KLĄTWA KLĄTWY…Rafał Żebrowski

To, że wybuchnie burza medialna i że zarzewiem zawieruchy będzie teatr, można się było spodziewać. Przy indolencji tuzów opozycji obsługa zapałek może okazać się niebezpieczna, więc w roli piromanów muszą wyręczać ich celebryci, a najlepiej artyści, kryjący się za immunitetem wolności sztuki.

KLĄTWA KLĄTWY…
NA GŁOWY NASZE- Rafał Żebrowski

To, że wybuchnie burza medialna i że zarzewiem zawieruchy będzie teatr, można się było spodziewać. Przy indolencji tuzów opozycji obsługa zapałek może okazać się niebezpieczna, więc w roli piromanów muszą wyręczać ich celebryci, a najlepiej artyści, kryjący się za immunitetem wolności sztuki.

Zwłaszcza przykład wrocławskiego teatru był w tym względzie zachęcający, więc stało się i oto mamy sprawę scenicznej „adaptacji” Klątwy Stanisława Wyspiańskiego.

Geneza „Klątwy”

To – obok „Sędziów” – jeden z dwóch tzw. galicyjskich dramatów niekwestionowanego króla polskiego modernizmu, który gdyby narodził się gdzieś na Zachodzie, byłby uznaną wielkością pośród największych mistrzów wszech sztuk i epok. Ale urodził się i życie spędził pod Wawelem, co nie wymościło mu szerokiej drogi do sławy powszechnej. Dla artystycznych dokonań wszakże stanowił ów fakt nie byle jaką pożywkę, wymuszając wprost podnoszenie lokalnego doświadczenia udręczonego przez zaborców narodu, czy bardzo prowincjonalnych zdarzeń, do rangi uniwersaliów.

Tak też było i w przypadku „Klątwy”, dla której genezą stała się sprawa stara jak świat, ot, w małej wiosce galicyjskiej ksiądz dobrodziej żył ze swą młodą gospodynią, obdarzając ją potomstwem, a swą owczarnię – zgorszeniem, aż wreszcie wybuchł skandal. Nie musimy się z resztą tego domyślać, bo Wyspiański sam w tekście podaje dokładny adres: Gręboszów.

Wielu zdaje się, iż musi to być miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tymczasem ta wieś u ujścia Dunajca do Wisły pierwszy raz na kartach dziejów pojawiła się w 1287 r. W połowie XVII w. wzniesiono tu istniejący do dziś kościół murowany (drewniany stał tu od początków XIV w.). Sama miejscowość miała w czas wydarzeń związanych ze źle prowadzącym się duszpasterzem ok. 500 mieszkańców i posiadała własną szkołę, oczywiście jednoklasową.

Do parafii tutejszej należała pobliska komora celna, przez którą przemycano broń w czasie powstania 1863 r. i na niej ujęto jego nieszczęsnego dyktatora Langiewicza. Wieś ta, kiedy powstawała „Klątwa”, miała już swego przedstawiciela w galicyjskim Sejmie Krajowym i austriackiej Radzie Państwa, w osobie Jakuba Bojki, współtwórcy PSL-Piast i późniejszego parlamentarzysty RP, z familii jak on zasiedziałej w Gręboszowie.

Gręboszowianinem był także mjr Henryk Sucharski, ten od Westerplatte, a z tutejszym kościołem się interesował Karol Wojtyła, przyszły papież i święty, Jan Paweł II.

Jeszcze przed wybuchem I wojny światowej odbywały się tu manifestacje i obchody patriotyczne. Nie była to więc przysłowiowa dziura, a lud tutejszy nie był ciemny jak tabaka w rogu. Aby zażegnać aferę z naruszeniem celibatu, wystarczyło się wybrać do pobliskiego Tarnowa i w tamtejszej diecezji złożyć stosowną interwencję, a to, że nikt tego nie zrobił, ma dla nas znaczenie.

Nawiązanie do „Króla Edypa”

Wyspiański tak, jak nie przedstawia realnej wsi, tak i nie jest żadnym kronikarzem realnego wydarzenia. Oczywiście, rację miał Kazimierz Wyka, twierdząc, że „Klątwa” jest dramatem odpowiedzialności, jak i Stanisław Pigoń, widząc w niej dramat obrzędowy.

Utwór został ukończony w lipcu 1899 r. i w następnym miesiącu ukazał się na łamach „Życia”, redagowanego przez Stanisława Przybyszewskiego, a przed końcem roku i w wersji książkowej. Tymczasem opowieść o grzesznym księdzu, jego „dzieciach i żonie”, w dramacie występującej jako Młoda, bigotom galicyjskim musiała się wydawać co najmniej kontrowersyjna.

Najwyraźniej jednak już wówczas dostrzegano, że Autorowi szło o coś ważnego. Moim zdaniem Wyspiański – jak to już podkreślano – w tym wypadku wprost odwoływał się do tradycji dramatu antycznego, którą był zafascynowany. Wyraźnie bowiem nawiązywał do Sofoklesowego „Króla Edypa”, a więc dzieła z ok. 427 r.p.n.e. Jednak akcenty rozłożył zupełnie inaczej niż starożytny tragik.

Edyp popełnia swe występki bezwiednie, zabijając ojca i poślubiając własną matkę, bowiem nie znał swego pochodzenia. Cierpią z tego powodu całe Teby nawiedzone zarazą. Kiedy sprawa się wyjaśnia dzięki Pytii Delfickiej, jego matka/żona popełnia samobójstwo, a sam bohater się oślepia i skazuje na wieczne wygnanie i poniewierkę.

U Wyspiańskiego Ksiądz próbuje oskarżać gromadę o grzechy, choć sam jest sprawcą największego zła. Rolę autorytetu spełniają Matka Księdza i Pustelnik mówiący o ofierze. Tym razem wskazanie zostaje zrozumiane opacznie. Młoda rzuca dzieci w płomienie stosu, a sama grozi wsi spaleniem. Zostaje ukamienowana po ucieczce Księdza. Zaczyna się pożar od pioruna, ale gaśnie, bo deszcz zaczyna padać. Właściwie nikt tu w pełni nie przyznaje się do winy i podstawowa triada bohaterów: Ksiądz, Młoda i wieś są karani, ale też każdy z nich ma coś na sumieniu; każdy miota się w bezrozumnym szaleństwie namiętności.

Ostatecznie jednak wspólnota dostępuje miłosierdzia Stwórcy, prezentującego dotąd surową twarz Boga-Sędziego, o rysach całkiem starotestamentowych. Na koniec deszcz jest dawcą życia i przejawem miłosierdzia, jakby ponownym chrztem. Ład zostaje przywrócony, a w jakimś sensie dramat człowieka bezsilnego wobec determinującego go losu, zostaje zastąpiony chrześcijańską treścią, którą stanowi prawda, iż nawet działając na oślep, wspólnota może odnaleźć łaskę.

Antyreligijne kompleksy

Tymczasem na stronie warszawskiego Teatru Powszechnego, miejscu wspomnianego na początku zdarzenia, czytamy: „W momencie, w którym związek Kościoła i państwa wydaje się być nierozerwalny, a władza organów kościelnych próbuje wpłynąć na funkcjonowanie, czy opór wobec tych mechanizmów jest możliwy”. Diagnoza tyleż fałszywa, co zdradzająca intencje instytucji nomen nie omen państwowej.

W dyskusjach o spektaklu (cytuję tu li tylko admiratorów tego przedsięwzięcia) mówiono często o np. „testowaniu struktury teatru”, by nie powiedzieć „zdolności percepcyjnych widzów”. Nie bez znaczenia jest także osoba reżysera, ale właściwie autora, spektaklu, Olivera Firlić’a, Chorwata zwanego na tejże stronie „przedstawicielem europejskiego teatru krytycznego, który poddaje odważnej dyskusji skomplikowane kwestie społeczno-polityczne”. Tylko, co to ma wspólnego z Wyspiańskim.

Właściwie to dobry przykład tego, jak „rewolucyjny zapał lewackich środowisk” bywa tchórzliwie opatrywany etykietami, mającymi im zapewnić bezpieczeństwo i możliwość odwoływania się do wartości, które sami próbują zniszczyć. W tym wypadku zasłaniają się Wyspiańskim, choć twierdzenie, że wystawiona została „sztuka na motywach” jego dramatu jest kłamstwem. Ale łatwiej w budżetowej instytucji prezentować taki karkołomny wywód niż wprost powiedzieć, iż pragniemy promować owoc antyreligijnych kompleksów bałkańskiego artysty, po którym wiadomo, czego się spodziewać.

Związany z „Krytyką Polityczną”, „Gazetą Wyborczą” i – a jakże – „Tygodnikiem Powszechnym” Jakub Majmurek wprost z lubością wylicza elementy „dzieła” Firlića:

„–  Postdramatyczność? Tekst jest tylko bardzo odległym pretekstem, spektakl to w zasadzie seria monologów i performansów.

–   Instrumentalne wykorzystywanie literackiej klasyki? A jakże.

–   Wulgaryzmy, nagość, momenty? Proszę bardzo, do woli.

–   Bieżąca publicystyka? Pełno jej.

–   Autoreferencyjność, aktorzy wychodzący z roli? Niejednokrotnie.

–   Szarganie religijnych i narodowych symboli? W całej pełni i rozciągłości”.

Moim zdaniem jest to wystarczający donos dyskredytujący całe przedsięwzięcie, ale nie jako artystyczne zamierzenie, ale tzw. produkcję teatru państwowego, utrzymywanego także z moich podatków. Proszę bardzo, jeśli znajdą się miłośnicy takich widowisk, niech za nie płacą, niech torują im drogę do „świątyń sztuki”. Niech artyści wystawią się na hazard konfrontacji z życiem i społeczeństwem, a nie wkradają się po cichu do znanego od lat teatru, niczym nie ryzykując, a potem zażywają sławy i fajerwerków krytycznych uwielbień myślącej podobnie mniejszości.

Tym bardziej, że próbują nas prowokować bez pardonu. Moskale wieszali publicznie polskich bohaterów, ale do czasu, bo zorientowali się, że bohaterska postawa bojowników w obliczu śmierci przynosi im żniwo pogardy i nowe zastępy mścicieli.

Tu zaś spotykamy się z czymś, po stokroć bardziej bezrozumnym: tak kochaliście swego Papieża, to teraz my w waszej przytomności symbolicznie go powiesimy, a jak tego mało, to i zgwałcimy. Wszystko po to, by sprowokować do gwałtownych odruchów. 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej