Janusz Wolniak

Materiały

Nie pozwólmy niszczyć polskiego Kościoła!

Nawet komuniści szanowali osoby duchowne. Ciężko im przez gardło przechodziły tytuły księdza, ojca, biskupa…, ale nie przekraczali tej granicy, za którą czai się nienawiść do drugiego człowieka. Oczywiście było i inaczej. Myślę, że jeszcze wielu ludzi pamięta seanse nienawiści Jerzego Urbana w stosunku do bł. Ks. Jerzego Popiełuszki. Jaki był tego finał, wszyscy wiemy - mamy w Kościele katolickim kolejnego męczennika. Teraźniejsza agresja mediów, przy obojętności władz, w stosunku do całego Kościoła, jak i do poszczególnych hierarchów, przybrała niespotykane rozmiary. Ich skala jest bezprecedensowa. Raz zarazem padają ciosy zadawane najwyższym polskim dostojnikom. Nie uszanowano nawet tak pięknej uroczystości jaką był Jubileusz ks. kardynała Henryka Gulbinowicza. Podczas Mszy św. we wrocławskiej katedrze arb. Józef Michalik wygłosił homilię na 90-lecie szanownego kardynała. Znalazł się w niej akapit dotyczący walki z kościołem środowisk feministycznych oraz wprowadzania w Polsce ideologii gender. Wiodące media wyinterpretowały te słowa jaką rzekomą obronę księży pedofilów. Pojawiły się szkalujące biskupa artykuły: Onet.pl –„Arcybiskup Józef Michalik po raz kolejny wywołuje skandal”. Wp.pl – „Arcybiskup Józef Michalik: księża molestują? Winne feministki, gender i pornografia”. Super Express – „Arcybiskup Józef Michalik znów szokuje: Pedofilii winne są feministki /Lepiej, gdyby arcybiskup Józef Michalik zastanowił się, co mówi, zanim to zrobi, lub po prostu niech nie odzywa się wcale”. TVN 24 – „Burza po słowach abp. Michalika”. A jeśli ktoś chce zapoznać się z całością wystąpienia, może je wysłuchać: http://www.radiorodzina.pl/wiadomosci/8075/ Również nieprzypadkowo w dniu urodzin ks. kardynała detektyw Rutkowski organizuje konferencję prasową, domagając się zadośćuczynienia dla kobiety mającej być skrzywdzoną przez nieżyjącego już księdza. Swoje pretensje kieruje pod adresem arb. Józefa Kupnego, nowego ordynariusza Archidiecezji Wrocławskiej. W różnych programach telewizyjnych pojawiają się nagle osoby mówiące jak przed laty stały się ofiarami księży. Trzeba z naleźć jakieś stare sprawy, bo jak ujawnił ks. Dariusz Oko w ciągu ostatnich 10 lat za pedofilię skazano ok. 6 tysięcy osób, a w tym tylko 27 księży. Oczywiście nie powinno być wśród tej grupy ani jednego duchownego, ale są. Czy to powód, by linczować wszystkich księży, a zwłaszcza tych, którzy mówią głośno prawdę o tym skąd w ogóle bierze się całe zło. Czy promowanie dzisiaj świata, gdzie tradycyjna rodzina ma być przeżytkiem, ograniczy wszelkie patologie? Jest pewne, że będzie odwrotnie. Kościół zawsze stał na straży ponadczasowych, uniwersalnych wartości. Doświadczał niejednokrotnie prześladowania i zniewagi. Żyjemy w czasach, w których to zjawisko wyjątkowo się potęguje. Polska to kraj chrześcijański, ale kiedy włączymy najpopularniejsze stacje telewizyjne i radiowe, kiedy przejrzymy główne portale internetowe i codzienne gazety, to możemy odnieść wrażenie, że katolicy to jakaś mniejszość, na dodatek mająca na czele ludzi ukrywających zło. Nie miejmy złudzeń, że pojedyncze przypadki pedofilii są tak mocno nagłaśniane w jednym celu. Chodzi o osłabienie wiary, zastraszenie księży, ale przede wszystkim o to, by ludzie przestali ufać swoim przewodnikom duchowym, by wstydzili się przynależności do Kościoła. Pora powrócić do starych sprawdzonych form publicznego manifestowania swojej wiary: - witania publicznie osób duchownych księży i sióstr pozdrowieniem „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, - reagujmy zdecydowanie, kiedy w naszej obecności ktoś zapomina o tytule osoby duchownej albo gdy jest ona obrażana, - przeżegnania się przed miejscami kultu religijnego (świątyniami, kapliczkami, krzyżami, itp.), - robienie znaku krzyża w różnych codziennych czynnościach, np. początku i końca podróży, - noszenia emblematów i symboli religijnych, np. łańcuszka z krzyżykiem, plakietek czy znaczków grup charyzmatycznych, - modlenia się różańcem świętym, - naklejania na pojazdach symboli religijnych, np. znaku ryby czy portretu św. Krzysztofa, - słuchania katolickich i radiowych stacji oraz domagania się od różnych nadawców kablówek, by te stacje mieli w swojej ofercie, - podpisywania różnych listów i petycji w obronie wiary, - domagania się poszanowania uczuć religijnych poprzez nienadawanie publiczne audycji szkalujących wiarę katolicką, - żądania dostępu katolików do publicznych mediów, -popieranie rozmaitych akcji, np. „Nie kupuj w niedzielę”.   Tych działań można by jeszcze wiele wyliczyć, ale najważniejsza musi być jedna. Żądanie natychmiastowego zaprzestania obrażania uczuć ludzi wierzących, szkalowania polskich księży i biskupów. Czy dla katolika to są jakieś niewyobrażalnie trudne rzeczy? Czy słowa pieśni tak zawsze pięknie śpiewanej w Kościele: „My chcemy Boga w rodzin kole/ W troskach rodziców, dziatek snach./ My chcemy Boga w książce, w szkole,/ W godzinach wytchnień, w pracy dniach”, mają pozostać martwe? Janusz Wolniak

Zaliczenie z mowy nienawiści

O tym jak profesor pasjonat kynologii profesora entomologa zaprosił Uwaga: Niesiołowski przyjeżdża do Wrocławia. Można uzyskać zaliczenie z mowy nienawiści. Specjalista od psów zaprasza speca od motyli. Ty nie masz nic, ja nie mam nic (do powiedzenia), razem możemy demokrację rozwijać. W najbliższy czwartek okolicznościowy wykład na temat rozwoju demokracji w Polsce wygłosi Stefan Niesiołowski. Zainauguruje kolejny rok Uniwersytetu Otwartego Przyrodniczego we Wrocławiu. Jak można dowiedzieć się na stronie uczelni, w ofercie programowej Uniwersytetu Otwartego, znajdują się zarówno wykłady, głównie o tematyce przyrodniczej i środowiskowej, jak i zajęcia w sekcjach tematycznych. W ubiegłym roku akademickim w zajęciach aktywnie brało udział prawie 200 osób. Uroczysta inauguracja rozpocznie się w czwartek 17 października 2013 roku o godz. 15 w sali Auditorium Zootechnicum Wydziału Biologii i Hodowli Zwierząt przy ul. Chełmońskiego 38c. Gdyby rzeczony uczony miał wykład dotyczący dziedziny naukowej, za którą dostał tytuł profesora, nie byłoby w tym zdarzeniu niczego osobliwego. Ale o to Niesiołowski stanie za katedrą, by mówić nie o insektach, ale o polityce. A nawet więcej, bo dokładnie o rozwoju demokracji. Jakim jest dzisiaj demokratą każdy widzi i słyszy. Nie ma prawie tygodnia, by nie występował w mediach. Szczególnie upodobanie do jego zjadliwych bon motów ma pani Olejnikowa. Niczym masochistka, z lubością wsłuchuje się w jego komentarze pozbawione i dobrego smaku, i elementarnej kultury. Nienawiść jaką obdarza on wszystko, co związane jest z PiS-em, z prezesem Kaczyńskim, komisją Antoniego Macierewicza, katastrofą smoleńską, jest wprost patologiczna. To powszechnie znane i opisane fobie tegoż autoryteta TVN-owskiej stacji. Czy studenci Otwartego Uniwersytetu będą na tyle otwarci, aby bez żadnych obaw wysłuchać wykładu Niesiołowskiego? Czy nie jest to po prostu przejaw wyjątkowej arogancji i kpiny jegoż kolegi profesora, który go na to otwarcie zaprosił? Podejrzewam, że audytorium Uniwersytetu to ludzie o różnych poglądach politycznych. I czy takie rozpoczęcie zajęć nie doprowadzi antagonizacji grupy? A może właśnie o to chodzi. O pokazanie, że tu mają przychodzić ludzie o jedynie słusznych poglądach i słuchać tego, który ex cathedra powie objawioną prawdę. Współczuję tym studentom, że takie kuriozalne zdarzenie czeka ich na początku przygody z nauką. Na wzmiankowanej stronie Uniwersytetu czytamy też, że uczestnicy studiów po zaliczeniu zajęć otrzymają dyplom ukończenia studiów z wykazem kursów w ramach, których odbywali zajęcia. Proponuję zapis: mowa nienawiści – zaliczony.

Bohaterowie naszych czasów – Wałęsa i inni

I otworzył się worek, jak puszka Pandory. Po latach posuchy, o Wałęsie jest znowu głośno. Nie żeby tam znowu coś palnął w rodzaju swoich ludowych mądrości. Tym razem inni zrobili coś za niego. Film Wajdy i Głowackiego wstrzelił się w moment, kiedy dalej jest zapotrzebowanie na bohatera naszych czasów. Na Zachodzie mniemają, że taki jest właśnie ów wzór. Należałoby go chyba zabalsamować i oddać do Biura Miar i Wag w Sevre pod Paryżem, by służył przyszłym pokoleniom. My takich bohaterów mamy na pęczki. Wszyscy z rodowodem solidarnościowym, a jakże, tyle że już dawno Panny „S” się wyrzekli. W tej plejadzie pierwsze miejsce przyznaję Zbychowi Bujakowi. Ten legitymację  Związku sprzedał i publicznie przepraszał za „Solidarność”.  Ostatnio w cieniu zdarzeń. Za to inny bohater lat 80-tych Władek Frasyniuk, hula po mediach aż miło. Pełno go w TVN-ch i innych kanałach, gdzie plecie swoje pseudomądrości  jak nakręcony. Może interes mu słabiej idzie, bo czasu antenowego mu nigdzie nie żałują. Dla niego też przygoda ze związkiem skończyła się dawno. Jeszcze bardziej na dno stoczył się inny bohater, który swego czasu 80 mln związkowych funduszy zabezpieczył. Józek Pinior teraz się brata z Jaruzelem i Urbanem, bo jak się tłumaczył w jednej z gazet, Związek swego czasu nie załatwił mu pracy na Uniwersytecie i coś tam jeszcze. Trudno być bohaterem w czasach pokoju, ale może warto być chociaż przyzwoitym człowiekiem. Tylko po co, skoro takiemu Wałęsie wszystko wolno, to i my możemy. Pluć na Związek najlepiej, bo tam już nas nie ma, a taką narrację chętnie wiodące media kupią. Ciekawe jaką promocję w Polsce wybiorą producenci filmu o Wałęsie. Na razie po premierowym pokazie same ochy i achy. Do tego dla malkontentów płynie informacja o 90 festiwalach, na które już film zaproszono. Prezydent z małżonką pochwalił, owacje na stojąco były, no to teraz czas, by dziatwa szkolna do kin ruszyła. Niech naród wie, że ma bohatera, co to sam komunę obalił, chociaż nie chciał, ale musiał. Ma teraz Lech kolejne swoje pięć minut. Jak je wykorzysta? Na razie dość żałośnie, bo rozprawia się tylko ze swoimi kompleksami i fobiami. Nie staje mu rozumu ile teraz mógłby zrobić dobrego, wykorzystując swoją popularność. Trzeba mu współczuć naprawdę, bo musi doświadczać schizofrenicznych uczuć, fetowany za granicą i kontestowany przez wiele polskich środowisk. Szczęśliwi młodzi, którzy nie zaznali czasów jego prezydentury. To były niezapomniane chwile. Dzisiejsi nieudacznicy w rządzie Tuska, pokroju Nowaka, Muchy czy Szumilasowej, lapsusy obecnego prezydenta Komorowskiego, niczym w porównaniu z tym, co wtedy wyprawiał Lechu ze swoim kapciowym Wachowskim. O tamtych czasach film, to będzie dopiero hicior.                                                   

Z kim dzisiaj walczy rząd?

Rząd walczy o przetrwanie, a jeśli kto walczy o życie chwyta się wszelkich sposobów. Władza prowadzi batalię na wielu frontach. Ma ku temu wiele możliwości i środków. Wtórują jej bezkrytyczne media. Te, które mają odmienne poglądy są bezustannie zwalczane i ośmieszane. Nawet nie trzeba z nimi wiele robić, wystarczy blokować zamieszczanie reklam. Opracowano przy tym nową strategię walki z szaleństwem smoleńskim, katolicyzmem, związkowcami profesorami i kibicami. Dzisiaj każdy, kto będzie domagał się rzetelnego śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej zyska miano szaleńca. Nie trzeba nawet słuchać Komisji Macierewicza, by widzieć jak wiele zaniechań i zaniedbań popełniono w całej procedurze śledczej. Więcej zrobiono, by zaciemnić obraz katastrofy niż odpowiedzieć na wiele podstawowych pytań. Obecna próba deprecjacji naukowców i nagonka na ich dorobek jest wynikiem słabości Państwa, które realizuje prostą strategię – najlepszą obroną jest atak. W przypadku związkowców też wybrano prostą, ale sprawdzoną receptę – kłamstwo powtarzane wielokrotnie staje się prawdą. Odbiorcy bezustannie bombardowani są informacjami o tym, że związkowcy odmawiają rozmów. Rząd jest cały czas gotowy do rozmów. Oto pokazany jest uśmiechnięty wicepremier Rostowski a obok puste krzesła. Wprawdzie cytuje się czasami przewodniczącego „Solidarności” Dudę czy innych jego kolegów, ale ich przekaz najczęściej jest przycięty do powierzchownych argumentów. Do tego w różnych mediach codziennie pokazują się newsy o patologiach związkowych. Dzisiaj np. o tym, że gdzieś tam mieli przejść przedwcześnie na emeryturę. Czarny pijar trwa bezustannie wobec polskich księży i katolików. Tutaj próbuje się bardzo wyrafinowanych metod, też sprawdzonych – dziel i rządź. Są zatem księża postępowi jak ojciec dominikanin Gużyński, ks. Lemański a na drugim biegunie antysemici – ojciec Rydzyk i abp Hoser. Dusi się wolność wypowiedzi skazując prawomocnym wyrokiem uczestników kontrdemonstracji, krzyczących, że nie zamierzają przepraszać za Jedwabne czy też karze kibiców zamykając stadion. Na szczęście społeczeństwo widzi, co wyraża się choćby w 60% poparciu demonstracji związkowych oraz w sondażach wyborczych, o co że rząd nie walczy. Walcząc ze związkami, z opozycją, z religią, kibicami, rząd zapomniał myśleć o poprawie bytu ludzi, o ograniczeniu bezrobocia, o zatrzymanie zapaści demograficznej, słowem o przyszłości naszej ojczyzny.

Warszawa da się lubić – reminiscencje po demonstracji

Z tego co przeczytałem po przyjeździe z Warszawy wynika, że przekaz dotyczący demonstracji związkowych był w miarę obiektywny. Znalazłem felietony, w których dziwiono się, że wbrew zapowiedziom prorządowych mediów nie było żadnych zamieszek, palenia opon, a nawet stolica jakoś poradziła sobie z najazdem tysięcy autokarów. Oczywiście znaleźli się malkontenci nie potrafiący dostrzec, że ten protest, jak pisałem w poprzednim tekście, to kolejna runda starcia z rządem zorganizowana w sposób cywilizowany. Solidarność i inne związki idą drogą bez przemocy. Zło dobrem zwyciężaj to nie tylko hasło, ale prawdziwy drogowskaz. Nie w smak to wielu, którzy woleliby, aby związkowcy obrali drogę czynnej konfrontacji. A przecież jest jeszcze bardzo wiele możliwości organizowania protestów, które mogą być bardzo dotkliwe dla rządu. Czy nastąpi ich eskalacja, czas pokaże. Dzisiaj rząd w żaden sposób nie chce przyznać się, że jego decyzje były złe i dlatego do konstruktywnych rozmów, a właściwie żadnych, w najbliższym czasie nie dojdzie. Kto zresztą miałby być stroną takiego dialogu? Minister pracy na pewno nie, bo oszukał ordynarnie, obiecując rozmowy przed uchwaleniem zmian w kodeksie pracy i tego zdania nie dotrzymał. I w oczach związkowców stracił całkowicie wiarygodność. Chyba, że premier dokona w  najbliższym czasie rekonstrukcji rządu i powoła nowego ministra. Ale to wariant mało prawdopodobny. Sam zaś premier Tusk został na tyle ośmieszony, że trudno sobie wyobrazić, że do stołu zasiądą partnerzy nie mający w ogóle do siebie zaufania, a do tego noszący w sobie rozmaite urazy. Pomnik jaki podczas demonstracji wystawiono szefowi rządu to majstersztyk. Lenin w peruwiańskiej mycce i piłce do haratania w gałę, umacnia obiegową opinię o premierze, co to łasy jest na pijarowskie sztuczki a skory bardziej do zabawy niż do pracy. Patrzcie, kto nami rządzi? Czy taki człowiek zasługuje na to, by go poważnie traktować? Ta stylizacja Tuskowego oblicza nie zatrze się już w opinii publicznej. Taki wizerunek będzie towarzyszył temu politykowi do końca. Przypominam sobie jak w czasach AWS-u trwała nagonka na Mariana Krzaklewskiego. Temu empatycznemu człowiekowi przyprawiono gębę duce, powielając zdjęcia z wysokim podbródkiem. Zmasowana kampania nienawiści zrobiła swoje. Dziś w stosunku do premiera Tuska nie trzeba prowadzić żadnej pijarowskiej kampanii, on sam się wykańcza. Najgorzej, że każdy jego kolejny dzień rządów to krzywda dla Polski i Polaków. Na zakończenie marszu przewodniczy „Solidarności” Piotr Duda zapowiedział akcję zbierania podpisów za rozwiązaniem parlamentu. Jestem przekonany, że do nowych wyborów dojdzie najpóźniej jesienią przyszłego roku. Akcja związkowców będzie tylko przypieczętowaniem nieuchronnej decyzji. Mandat do rządzenia państwem już się kończy. Mam nadzieję, że opozycja, w szczególności PiS, też przyczyni się do skrócenia żywota obecnej ekipy. I jeszcze na koniec jedna reminiscencja z warszawskiej batalii. W marszu, oprócz trzech wiodących związków, uczestniczyło wiele różnych organizacji, a wśród nich reprezentanci Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. Kiedy musieliśmy powrócić do autokaru, stojącego 7 km od nas, podjechał samochód policyjny a w nim dwóch młodych policjantów postanowiło nam pomóc. Pojechali po autobus eskortując go do nas, a ponadto pilotowali nas do rogatek Warszawy. Tak się złożyło, że w naszym pojeździe byli młodzi, niedoświadczeni kierowcy i pomoc Policji była bardzo ważna. Ta interwencja stróżów prawa wywołała wielką radość i podróżujący zobowiązali mnie bym podziękował tym warszawskim policjantom, co niniejszym czynię, zresztą bez żadnego przymusu, bo sam byłem pod wrażeniem. Jako weteran takich demonstracji dodam jeszcze, że tym razem w ogóle nie rzucali się w oczy policjanci, którzy byli zmobilizowani na wypadek jakichś zdarzeń. To był też bardzo pozytywny akcent tej akcji. Jakież musiało być zaskoczenie tych, którzy oczekiwali jakiejś zadymy w Warszawie. Pamiętam demonstracje gdzie wzdłuż maszerujących związkowców ustawiono szeregi uzbrojonych po zęby policjantów. Okazuje się, że takie działania w ogóle nie są potrzebne. Co zaś do prowokowania, to pozostał mi jeden obraz, kiedy do dziennikarzy stacji telewizyjnych relacjonujących na żywo przekaz z pl. Zamkowego podchodzili oburzeni ludzie, żądając  prawdy. To też sygnał jak maintreamowe media tracą wiarygodność w oczach przeciętnego odbiorcy. Ludzie widzieli jak dużo ich tam się zgromadziło, a słyszałem że w niektórych mediach mówiono o kilkudziesięciu tysiącach zgromadzonych, kiedy było ich grubo ponad 100 tysięcy. I na koniec jeszcze jedna refleksja. Reakcja mieszkańców Warszawy. Poza kilkoma objawami ostentacyjnej obojętności, nie spotkałem się z wyrazami agresji, w żadnej formie, co często miało miejsce na poprzednich demonstracjach. To kolejny argument za tezą o nieuchronności upadku tego rządu i tej formacji politycznej, która tak nieudolnie nami rządzi. Oby ta transformacja polityczna dokonała się jak najprędzej.  

Solidarność 2013 – walka do ostatniej rundy

Czego można się spodziewać po dzisiejszym dniu? Czy związkowa akcja zrobi wrażenie na tyle mocne, że władza się przestraszy? Jak zareaguje opinia publiczna? I najważniejsze, jaki obraz z tego wydarzenia pójdzie w mediach? Od lat 90-tych byłem na prawie wszystkich związkowych manifestacjach. I wiem, że żadna z nich nie miała bezpośredniego przełożenia na rychłe decyzje polityczne. Nie znaczy to jednak wcale, aby ich wpływ nie liczył się na życie polityczne. Tyle że związkami grali inni. Wewnątrz związku za to znaczenie takich manifestacji było przeogromne. Cementowało organizacje związkowe, regiony i struktury ogólnopolskie. Co ciekawe, największa po 89 r. manifestacja „Solidarności” odbyła się w 1992 r. za rządów Jana Olszewskiego. Rządzący nie dawali po sobie poznać w żaden sposób, by marsze związkowe miały dla nich jakieś znaczenie. Zdarzało się, że liderzy byli przyjmowani czy to w URM-ie czy u Prezydenta, ale tylko po to, by mogli złożyć swoje petycje, a nie rzeczowo porozmawiać. Ot, taka etykieta. Jeśli drzwi były zamknięte, przybijali kartki i na tym kończyła się marszruta. Pewnie i tym razem będzie podobnie, bo premier Tusk, choć doczekał się za życia wystawnego pomnika, już zapowiedział, że nie ma z kim rozmawiać. Chociaż może zmieni zdanie, bo przecież nie tak dawno twierdził, że nie ma z kim przegrać. A tu taki jest ambaras, żeby dwoje chciało naraz. Nie po to zresztą zrobiono wielką akcję propagandową, przylepiając związkowcom łatki nierobów, zadymiarzy, wyzyskiwaczy, nuworyszy, by teraz front zmieniać. Niektóre media pasjonują się tylko, jakie to szkody warszawiakom  wyrządzą ci troglodyci. Biją na alarm, jaka to biedna jest Warszawa i jej mieszkańcy poprzez nieodpowiedzialny najazd związkowych hord, jak się był wyraził pewien dziennikarz. Chociaż z całej Polski pojadą setki autobusów, przykładowo z Wrocławia i okolic 80, to Władysław Frasyniuk, od wielu lat kontestujący „Solidarność”, rzekł ex catedra, że we Wrocławiu nikt tym protestem nie żyje. Widocznie obraca się w kręgach kosmopolitów albo elitach, które żyją tylko sobą. Tyle jest w narodzie goryczy i braku nadziei, że wielu już nic się mówić nie chce. Przecież większość ludzi, a w szczególności młodzi, co potwierdzają różne badania, ma dość polityki, nie chce o niej słyszeć ani brać udziału w jakichkolwiek wyborach. Dopiero co odtrąbiony z dumą sukces kandydata PiS-u z 60% poparciem wygląda inaczej jeśli zestawi się go z 15% frekwencją, zwłaszcza przy bardzo intensywnej kampanii wyborczej, po której niektórzy ciut za bardzo wyluzowali, oddając się na pastwę cynicznych paparazzi. Wydźwięk Dni Protestu jest już głośny nie tylko w Polsce. Płyną listy poparcia od europejskich central związkowych i głosy oburzenia wobec rządu próbującego pozamerytorycznymi sposobami napiętnować związkowców a i uciekać się do szantażu, dając szansę zaistnieć miernym posłom z ich antyzwiązkowymi projektami. Wydaje się logiczne, że słupki poparcia dla PO i PSL  spadną jeszcze bardziej, ale oto CBOS powiela materiały, że jest wprost przeciwnie. To może być numer roku! I ostatnia kwestia, co pokażą w mediach, zwłaszcza w mainstreamowych, bo niestety te niezależne jeszcze wielkiego zasięgu nie mają. Tylko w jednej ogólnopolskiej telewizji i radiu, przez ostatnie dni o proteście mówi się na pierwszym miejscu. Stacje o. dyr. Tadeusza Rydzyka, jak zawsze dają pełny przekaz. Są jeszcze coraz powszechniejsze media internetowe, ale w nich też jest dużo zakłamania. Ale tu przynajmniej każdy kto, chce znajdzie portal, gdzie są rzetelne i pełne informacje, a nie jakieś pocięte kawałki. Jaka jest „Solidarność” w 2013 r? Piszę o jednym związku, bo przecież ten Związek zainicjował protest, i de facto jest najbardziej liczącą się organizacją. Pod przywództwem Piotra Dudy jest dla wielu polityków i komentatorów nie do zniesienia. Nie mogą zrozumieć, że ktoś może walczyć o ludzi a nie o stołek i swoją karierę. Solidarność jest dzisiaj skonsolidowana i zdeterminowana. Damian Jonak, bokser często akcentujący swoją przynależność do NSZZ „Solidarność”, który w piątek gościł w Miasteczku Namiotowym powiedział: -Walka trwa do ostatniej rundy. Nie widomo jeszcze trzymając się sportowej nomenklatury, czy będzie to pojedynek 3-rundowy, 10 czy 12-to. A może w którejś rundzie będzie nokdaun? To niebawem się okaże, chociaż przeciwnik bije nieczysto, a nawet na oślep. Janusz Wolniak  

Co nie udało się Panu zrobić, premierze Mazowiecki?

24 rocznicę utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego prezydent postanowił uczcić organizując w swoim pałacu spotkanie z młodzieżą. Były premier, Henryk Wujec i paru i innych kombatantów próbowali  rozmawiać z młodzieżą o samorządności, nawiązując do 1989 r. Trzeba przyznać, że ministrowie Prezydenta i on sam, od początku swoich rządów konsekwentnie próbują dokonać przewartościowania historii, udowadniając że właśnie Mazowiecki i jego ekipa obrali właściwą drogę reform. Młodzież specjalnie odkrywczych pytań nie zadawała, ale padło jedno ważne: -co nie udało się zrobić?  Mazowiecki odpowiedział, że było tak wiele do zrobienia, że owszem coś mu się nie  udało, ale uważa, że więcej już nie można było. Myślę, że pytanie było dobre, zwłaszcza że padło pod koniec spotkania, w trakcie którego przecież udowadniano, jak dużo udało się zrobić. Widać jak dla młodego człowieka, który musi przecież wiedzieć o protestach w Warszawie, o powszechnej krytyce obecnego rządu, ważne jest usłyszeć, co nie udało się zrobić, że teraz po 24 latach ludzie wychodzą masowo na ulice. Dlaczego ten dalej samozadowolony z siebie i bezkrytyczny Mazowiecki, nie potrafi dostrzec jak zaprzepaścił nasze szanse na wyjście z oparów absurdu czasów komunizmu. Można by dzisiaj zapytać pana Mazowieckiego i jego ówczesnych ministrów, dlaczego bardziej obchodziła ich dola aparatczyków starego systemu niż przyszłość narodu. Skutki tego przełomu był opłakane. Z jednej strony kolaborujący z reliktami PRL-u rząd, a z drugiej nieudolny Prezydent Wałęsa, ulegający wpływom różnych służb i miernot. Na efekty długo czekać nie trzeba było. Naród oddał wkrótce na 10 lat prezydenturę w ręce postkomunisty Kwaśniewskiego a premierami zostali byli sekretarze PZPR Miler, Oleksy i Cimoszewicz. Ale o tych zasługach premiera Mazowieckiego młodzież nie usłyszała.

I nadszedł Sierpień 80 – kilka refleksji i osobistych uwag

Ogromne wojska, bitne generały, Policje - tajne, widne i dwu-płciowe - Przeciwko komuż tak się pojednały? - Przeciwko kilku myślom... co nienowe! Cyprian Kamil Norwid

Oni się boją

Jest taka piosenka śpiewana w latach 80-tych, a której rodowód sięga Praskiej Wiosny. Tytuł Oni się boją skojarzył mi się z dzisiejszymi czasami, z naszą władzą, która coraz bardziej alienuje się od społeczeństwa.   Kiedy odświeżyłem sobie tekst tego utworu doszedłem do wniosku, że o dziwo, dalej jest aktualny. „Wspomnień starszych oni boją się/ Nienawiści młodych boją się/ Nawet uczniów boją się/ Oni się boją „Tych co zmarli… Ich pogrzebów…/ Grobów, kwiatów na nich… Duchowieństwa… I kościołów…/Nawet sióstr zakonnych… Robotników… Członków partii…/I narodu swego… Ludzi wiedzy… I artystów…/Książek i zeszytów… Dziennikarzy… Sprawozdawców…/Radia, telewizji… Rozbrojenia… Zmian na Kremlu…/I odejścia Rosjan… Poronina… Leninowskich obelisków też/ I plecaków na nich… Historyków… I archiwów…/Więźniów politycznych… Swej przeszłości… Swej przeszłości/ I starości również… Paraliżu… Ślepej kiszki…/Głuchoty, ślepoty, sklerozy, platfusa, schizofrenii/ Żylaków, zawału serca, szkorbutu, rozwolnienia, zatwardzenia, nadkwasoty, nadciśnienia, podciśnienia/ Lęków nocnych oni boją się Demokracji… Socjalizmu…/Karty Praw Człowieka Wiatru, śniegu… Ognia, wody../ Mrozów i upałów… Smutku i radości… Światła i ciemności…/ Ludzi z charakterem Słów mówionych… Słów pisanych…/I naszego bluesa… Więc dlaczego my boimy się?” Do tego spisu bojaźliwych można by wiele jeszcze dodać, np. kibiców, ale właściwie są tam wszystkie lęki obecnej władzy. Starszych, każda władza się boi, bo lubią idealizować i zawsze będą twierdzić, że przed wojną lepiej było. Ale co do młodych, to przecież oni mieli być przeciwwagą dla przestarzałych poglądów opozycji, a tu i oni plecami się odwracają. Bardzo celny i aktualny jest akapit o zmarłych. Właśnie odkryto szczątki śp. Zygmunt Edward Szendzielarza, ps. "Łupaszka" – majora kawalerii Wojska Polskiego i Armii Krajowej, który miał zniknąć nie tylko z historii, z pamięci ale i w niebyt trafić. Ma władza teraz kolejny kłopot. Pogrzeby trzeba urządzać i na nowo chować, a tu publiczność nie za bardzo z tą władzą po drodze i co niektórzy buczą, a to podobno zbrodnia niesłychana. O tym jak boją się duchowieństwa, w szczególności jednego biednego redemptorysty, przekonał się cały naród, drepcząc w setkach marszów w obronie katolickich mediów. Dzisiaj dziennikarze też są dzieleni. Na tych którzy nie zadają niewygodnych pytań i na tych, których nazywa się pisowską hołotą. Tych ostatnich tak się boją, że na niektóre konferencje zapraszani nie są. Z telewizji publicznej usunięto już chyba wszystkich nieprawomyślnych, zostali sługusi i ci którzy jakoś na chwilę sumienie ukryli w tylnej kieszeni. Robotników boją się, chcąc tak jak przed 33 laty zlikwidować niezależność związków zawodowych po cichu przygotowując ich pacyfikację. Trwa propagandowa nagonka na związkowców i przygotowywane jest nowe restrykcyjne prawo. Że boją się przeszłości to oczywiste. Wiedzą jakie są ich zaniechania ws. smoleńskiej, wiedzą, że za te sprawy przyjdzie czas rozliczenia. Swojej władzy będą bronić do upadłego, tak jak teraz bronią swoją Bufetową. Czy my, tak jak w tym bluesie, też się boimy? Chyba nie, tysiące ludzi szykuje się do Warszawy na Dni Protestu, a przed nami wspomnienie 31 Sierpnia i tych pamiętnych Dni. Niech oni się boją! Janusz Wolniak  

Elastyczne rządy i elastyczny czas pracy

Od 23 sierpnia wchodzi w życie ustawa o tzw. elastycznym czasie pracy. Jej zapisy są kością niezgody między rządem a związkami zawodowymi. Między innymi dlatego NSZZ „Solidarność”, OPZZ i Forum zdecydowały się ogłosić w dniach 11-14 września br. Ogólnopolskie Dni Protestu. Związkowcy na swoich ulotkach wypisują hasło „Dość lekceważenia społeczeństwa”, bo ich ocena sytuacji panującej w kraju jest zdecydowanie negatywna. Są przekonani, że sytuacja w kraju jest katastrofalna, a wpływ na ma przede wszystkim brak dialogu społecznego. Związki utworzyły Międzyzwiązkowy Krajowy Komitet Protestacyjno-Strajkowy i sformułowały szereg postulatów. Obok żądania wycofania zmian w kodeksie pracy związanych z kodeksem pracy, o czym szerzej za chwilę, związkowcy sformułowali szereg postulatów. Chcą zmiany ustawy o referendach, by nie była takiej sytuacji jak obecnie, kiedy to sejm lekką ręką odrzuca obywatelskie inicjatywy, jak choćby ws. wniosku o referendum emerytalne. Protestują też przeciw nadużywaniu zatrudnienia na tzw. umowy śmieciowe – jesteśmy w Europie przodownikami w ich zawieraniu. Nie godzą się na likwidowanie szkolnictwa i przerzucanie ich finansowania na samorządy. Domagają się zwiększenia płacy minimalnej, zaniechania likwidacji rozwiązań emerytalnych przysługujących pracownikom w warunkach szczególnych, ulg podatkowych dla przedsiębiorstw, itd. Co to jest elastyczny czas pracy? Teraz szerzej o jutrzejszym pasztecie, który usmażyła koalicja rządząca polskim pracownikom. Nie wszyscy wiedzą co to jest tzw. elastyczny czas pracy. Wielu ludziom wydaje się, że niesie z sobą same korzyści. Rzeczywiście dla niektórych zawodów on jest dość oczywisty i naturalny od lat. Jak choćby dla ludzi takich zawodów jak artyści, sportowcy, dziennikarze. Jednak wielu zabierających w tej sprawie głos nie ma zielonego pojęcia o konsekwencjach wprowadzenia takiego rozwiązania i niekorzystnych skutkach nie tylko dla pracowników, ale i dla pracodawców. Nie piszę tego, bo sobie tak wymyśliłem, ale w tej kwestii zostały poczynione gruntowne badania. Termin elastyczne zatrudnienie nie funkcjonuje w polskich aktach prawnych, bo jest zwyczajowym określeniem na określenie różnych form zatrudnienia w odróżnieniu od tradycyjnego, na czas nieokreślony, na pełny etat. Formy elastycznego zatrudnienia Jest wiele form takiego zatrudniania. Najbardziej popularne to: zatrudnienie w ramach umowy zlecenia, umowa o dzieło, na czas określony, na czas próbny, na zastępstwo, samo zatrudnienie czy też kontrakt menadżerski. Pracą można w różny sposób zarządzać. Można wykonywać telepracę czyli na odległość poza zakładem pracy. Można zatrudnić się na wykonanie określonego zadania, mieć przejściowe zmniejszenie wymiaru czasu pracy, pracować tylko w weekendy, być gotowym na wezwanie, mieć całkowicie indywidualny rozkład czasu pracy, itd. Teraz jednak rozszerza się jeszcze te formy albo niektóre po prostu sankcjonuje. Wprowadza się np. 12-miesięczne rozliczanie godzin nadliczbowych, dotychczas były to 4 miesiące. Ustawa wprowadza także pojęcie ruchomego czasu pracy, który pozwala na ustalanie rozkładów czasu pracy przewidujących różne godziny rozpoczynania pracy w poszczególnych dniach, jak również rozpoczynanie pracy nie o określonej godzinie, lecz we wskazanym przedziale czasowym. Nie wchodząc już w szczegółowe uregulowania, przedstawię jak te zmiany, dotychczas funkcjonujące prawo oceniają pracownicy i pracodawcy. Słowem jakie są wady tego systemu, bo o zaletach wszyscy wiedzą, zwłaszcza rząd i ci pracodawcy, którzy bezkrytycznie patrzą na nowe prawo. Pracownicy wymieniali zdecydowanie więcej słabych stron, jakie elastyczne formy zatrudnienia mają z ich perspektywy: -Brak stabilizacji finansowej. - Niemożność zaplanowania przyszłości – tej najbliższej (wymiar czasu pracy na przestrzeni najbliższego tygodnia), relatywnie bliskiej (np. urlop, czy wakacje dziecka) i tej dalszej (brak zdolności kredytowej). - Nieinwestowanie w szkolenie pracownika zatrudnionego elastycznie (co oznacza, że poza bezpośrednim doświadczeniem zdobywanym w trakcie wykonywanej pracy pracownik nie może podnosić dodatkowo swoich kwalifikacji, tak, jak osoby zatrudnione tradycyjnie). - Brak bezpieczeństwa i stabilizacji to najsilniejsze skojarzenie, a jednocześnie najsłabsza strona elastycznych form zatrudnienia z perspektywy pracowników. Wady elastycznego zatrudnienia wg pracodawców  Wśród licznych słabych stron z punktu widzenia pracowników pracodawcy wskazywali: • Brak stabilizacji finansowej – trudno oszacować i zaplanować własne zarobki w danym miesiącu. • Brak zdolności kredytowej – szczególnie istotne dla osób młodych, chcących założyć rodzinę. • Brak dochodów w sytuacji zwolnienia lekarskiego czy innej przerwy w pracy (np. urlop, zdarzenia losowe). • Przepracowany czas nie jest wliczany w okres stażu pracowniczego. • Brak ubezpieczenia oraz składek emerytalnych. • Brak okresów wypowiedzenia dających czas na znalezienie nowej pracy. Mniejszą lojalność pracownika, brak identyfikacji z firmą i jej interesami, co może (choć nie musi, o ile EFZ stanowią kontynuację procesu rekrutacji, a nie permanentną formę zatrudniania w danej firmie) pociągać za sobą niższą jakość wykonywanej pracy. Pracodawcy wskazywali również zawodność tej formy zatrudnienia w przypadku pracowników o wysokim kwalifikacjach, których firma pragnie przywiązać do siebie. Konieczność większego zaangażowanie firmy w proces poszukiwania i rekrutacji nowych pracowników („permanentna rekrutacja”). Mniejsze zaangażowanie firmy w szkolenie własnych pracowników – w konsekwencji zatrudnianie pracowników mniej wykwalifikowanych.  Mity o rzekomych korzyściach elastycznego zatrudnienia  Trzeba też rozwiać mity o wielkich korzyściach tego zatrudnienia. Badania dowodzą, iż ze względu na bardzo niski wskaźnik zatrudnienia (35% wśród osób w wieku aktywności zawodowej) elastyczne instrumenty rynku pracy nie przyczyniają się do diametralnej poprawy sytuacji osób zagrożonych wykluczeniem na rynku pracy. W przypadku tej grupy mówić możemy o dużym stopniu bierności zawodowej. Jednocześnie jednak dają ona szansę na zatrudnienie wielu spośród tych, którzy chcą lub muszą pracować.  Elastyczne formy zatrudnienia spostrzegane są, jako zdecydowanie korzystniejsze dla pracodawcy, niż dla pracownika. Rząd przyjmując tylko punkt widzenia pracodawców skazał pracowników na degradację i pozycję z góry przegraną. Nie przewidział chyba jednego, że w tej sprawie przeciwko niemu zmobilizuje się w Polsce cały świat pracowniczy.

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej