Komedianci- Andrzej Gelberg

„Tylko świnie siedzą w kinie, te bogatsze to w teatrze” – wypisywali w latach okupacji niemieckiej na warszawskich murach harcerze z Szarych Szeregów, czasami uzupełniając te napisy realistycznymi malunkami wieprzy rozwalonych w fotelach kinowych i teatralnych. Te akcje KEDYWU nie dawały wielkiego rezultatu – warszawiacy wypełniali nadal sale kinowe i teatralne – i dopiero zasmradzanie wspomnianych pomieszczeń dało pewne, choć umiarkowane, rezultaty.

„Tylko świnie siedzą w kinie, te bogatsze to w teatrze” – wypisywali w latach okupacji niemieckiej na warszawskich murach harcerze z Szarych Szeregów, czasami uzupełniając te napisy realistycznymi malunkami wieprzy rozwalonych w fotelach kinowych i teatralnych. Te akcje KEDYWU nie dawały wielkiego rezultatu – warszawiacy wypełniali nadal sale kinowe i teatralne – i dopiero zasmradzanie wspomnianych pomieszczeń dało pewne, choć umiarkowane, rezultaty.

Jest w Polsce utrwalony mit, że w okresie okupacji aktorki przywdziały fartuszki kelnerek, a aktorzy zaczęli się imać wszelkich możliwych zajęć – zostawali stróżami, robotnikami budowlanymi, szklarzami itp. Wszystko to prawda, choć niepełna.

Okupanci nie dopuścili wprawdzie do reaktywowania teatrów z tzw. ambitnym repertuarem, co wymusiło bezrobocie większości środowiska teatralnego, ale przymykali oko na pojawiające się co rusz teatrzyki, serwujące program z najniższej półki wodewilu i burleski.

W teatrzykach tych grali naturalnie polscy aktorzy (czasami o głośnych nazwiskach, jak Adolf Dymsza), którzy już po wojnie musieli się z tego tłumaczyć przed komisją dyscyplinarną ZASPu, otrzymując zazwyczaj kilkuletni zakaz wykonywania zawodu.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że wspomniana komisja nie zajęła się przypadkami jawnej kolaboracji aktorów występujących pod okupacją sowiecką – w Wilnie i we Lwowie – w spektaklach o antypolskim charakterze. Już tylko dla porządku trzeba dodać, że taka kolaboracja w Generalnym Gubernatorstwie Igo Syma, zakończyła się wyrokiem śmierci wydanym przez Państwo Podziemne, który został wykonany.

Bojkot w stanie wojennym

Niewątpliwie wspomniany mit o niezłomnej postawie aktorów w czasie okupacji niemieckiej był inspiracją do niezwykłych zachowań środowiska aktorskiego po 13 grudnia.

Nikogo nie zdziwił Krzysztof Kolberger, gdy w pierwszych tygodniach stanu wojennego – teatry były jeszcze zamknięte – pojawił się w jednej z kawiarni… jako kelner. Środowisko teatralne, wcześniej bardzo zaangażowane w pokojową rewolucję Solidarności, uznało, że los wyznaczył mu zadanie symboliczne. Że kiedy Jaruzelski wypowiedział wojnę narodowi i wziął zakładników, aktorzy powinni dać czytelny sygnał o swoim proteście.

W praktyce nie było w tym nic szczególnie heroicznego – z jednym wyjątkiem, o czym za chwilę – bo sprowadzało się do odmowy występowania w telewizji, a także w filmach takich jak „Godność” – propagandowych gniotach szkalujących Solidarność. Bojkot telewizji trwał niecały rok, a o jego zakończeniu w niezbyt zręczny sposób poinformował prymas Józef Glemp.

Do uczestniczenia w bojkocie nie trzeba było, że zacytuję Herberta, wielkiego charakteru, ale do zaangażowania się w Teatr Domowy niezbędne było minimum odwagi, gdyż taka aktywność musiała się liczyć z represjami, które miały miejsce, chociaż w wersji łagodnej (krótkotrwałe aresztowania). Trzeba w tym miejscu powiedzieć, że w Teatr Domowy zaangażowało się zaledwie kilkunastu aktorów i dodać, że grupa aktorów, którzy ostentacyjnie złamali bojkot była również niewielka.

Dzisiaj, z perspektywy lat, wydaje się, że rola „sumienia narodu” była stanowczo na wyrost dla środowiska aktorskiego traktowanego jako całość. Została w jakiś sposób „narzucona” przez okoliczności, ale także przez wybitnych liderów tego środowiska (Holoubek, Łapicki, Szczepkowski, Korzeniowski), którzy dla reszty środowiska pełnili rolę mentorów.

Dzisiaj takich liderów już nie ma, a szkoda, gdyż w czasach „zapaści semantycznej”, czyli oderwania słów od ich tradycyjnych znaczeń i szczególnego z tego powodu „rozchwiania”, przydaliby się liderzy o szerokich horyzontach i wysokim ilorazie inteligencji, w dodatku akceptowani przez większość środowiska aktorskiego. Bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tym środowisku – oczywiście są chlubne wyjątki – z tym ilorazem nie jest najlepiej.

Dekadencja III RP

Proces laicyzującej się od dłuższego już czasu Europy jest wspierany konkretnymi działaniami urzędników Unii Europejskiej. Wszystko to zmierza do dechrystianizacji naszego kontynentu, w którym ze słynnego zdania: „Jeśli Boga nie ma – to wszystko wolno” powoli ma zniknąć słowo „jeśli”. Wojna z Panem Bogiem i kościołem rzymsko-katolickim stała się celem samym w sobie – oczywiście w imię wolności, którą ta religia ogranicza. W Polsce, która najdłużej opierała się wspomnianej procedurze, pojawiły się ostatnio przyczółki, swoista V kolumna dechrystianizacyjna. I to gdzie? W teatrach!

Zaczęło się w miarę niewinnie – w Teatrze Starym w Krakowie, pod dyrekcją Jana Klaty. Gdy nie odniosły skutku protesty kilku aktorów przeciwko obrażaniu ich uczuć religijnych, gdy zapoznano zespół z założeniami planowanego spektaklu „Nie-Boska komedia” Zygmunta Krasińskiego w reżyserii znanego już w Europie chorwackiego skandalisty Olivera Frljica – wieloletni i niezwykle zasłużeni dla tego teatru aktorzy, Anna Polony i Jerzy Trela, na znak protestu opuścili tę scenę.

Ten protest wpłynął być może na decyzję Klaty, by wspomnianą sztukę wyreżyserowały inne osoby (Monika Strzępka i Paweł Denirski), ale warte odnotowania jest, że potem, już w innych teatrach, przy znacznie bardziej skandalicznych i obrazoburczych pomysłach inscenizacyjnych, aktorzy nie tylko nie protestowali, ale ochoczo zabrali się do dzieła.

Tak stało się w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, gdzie reżyserię spektaklu „Wasza przemoc i nasza przemoc” powierzono wspomnianemu już chorwackiemu skandaliście. Doprowadził on do premiery, na której działy się rzeczy wcześniej niespotykane. Otóż sceniczny Chrystus gwałci muzułmankę, która potem, naga, jedynie w chuście, rodzi naszą narodową flagę, a poród odbywa się przy dźwiękach kolędy „Cicha noc”. Po zakończeniu spektaklu publiczność biła brawo.

Festiwal Olivera Frljica miał na polskich scenach ciąg dalszy – przyjął bowiem zaproszenie dyrektora Teatru Powszechnego w Warszawie (imienia Zygmunta Hubnera, co warto przypomnieć, bo ten, niezwykle zasłużony dla polskiego teatru dyrektor, reżyser i aktor, bezspornie musi się grobie przewracać) do wyreżyserowania „Klątwy” Wyspiańskiego. A ten zrobił to rzecz jasna w swoim stylu. Seks oralny ze statuą Jana Pawła II, niszczenie krzyża za pomocą piły łańcuchowej, podcieranie się flagą Watykanu i coś całkiem świeckiego, rzucona mimochodem propozycja zbierania pieniędzy – czyżby dla zawodowego mordercy? – na unicestwienie Jarosława Kaczyńskiego. Aktorzy wypełnili swoje zadania z entuzjazmem, za co po zakończeniu spektaklu publiczność nagrodziła ich brawami na stojąco.

Parę uwag, pytań i jedna przestroga

Nie jest prawdą, że wcześniej na polskich scenach nie padały ostre słowa pod adresem Pana Boga i Kościoła rzymsko-katolickiego. Zdarzały się nawet bluźnierstwa, np. w „Wielkiej improwizacji” w „Dziadach” Mickiewicza, gdzie zrozpaczony Konrad nazywa Boga carem. Było to bluźnierstwo, ale nie sądzę, żeby obrażało czyjekolwiek uczucia religijne. To co serwuje chorwacki skandalista nie jest realizacją wolności artystycznej, tylko chamską prowokacją z pogranicza kloaki.

Pozostaje jednak pytanie: dlaczego nasi aktorzy nie poszli śladami Anny Polony i Jerzego Treli, angażując się bez reszty w takie plugastwo? Niedostatki rozumu nie są wyjaśnieniem, gdyż wystarczyłoby poczucie smaku. I wrażliwość na imponderabilia. Nie znajduję odpowiedzi na to pytanie, podobnie jak nie byłem w stanie pojąć swoistego bojkotu części tego środowiska przy powstawaniu filmy „Smoleńsk” Antoniego Krauzego.

I nie mogę zapomnieć jednego zdania, które w filmie Boba Fosse „Kabaret” wypowiedziała Liza Minnelli. Opowiadając z zachwytem o klimacie wolności artystycznej w Berlinie lat dwudziestych ubiegłego stulecia, użyła określenia: „boska dekadencja”.

A kilkanaście lat później w tym raju wolności artystycznej władzę demokratycznie zdobył Hitler.

foto Janusz Wolniak

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej