GDY NIEZŁOMNI SKŁADALI BROŃ

Nocą głośnik radiowy, zwany kołchoźnikiem, ostatni raz nadawał ogłoszenie o amnestii, następnie był grany i śpiewany hymn „Jeszcze Polska nie zginęła” i nastawała cisza przerywana raz po raz dobiegającymi zza okna terkotkami straży chłopskiej: trrrr! – trrrr! – trrrr! Po chwili słychać było nawoływanie: „Hej – hej!! Hej-hej!!” Skądś dolatywał odzew: „Hej – hej! Hej – hej!!” I znowu: trrrr! – trrrr!– trrrrrr! – terkotki.

Chłopi uzbrojeni w pałki, noże i nierzadko w toporki chodzili między domami. Gdy zatrzymywali kogoś, dochodziło do krzyków i wyzwisk. Zatrzymanego wiązali powrozami i poszturchując, odstawiali na UB.

Amnestia

Była wiosna siedemdziesiąt lat temu, gdy 22 lutego 1947 roku została ogłoszona ustawa amnestyjna, która pozwalała żołnierzom podziemia antykomunistycznego ujawnić się i złożyć broń. Pamiętam tamten czas, choć skończyłem wówczas ledwo cztery lata życia. Partyzanci byli w domach moich dziadków stałymi gośćmi, a w domu w Barszczach przebywali stale ranni i nie tylko ranni.

Sto metrów od szosy augustowskiej była dobrze zakonspirowana placówka WiN/NZW, którą opiekował się mój wujek, jezuita Leon Mońko, w czasie powstania warszawskiego kapelan oddziałów „Baszta”, a po roku 1968 pierwszy Krajowy Duszpasterz Rodzin.

Żołnierze podziemia mieli ujawnić się w Augustowie i w Suwałkach 25 kwietnia 1947 roku. W przeddzień składania broni pojechałem z matką wolantem do Kolnicy pod Augustowem, skąd pochodził mąż mojej ciotki i gdzie odbywało się ostatnie zgrupowanie żołnierzy WiN. Po drodze zatrzymaliśmy się w Barszczach, żeby o amnestii porozmawiać z przebywającymi tam partyzantami WiN/NZW. Okazało się, że żaden z nich nie wybiera się do Augustowa składać broni.

Przed zdawaniem broni

Po przyjeździe do Kolnicy poszedłem z matką do dość prowizorycznego obozowiska, gdzie płonęło wielkie ognisko. Żołnierze, którzy bywali na placówce w Barszczach, rozpoznali zarówno matkę jak i mnie. Serdecznie nas powitali, obściskując, bo przecież woziłem do Barszczy mleko i sok kapuściany dla rannych. Gdy do obozu przybył z Augustowa ksiądz Chojnowski, odbyła się msza święta.

Michał Kaszczyk z międzywojennej ochrony pogranicza, kolega mego wujka Aleksandra, komendanta placówki Okoniówek, przedstawił porządek zdawania broni następnego dnia. W budynku znajdującym się naprzeciw siedziby UB w Domu Turka.

Nad wieczorem w obozie w Kolnicy zaczęły się śpiewy. Pieśni, które dawniej śpiewały kompanie, bataliony, a nawet pułki, teraz śpiewało kilkudziesięciu pozostałych przy życiu żołnierzy. Matka zaśpiewała pieśń, której słowa wypisała na odwrocie szuflady nocnej szafki: „Czerwony pas, za pasem broń…”

Żołnierze piekli na ognisku mięso, pili samogon, jedli, strzelali na wiwat z wszelkiej broni i w końcu płakali. Zjawiła się ciotka Helena i zabrała mnie do domu, a matka została przy ognisku.

Z rana przyjechał do Kolnicy duży samochód z białostockiego UB. Tym samochodem żołnierze byli przewożeni do Augustowa, gdzie składali broń.

Po śniadaniu wyjechałem z matka wolantem do Suwałk. Niewiele po ósmej byliśmy na miejscu. Zatrzymaliśmy się przed kościołem św. Aleksandra w Suwałkach. Konie dostały obrok i słychać było rytmiczne chrup – chrup.

Czekaliśmy na oddziały leśne, które lada chwila miały się pojawić. I nagle są! Od strony Kamedulskiej wjechały paradne furmanki z półkoszkami, a na nich siedzieli umundurowani mężczyźni z bronią. Może kwadrans później wszedł na plac zwarty oddział, prowadzony przez starszego już mężczyznę w płaszczu raczej cywilnym, ale w wojskowych butach. To, jak się później dowiem, Józef Grabowski „Cyklon”. Tuż za nim maszerowali żołnierze w mundurach i bez mundurów, ale z bronią na piersiach.

Nadeszli też żołnierze, którzy ulicą Kamedulską przyjechali dwoma wozami. Zobaczyłem, że mają brązowe buty z podpalanej skóry. Matka podbiegła do nich i ściskała jednego po drugim, a potem odwróciła się, żeby mnie przywołać. Powiedziała do jednego, że jestem chrześniakiem jego żony.

Mężczyzna chwycił mnie pod ręce, podniósł wysoko ponad swą głowę i powiedział jakby do siebie: „O, bracie… w złym czasie się spotykamy, w złym…”

Żołnierze mieli zamówioną mszę w kościele św. Aleksandra. Po wyjściu z kościoła oddali salwę z broni i szli na ulicę Rynkową, gdzie mieściła się Komisja Amnestyjna, złożona z przedstawicieli UB i Rady Narodowej. Tam każdy otrzymał niewielkich rozmiarów zaświadczenie, że „uczynił zadość warunkom przewidzianym w ustawie o amnestii”.

Niedotrzymane warunki amnestii

Ujawnienie się i złożenie broni miało być dla żołnierzy podziemia przepustką do normalnego życia. Ale się nie stało. Funkcjonariusze UB nie puścili w niepamięć walk z oddziałami WiN/NZW. Już w dniu złożenia broni, czyli 25 kwietnia 1947, funkcjonariusze UB rozpoczęli aresztowania ludzi związanych z podziemną działalnością. Ujawnieni wracali do lasu albo uciekali na Śląsk, do Łodzi albo do Szczecina. Wielu żołnierzy trafiło do więzień albo na Syberię, wielu zginęło.

Nawet po roku 1956 osoby z rodzin związanych z podziemiem antykomunistycznym traktowane były jako obywatele drugiej albo trzeciej kategorii. Dzieci z tych rodzin miały otwartą drogę do kopalń, do kamieniołomów i do wojskowych jednostek karnych. Przeszedłem taką właśnie drogę, wiodąca przez kopalnię „Mieszko I” w Wałbrzychu i karną jednostkę w lasach między Drawskiem i Drawnem.

 

Żołnierze WiN/NZW nie wyprzedali swych ideałów. Jeszcze poderwali się do tworzenia Solidarności w 1980 roku, a po roku 1989 zostali ponownie zepchnięci na pobocze drogi do wolnej Polski.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej