Jacek - Andrzej Gelberg

Poznaliśmy się w roku 1991, kiedy po dekadzie emigracji czy – jak śpiewał w jednej z piosenek – po dekadzie wygnania – po raz pierwszy przyjechał do Polski. Dowiedziałem się, że szuka wydawcy wyprodukowanej w podziemiu kasety „Pijany poeta”, zawierającej jego piosenki, jakże odmienne od tego, co nagrywał wcześniej.

–   Poeci nie dożywają czterdziestki – powiedział mi kiedyś Jacek Kaczmarski, kiedy skończył 35 lat.

–   Co ty wygadujesz? – żachnąłem się.

Jacek, jak karabin maszynowy, zaczął: Puszkin, Lermontow, Baczyński, Gajcy...

Przerwałem mu tę wyliczankę. – Przecież pierwsi dwaj zginęli w pojedynku, a kolejni w Powstaniu Warszawskim. Chyba nie masz zamiaru się pojedynkować?

Teraz przerwał mi Jacek. – A Słowacki, Rimbaud, Byron?

–   Ale twojemu idolowi Wysockiemu udało się pokonać ten próg – próbowałem polemizować.

–   Zaledwie o dwa lata – stwierdził ze smutkiem Jacek.

Poznaliśmy się w roku 1991, kiedy po dekadzie emigracji czy – jak śpiewał w jednej z piosenek – po dekadzie wygnania – po raz pierwszy przyjechał do Polski. Dowiedziałem się, że szuka wydawcy wyprodukowanej w podziemiu kasety „Pijany poeta”, zawierającej jego piosenki, jakże odmienne od tego, co nagrywał wcześniej.

Kaseta była sygnowana przez III program Radia Solidarność i podziemne wydawnictwo „Most”, a zmontowana została z piosenek nagranych na „prywatnym” koncercie w Monachium, w czasie którego poeta i jego słuchacze (w liczbie ośmiu), bynajmniej nie stronili od alkoholu. Już tylko dla uzupełnienia, kaseta z „biesiadnymi” piosenkami wydana została w wysokim jak na drugi obieg nakładzie 1000 egzemplarzy – i rozeszła się błyskawicznie.

Gdy doszło do spotkania i coś pomiędzy nami zaiskrzyło, od razu przypomniało mi się ostatnie zdanie z filmu „Casablanca”, ale przyszłość pokazała, że przyjaźnić się z Jackiem, to nie jest sprawa prosta. Bo Jacek miał poważne problemy z alkoholem, a ta przypadłość potrafi niebywale komplikować wzajemne relacje.

Gdy kiedyś mi się zwierzył, że ma szczególny dar – potrafi, nawet wśród licznej grupy słuchaczy, „wyłapać” te osoby, które są wrogo, czy choćby nieżyczliwie nastawione do niego i jego twórczości, co bardzo mu przeszkadza – obiecałem zorganizowanie mu koncertu w dużym mieszkaniu, gdzie osobiście zadbam o to, żeby wśród słuchaczy byli wyłącznie fani (chyba użyłem określenia: bezkrytyczni fani) jego twórczości. Jacek przyjął tę propozycję z entuzjazmem – postawił tylko warunek, że dla niego muszę „zabezpieczyć” butelkę „Martella” – i powodu.

Gdy znowu nawiązaliśmy kontakt, zabrałem się za organizowanie koncertu.

Gdy w umówionym terminie zebrało się w mieszkaniu na Bielanach blisko trzydzieści osób staranie przeze mnie wyselekcjonowanych (kilkoro przyjechało specjalnie z Gdańska, Poznania i Wrocławia), pojechałem po Jacka, który mieszkał wtedy u rodziców przy ul. Wiejskiej. Niestety drzwi były zamknięte, czekałem ponad godzinę – bez skutku. Okazało się, że dwa dni wcześniej pojechał do Łodzi – i tam „popłynął”.

Przez rok nie mieliśmy żadnego kontaktu, a kiedy spotkaliśmy się przypadkowo, uznałem, że robienie mu wyrzutów nie ma żadnego sensu – i machnąłem ręką. Potem kilkakrotnie byłem świadkiem, jak Jacek nawalał. Wiedziałem jedno: trzeba być bardzo ostrożnym przy umawianiu się z nim w sprawach, do których włączeni muszą być inni ludzie, gdyż może (chociaż, oczywiście, nie musi) dojść do „obciachu”.

Deklaracja

Nie będę ukrywał, że byłem i jestem pod ogromnym wrażeniem i wpływem poezji Jacka. Znałem jego utwory od pierwszych płyt i kaset, kiedy jeszcze występował razem z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. I naturalnie te późniejsze, emigracyjne, które w latach osiemdziesiątych przemycane były z Zachodu na kasetach, zazwyczaj kiepsko nagranych. W końcu nieprzypadkowo zostałem wydawcą „Pijanego poety”. Ale nie był to koniec mojej działalności wydawniczej związanej z Jackiem.

Już w wolnej Polsce, kiedy kierowałem „Tygodnikiem Solidarność”, przyszedł do redakcji Adam Borowski, który znał na pamięć chyba wszystkie wiersze Jacka. Szef wydawnictwa „Volumen” – wcześniej drugoobiegowego, któremu jako jednemu z nielicznych udało się przetrwać przemiany ustrojowe i utrzymać na rynku – od razu mnie zaskoczył.

–   Słuchaj, w tej Australii Jacek nie ma z czego żyć – powiedział zatroskany. – Nie stać go nawet na bilet lotniczy do Polski, żeby, koncertując, zarobić u nas parę złotych.

Była to informacja tyleż zaskakująca, co bulwersująca. Obowiązywał wszak u nas stereotyp, że w Australii jest Eldorado, a tu okazuje się, że żeby tam się utrzymać, Jacek musi przyjeżdżać „na saksy” do Polski.

–   Co proponujesz? – spytałem.

–   Rozmawiałem wczoraj telefonicznie z Jackiem i ten powiedział mi, że ma pomysł na powieść. Wydajmy ją razem.

–   Czemu nie – szybko się zgodziłem, ale okazało się, że propozycja ma drugie dno.

–   Jacek potrzebuje dziesięciu miesięcy na napisanie powieści, zacznijmy mu płacić honorarium z góry, co miesiąc, raz „Tysol”, raz „Volumen”, bo inaczej Kaczmar umrze z głodu.

Nie bacząc na kiepskie doświadczenia, o których już wspomniałem, nie próbowałem się wycofać. Tym razem, na szczęście, Jacek nie zawiódł i książka wyszła drukiem, pod tytułem „O aniołach innym razem”, potwierdzając, że domeną talentu Jacka jest zdecydowanie poezja. Ale w bilansie nie musieliśmy do niej dołożyć.

Koncert życia

Po tak udanej współpracy z książką, zepchnąłem w niepamięć historię kameralnego koncertu, do którego nie doszło, i zaproponowałem Jackowi zorganizowanie koncertu z większym rozmachem i dla liczniejszej publiczności, przy zachowaniu wszakże zasady, że osobiście zadbam o to, żeby na koncercie byli tylko jego fani.

Dysponowałem tym razem znakomitymi warunkami lokalowymi – obszernym patio w kształcie kwadratu w budynku przy ul. Kościelnej 12 (dziś mieści się tam 5-gwiazdkowy hotel „Regina”). Dla uzupełnienia trzeba dodać, że była tam znakomita akustyka.

Jacek był jeszcze w Australii, miał przylecieć za kilka dni, przygotowania do koncertu dopinane były na ostatni guzik. I nagle zaczęły się schody. Jacek przyleciał dwa dni wcześniej niż zapowiadał i w ciągu tego krótkiego czasu – zmanipulowany, jak później przyznał, przez środowisko zbliżone do tygodnika „Nie” – zgodził się wziąć udział w antykościelnym happeningu. Pomysłodawcy – wzorem Marcina Lutra – przybili na drzwiach warszawskiej katedry tekst z „tezami” antykościelnymi i antykatolickimi, w znanym już wcześniej „urbanowym stylu”. Informację o tym zdarzeniu natychmiast spopularyzowały media, podkreślając szczególnie obecność pod katerą Jacka Kaczmarskiego.

Powiało grozą, planowany koncert stanął pod znakiem zapytania. – Musimy pogadać z Jackiem – usłyszałem w słuchawce pełen furii głos Adama. I tak też się stało, przez kilkanaście godzin „młotkowaliśmy” Jacka: że nie było go ponad rok w Polsce, a ledwie przyjechał, to włącza się w krucjatę podejmującą tematy całkowicie obce w jego twórczości, że dołączył do szemranego towarzystwa, że chyba oszalał.

Oczywiście nie obeszło się bez alkoholu, ale uważnie pilnowaliśmy butelki. I w końcu do Jacka dotarło, że dał się podejść, że krótko mówiąc się wygłupił. W końcu spytał: Co z koncertem?

–   Wszystko przygotowane – odparłem – nie będę go odwoływał, ale nie wiadomo, czy w tych okolicznościach ktoś przyjdzie.

Adam dodał: – Jeżeli ludzie przyjdą, to zanim zaczniesz śpiewać, musisz tę publiczność przeprosić.

Przyszli niemal wszyscy, ale po minach było widać, że są rozczarowani i wściekli. Jacek dotrzymał słowa i zaczął od przeprosin, co niewiele zmieniło. Marzyła mu się powszechna akceptacja, a tu miał wszystkich przeciwko sobie. Wprawdzie wiedział, że byli to jego fani, ale w patio wiało chłodem, bo ci fani czuli się zdradzeni. Przez chwilę myślałem, że Jacek nie udźwignie tej sytuacji, że wstanie, przeprosi i opuści patio. Stało się inaczej – w tych dla siebie antywarunkach, podjął rękawicę.

I stała się rzecz niezwykła. Byłem na co najmniej kilkudziesięciu koncertach Jacka, ale czegoś takiego nie widziałam, a raczej nie słyszałem. Jacek zachowywał się tak, jakby walczył o życie. Wiedział, że jeżeli nie da z siebie wszystkiego, to w jakimś sensie może wszystko stracić.

I stał się cud – nastroszona na początku publiczność, z każdą kolejną piosenką zaczęła mięknąć jak wosk. Gdy zaśpiewał „Źródło”, cisza była tak niezwykła, że słychać było najdrobniejsze drgnięcie struny, a kiedy zaczął „Sen Katarzyny II”, to już całe patio śpiewało razem z nim. Potem zrozumiałem, że ta publiczność gdzieś w głębi duszy chciała mu wybaczyć, ale pod warunkiem, że Jacek jakoś na nowo ich do siebie przekona. I tak się stało.

Już po wszystkim ociekający potem Kaczmarski szepnął do mnie. -– Na koncertach zawsze kontroluję to, co i jak śpiewam, dzisiaj mnie poniosło i lewitowałem.

Jacek w szponach paradoksu

Nigdy nie miałem wątpliwości, że Jacek Kaczmarski jest poetą wybitnym i z biegiem czasu – nadal słuchając jego piosenek – utwierdzam się tylko w tym przekonaniu. Jego sposób obrazowania i to co potrafił robić z polszczyzną, jakże często zapiera dech w piersiach. Ale to, że swoje wiersze (uzupełniane często świetnie skomponowaną przez siebie muzyką) wykonywał jako piosenki, niejako „pomniejszało” jego rangę poetycką. Na zasadzie obiegowego skojarzenia, że był „tekściarzem” własnych piosenek. Ten kij miał jednak dwa końce.

Gdyby Jacek publikował swoje wiersze tylko w tomikach poetyckich, wychodzących zazwyczaj w znikomych nakładach, byłby dostrzeżony i na pewno doceniony, ale tylko na wydziałach polonistyki. To, że śpiewał swoje wiersze, dało mu popularność nieosiągalną dla innych poetów. I co niezwykłe – mimo, że już nie żyje od kilkunastu lat – popularność wśród kolejnych roczników wkraczających w dorosłe życie.

Odejście

Jacek zachorował w roku 2002 – na raka krtani. Chemia, a zwłaszcza naświetlania nie dawały mu praktycznie żadnej szansy powrotu na estradę. A od koncertowania był uzależniony, więc szukał takiego szpitala, który by dawał taką szansę. I znalazł – bodajże w Innsbrucku. Niestety zastosowana kuracja nie dała efektu i Jacek przegrywał walkę z chorobą.

Wrócił już na stałe do Polski, zamieszkał na Wybrzeżu. Mieliśmy tylko kontakt telefoniczny, a w ostatnim okresie, gdy nie mógł już mówić, jedynie mailowy. Ostatniego maila otrzymałem na tydzień przed jego śmiercią. Był optymistyczny.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej