrobić. Tonący Tuska się chwyta, bo w takiej sytuacji był niedawno Kamiński, i tenże rzucając mu koło ratunkowe dał przynajmniej trzy miesiące publicznego bytu. Nie pierwszy raz premier ratuje renegatów. Niedawny passus mojej ulubionej minister Joasi Nic Nie Wiem Kluzik-Rostkowskiej, pokazuje że przynajmniej na krótki okres to się opłaca. Nie mająca już żadnego zaplecza politycznego, teraz zawdzięcza wszystko tylko temu, który ją namaścił i będzie służyła mu wiernie jak mało kto. To samo stało się z Arłukowiczem miotającym się na lewo i prawo. Na lewo to już raczej nie, bo tam przecież mosty za sobą spalił. Myślę, że jeszcze kilka takich decyzji i Tuskowa ekipa, staczająca się powoli po równi pochyłej, skończy swój byt polityczny. W znacznie gorszej sytuacji jest Obywatelski elektorat. To iście szatańska próba, głosować na tego, który jeszcze niedawno pluł na Słońce Peru, nie będzie łatwo. Czy okaże dyscyplinę? A może sztab PO liczy na coś innego? Tylko na co? Czy  na krótką pamięć ludzi? Tak, te wybory zapowiadają się ciekawie. Sztabowcy Platformiani przygotowali jeszcze kilka innych niespodzianek. Zastanawiam się czy wystawiając np. Bogu ducha winnych sportowców – Otylkę i Wentę, ośmieszyli w równym stopniu siebie czy zasłużonych dla sportu polskiego ludzi? Czeka nas prawdziwy  maraton wyborczy. W tym roku do Europarlamentu i Samorządu, a w przyszłym do Sejmu i Senatu. Kto ukończy ten bieg – oto jest pytanie? Janusz Wolniak

Majdan - ukraiński sen o wolności

Na Ukrainie nigdy nie byłem, ale przypominam sobie  książki Malczewskiego, Goszczyńskiego i  Zaleskiego. Oni w romantyzmie a później Henryk Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem” dali mi obraz narodu dzikiego, zapalczywego, ale zarazem honorowego, potrafiącego walczyć o godność i wolność. W bliższych nam czasach, w latach 30-tych XX wieku Stalin rozkułaczając chłopów, poprzez masowy terror doprowadził do śmierci, wg rozmaitych danych, nawet do 10 mln Ukraińców. Historia „wielkiego głodu” nawet dzisiaj wydaje się niewyobrażalna. Później były też przerażające zbrodnie, „rzeź wołyńska”, jej rozmiary a przede wszystkim okrucieństwo nacjonalistów ukraińskich wobec Polaków są już w naszym kraju wiedzą powszechną. W zeszłym roku, kiedy obchodzono rocznicę tych strasznych zdarzeń, ukazało się mnóstwo publikacji i jak się okazało, była to dla naszych rodaków wiedza wcześniej dziewicza. W międzyczasie mieliśmy wspólne Mistrzostwa Europy w piłce nożnej i tam razem polegliśmy pospołu. Odkryliśmy wtedy, że za wschodnią granicą nie żyją tylko ruscy, ale jest naród, który pragnie w Europie budować swoją tożsamość i pozycję. Na polskich placach budów, a przede wszystkim w rolnictwie pracuje mnóstwo Ukraińców. Dwa lata temu, kiedy pytałem ich o rządy Janukowycza, wyrażali się o nim w jednoznaczny sposób. Nie widzieli nadziei na rozwój swojego państwa pod rządami tegoż przywódcy. Opowiadali o swojej biedzie i nadziejach, że może kiedyś będą żyli tak jak Polacy. Bez problemu można było zrozumieć ich język. Nie Lubli kiedy mówiło się do nich po rosyjsku. Z żalem mówili, że Polacy rzadko ich rozróżniają od Rosjan. Kiedy wybuchła „Pomarańczowa rewolucja”, kilku moich kolegów pojechało do Kijowa. Pamiętam jak wiele było wówczas entuzjazmu i radości, że obok możemy mieć demokratycznego sąsiada, i jak szybko nadzieje te prysły. Juszczenko i Tymoszenka szybko roztrwonili ówczesny potencjał. Nowy bunt Ukraińców na Placu Niepodległości – Majdanie rozpoczął się i trwał w skrajnie niesprzyjających warunkach pogodowych. Czy ktoś w Polsce wytrzymałby na dworze przy 20 stopniowych mrozach, atakowany przez armatki wodne? Patrzyłem na te zdarzenia z nieukrywanym podziwem i obawą, jak to się zakończy. No i stało się. Zaczęli ginąć ludzie. Skala tych zdarzeń zaskoczyła wielu obserwatorów. Mało kto spodziewał się, że można ot tak zabijać ludzi. I oto kiedy znienawidzony Janukowycz uciekł z Kijowa, a władza przeszła w ręce Euromajdanu, wydawało się że w końcu dla Ukraińców nastaną lepsze czasy. No, ale kiedy trwała rewolucja już wtedy słychać było pohukiwania i pogróżki Wielkiego Brata. Wielu komentatorów mówiło, że mają szczęście Ukraińcy, że trwa olimpiada w Soczi, ale po jej zakończeniu Putin o nich nie zapomni. I spełniła się ta przepowiednia. O dziwo, teraz mimo wszystko zaczęto się dziwić, tak jakby wcześniej tę interwencją Putinowską nikt na poważnie nie brał. Kolejne państwa i politycy zajmują coraz to nowe stanowiska a wojska rosyjskie zajmują kolejne rubieże. Anschluss Krymu stał się faktem. Historia pisze nowe rozdziały w dziejach naszego sąsiada. Polska  i Unia, która rozbudziła wolnościowe nadziej Ukraińców, nie może być obojętna na nową sowiecką agresję, na odrodzenie się komunistycznych demonów. W obliczu wspólnego zagrożenia odrastającą się hydrą Imperium Sowieckiego, musimy być dzisiaj razem z Ukrainą. Wolny świat nie może dopuścić, by marzenia o wolności nie były dla tego kraju snem, ale stały się  rzeczywistością. Janusz Wolniak

Jedyny, darmowy, obiecany…

Trzeba było dopiero wyborów i widma klęski, które zajrzało w oczy pana Tuska, by zapowiedzieć to, czego oczekują od dawna rodzice. Mają być podręczniki używane przez kolejne roczniki uczniów. Na początek jedną książkę dostaną pierwszoklasiści. Jednocześnie rozpoczęły się prace nad e-podręcznikami. Prace mają wykonać cztery instytucje. Politechnika Łódzka i Ośrodek Rozwoju Edukacji opracują matematykę i informatykę, prywatna Grupa Edukacyjna SA – podręczniki dla najmłodszych klas. Na Uniwersytecie Wrocławskim opracują język polski, historię i wiedzę o społeczeństwie. Natomiast e-podręczniki do przyrody, biologii, chemii, geografii i fizyki przygotują specjaliści z Uniwersytetu Przyrodniczego. E-podręczniki mają być gotowe od września 2015, ale czy trafią do szkół. Czy projekt wypali? Natomiast podręcznik papierowy dla pierwszaków wg zapowiedzi MEN i samego premiera, ma obowiązywać już od września 2014.  Zaletą nowego rozwiązania ma być fakt, że rząd na to przedsięwzięcie chce wydać ok. 10 mln, a obecne koszty podręczników dla dzieci to 140 mln. Robi to wrażenie. Ponadto, co chyba jest dla rodziców najważniejsze, dzieci dostaną ten podręcznik za darmo i jeśli go nie zniszczą, młodsze pociechy będą z niego korzystać w następnych latach. Pamiętam lata swojej edukacji. Wtedy szanowało się książki, jedynie podręczniki do rosyjskiego były w większości zabryzgolone niecenzuralnymi rysunkami. Tylko w tym wszystkim jeden szkopuł. Czas akcji. Nie ufam rozwiązaniom robionym na kolanie. Dzisiaj rząd działa jak uczeń, który na przerwie odwala zadanie domowe. Jak ono wygląda wiedzą wszyscy. Nie słyszałem w jaki sposób ma zostać wyłoniony podmiot do przygotowania książki, jakie musi spełnić warunki i czy ta cała operacja da się przeprowadzić bez złamania obowiązujących przepisów o zamówieniach publicznych. A jeśli dotychczasowi wydawcy wniosą protesty. Wiadomo jak można dzisiaj skutecznie zablokować przetargi, czepiając się proceduralnych wymogów. Ciśnie się na usta stare przysłowie co nagle, to po diable. Było już parę pomysłów Tuskowych, które zatrzymały się na fazie prototypu, że przypomnę najpiękniejsze. Powrót Polaków z wysp do krainy szczęśliwości – nie tylko że nie wracają, ale w dalszym ciągu na potęgę wyjeżdżają. Chemiczna kastracja zboczeńców – nikogo nie kastrują a całe watachy bestii na wolność wychodzą. Laptopy dla każdego ucznia (nawet przebąkiwano, że i dla nauczycieli) – skończyło się na pustych obietnicach. Prorokiem nie jestem. Jak będzie, przekonamy się wkrótce. Wyborcze przedbiegi się zaczęły to i może cuda obaczymy. Janusz Wolniak      

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej