Ślepcy patrzą tylko w dal- Stanisław Srokowski

Kacper Młyńczak

Budził się co dzień po to, by nie czesać się i nie golić. By umyć zęby i spłukać twarz, by na zaniedbane ciało nałożyć zadbane, ale cholernie monochromatyczne ubrania. Szarości, czernie, granaty. Przyciasne koszule lub kuse t-shirty z pretensjonalnymi nadrukami były jego znakiem rozpoznawczym, mimo że nosili je wszyscy wokół. To był pierwszy z paradoksów jego osoby. Ale nie ostatni.

Teoretycznie był już dorosły, ale pod szkołę podwoziło go czarne BMW ojca. Brał dwie dychy na żarcie. Później nie jadł, żeby móc kupić paczkę fajek i przesłodzoną kawę z automatu. Zżerała go rutyna, jak każdego z nas. Z tym, że każdy ma swoją rutynę. Jego dzielona była między bezowocny zapieprz mający mu zapewnić zaliczenie semestru, oryginalnej urody kobietę, której bezgranicznie wierzył, wieczorne kłótnie ze starymi oraz umiarkowany dekadentyzm doprawiany popołudniowym chmielem – tutaj rutyny nas wszystkich zbiegały się ze sobą na 5 polekcyjnych kwadransów pozwalających nam przypomnieć sobie, że kiedyś byliśmy nierozłączni. Siadaliśmy na ławce przy rowie, który zgodnie i bez cienia żenady nazywaliśmy „rzeczką”, w otoczeniu kilku topól. Ludzie nazywali nasze tło wydarzeń parkiem. Ale my go parkiem nie nazywaliśmy.

Trzeci kwadrans oznaczał zwykle trzecie piwo. I trzecią fazę egzystencjalnych rozterek, które brzmiały coraz bardziej idiotycznie.

– Mielą nas. Piąty rok nas mielą. Czuję się zmielony. Czy mnie rozumiesz, Lolo? – monotematycznie jęczał Monochromatyczny.

– Hobby so’e znajdź – odparł znużony Leo w przerwie między czwartym a piątym łykiem chłodnego browara. Zblazowanie było jedyną definiującą go cechą, a on sam robił wszystko, by nie uległo to żadnej zmianie.

– Kolejne? Stary, on pisał wiersze, robił muzę, chodził na karate, nawet, kurwa, obrazy malował. Gdzie on ma jeszcze szukać? – wtrąciłem się.

– Nie’em. Nie’em. Ale wiem, że nie mogę tego słuchać. Po to wydaję resztkę kwitu na popołudniowy relaks, żeby mi fajfus przypominał, co mnie wkurwia? – spytał retorycznie Leo i wyzerował zawartość butelki.

– Dobra, daj spokój – pojednawczo rzucił Maks. – Ja go nawet rozumiem.

– Ja mu profilu nie wybierałem – ciągnął Leo tym samym, co wcześniej tonem.

– Okej, starczy. Już was moim weltschmerzem nie zanudzam. Nata dzwoni – powiedział inicjator tej krótkiej wymiany zdań. – Lecę.

– Ach, skoro Nata dzwoni, to leć na skrzydłach Amora, Romeo – palnął milczący wcześniej Zig i od razu wywołał salwę śmiechu. Śmiali się wszyscy, poza tym, w którego żart był skierowany.

– Zawistnicy – mruknął tylko na odchodnym.

– Takiej pani każdy by chciał – żaden nie ma, Romeo. Zrozum nas – dodał Zig podtrzymując rechot kompanów.

Zirytowany „Romeo” odwrócił się na pięcie, zarzucił na ramię swój ciemny płaszcz i ruszył przed siebie. Nie pamiętam już, jakiego koloru był ten płaszcz. Ale musiał być szary, czarny lub granatowy. Jak każdy jego ciuch.

Wszyscy wpatrywaliśmy się w zmniejszającą się sylwetkę naszego przyjaciela, pozwalając, by rosnący dystans sukcesywnie ścierał z naszych twarzy głupawe uśmiechy.

Jeszcze chwilę milczeliśmy, każdy z tego samego powodu. Leo otworzył kolejną butelkę wystrzeliwując kapslem w Ziga. Tamten nawet nie zwrócił na to uwagi.

– Panowie, jak cienka jest granica między zakochaniem a głupotą? – spytał w końcu zaciągając się pożyczonym papierosem.

– Dla niektórych bardziej płynna niż ten Budweiser – w charakterystyczny dla siebie sposób odparł Leo. – To nie jest kwestia tego, że on nie słucha. On nie słyszy…

– I to nie to, że on nie patrzy, tyle tylko, że nie widzi – dokończył Zig.

– Dobra, skończcie pierdolić – wtrącił poirytowany Maks. – Was to śmieszy? Czemu nikt mu nic nie powie?

– Przez pragmatyzm. Dostawanie w ryj za mówienie mu prawdy to rzecz średnio przyjemna. Ba, słuchanie jak opieprza cię za rozsiewanie BEZPODSTAWNYCH plotek, jest nawet bardziej wkurwiające.

– No dobra, to co robimy?

– Maksymilian Dawidowski – człowiek czynu! – zawołał Leo z niespotykaną dla siebie werwą. – To idź i mu powiedz. Ja mu mówiłem dwa razy, Zig cztery. Jak komuś to nie przeszkadza, to nie przeszkadza. Zobacz jak do niej pędzi, zobacz jak nam wmawia, że nas też kręci. Którego kręci? Właśnie. Nawet jak sam ją złapie, to nie wiadomo, czy to wystarczy. Ale oby w końcu on złapał. Przynajmniej dowiemy się, czy jest głupi, czy ślepy.

– Czy jedno i drugie… – dodał Zig.

– Exactly. W każdym razie sprawa jest kwaśna, co do tego jesteśmy zgodni.

– A mnie to uwiera. Na tej ławce nie było przemilczeń.

– A teraz są, Maksiu, bo tak jest lepiej.

– Gówno nie lepiej – odciął rozgoryczony. – Pierdolona dorosłość. Sam się ledwo z czegoś wygrzebiesz, to cię dopada syf kumpla.

– To się tak uważnie nie rozglądaj, jakżeś taki nadwrażliwy.

– Leo, kurwa, przestań na chwilę udawać, że masz to wszystko w dupie.

– Dobra – dołączył się Zig. – Maks jest idealistą – trzeba to uszanować. Zróbmy coś, bo mu żyłka pęknie. No więc?

Słońce zwalało im się na przeciążone powinnością skronie. Czuli, ze jałowość dyskusji jest tylko pozorna. Tyle tylko, że nie chcieli się w to wgłębiać. To, po pierwsze, nie było w ich stylu, a po drugie – nie w ich interesie.

Powietrze gęstniało z każdą sekundą. Wszyscy liczyli na rozładowanie, które przyszłoby z zewnątrz. Na samorozwiązanie się. Nic z tego. Milczeli długo, a kiedy cisza stała się już całkowicie nieznośna Zig powtórzył pytanie:

– No więc?!

– Piwo się skończyło – odparł Leo spoglądając na słońce przez pustą, szklaną butelkę, której kolor zwykle określano jako zieleń. Butelkową zieleń.

WIERSZE

 

***

 

 

Nie rozróżniam chyba nawet

Już nadziei od obawy

 

Przychylności – od dobrego wychowania

Uprzejmości od umizgów

 

Czy to wada?

Komplikacja?

Czy tylko szczypta pieprzu?

Bodziec, co hamuje stagnację

Pchając w przepaść

 

Nie chcę wiedzieć chyba nawet

Jakim to się stało prawem

 

Transcendentnym, czy tym ziemskim?

Prawem chęci? Prawem apetytu?

 

Czy za cieczy

Pośrednictwem

Co się kryła pod regałem

Zasłonięta szyfrem zalotności

Tylko naszym

 

Nie pamiętam chyba nawet

Jak zaczęła się ta sprawa

 

Twoim gestem, czy moim urojeniem

Krótkim spięciem, czy błyskiem oka

 

Czy to ważne?

Kombinacja…

Albo tylko kropla maggi

Dotyk, co został na miękkiej skórze

Niepotrzebnie

***

 

 

Ten świat ze skrawków

Spopielonych kartek

i najczystszych jedwabiów

 

 

Z moich marzeń

I twoich modlitw

Z moich prób

I Twoich starań,

by je podjąć

 

 

Ten świat jest z nas

Niestety

A nie tylko z myśli lotnej

 

 

Ten świat już zgasł

Zapłonął

Znowu światłem nazbyt jasnym

 

Razi mnie

Nasuwam szkła

Ciemnieje wszystko

I moje „teraz”

I Twoja przyszłość

 

Na chwilę

Później znów od nowa

 

To koło

Co tocząc się cyklicznie

Każe pytać

 

Czy to ja się tak zataczam?

Czy to ogół

Tak się chwieje?

***

 

 

Puchu marny, co mi z kurtki wciąż uciekasz małą dziurką

Tropem dalekich skojarzeń – zapędziłeś mnie za biurko

 

W księgach nietrafność cytatów, w których szukam prawdy resztek

Utrzymuje ten sprzed status, cóż, chyba na długo jeszcze

 

Nie ma żalu, serc rozterek, zapadania się gdzieś w magmę

Prędzej nadziei niewiele, że tę swą niepewność nagnę

 

Za to w gardle prawda więźnie, średnio dwa razy w tygodniu

Turniej tych najbłahszych nieszczęść, wyczekuje mnie swym podium

 

Niedostatek, nie ten statek, nie ten pociąg, nie to życie

Z filmu klatek Twe dwie iskry wciąż migocą do mnie skrycie

 

Widzę je przez refleks na szkle, może skrywa prawdy resztki

To jedyne me „na zawsze” – sznurek zbywań – nad nim westchnij

 

Krótki raport z oblężenia mego chorego sumienia

Mógłby skończyć się początkiem… mógłby, wszak to nic nie zmienia

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej