DAJCIE ŚWIATŁO, A LUDZIE SAMI ZNAJDĄ DROGĘ- Michał Mońko

Dziennikarstwo gazet, radia, telewizji i Internetu stanowi dzisiaj instytucję centralną sfery publicznej, która wypełnia przestrzeń między rządem i społeczeństwem. Ale czy wypełnia zadania instytucji dobra publicznego?

To szczególne usytuowanie mediów wobec odbiorców informacji zobowiązuje dziennikarstwo do lojalności wobec opinii publicznej i do przekazywania zweryfikowanej prawdy.
Misja dla dobra wszystkich
Niestety, szczególnie w telewizji, spotykamy dziennikarstwo wilcze, nastawione na tropienie, zdobywanie, żerowanie. Widać to dzisiaj nie tylko w TVN. Owo wilcze dziennikarstwo nie ma ubarwienia politycznego, nie wypełnia żadnej misji, nie realizuje dobra publicznego. To wataha, która opanowała antenę i, żeby przeżyć, zrobi wszystko... dla siebie, dla pieniędzy pod hasłami patriotyzmu i miłości do Polski.
Dziennikarz jest pośrednikiem miedzy publicznością i władzą, między władzą i publicznością. Szczególną rolę w tym pośredniczeniu pełnią rzecznicy prasowi, zazwyczaj doświadczeni dziennikarze, odznaczający się dobrym wyglądem i wyjątkowymi zdolnościami komunikacyjnymi.
O zadaniach dziennikarstwa mówił w czerwcu 2000 roku Jan Paweł II: „Mając tak rozległy i bezpośredni wpływ na opinię publiczną, dziennikarstwo nie może kierować się tylko ekonomią, zyskiem i specjalnymi zainteresowaniami. Musi być postrzegane jako misja w pewnym sensie święta, realizowana ze świadomością, że potężne środki komunikacji zostały nam powierzone dla dobra wszystkich”.
Dziennikarstwo kompetencji, prawdy i weryfikacji jest splecione z monitorowaniem władzy, z tworzeniem forum dla publicznego dyskursu i z tworzeniem przekazów jasnych i zrozumiałych tak, aby przedstawiane fakty i rzeczy stawały się interesujące i istotne. Zróżnicowane formy przekazu, szczególnie zaś newsy mówione, pisane, telewizyjne, powinny uczulać odbiorców na sprawy żywotne i powinny zachęcać publiczność do wyrażania własnych opinii i sądów. A to nawet w TVP postulaty jedynie teoretyczne, bo publiczność TVP ma tylko słuchać.
Zapaść semantyczna
W czasach PRL dziennikarstwo, szczególnie partyjne, posługiwało się językiem, w którym związek pomiędzy formą znaku a oznaczoną przez ten znak treścią podlegał ciągłej manipulacji. Polegało to na podmienianiu znaczeń, na odrywaniu znaku od oznaczonego przedmiotu albo na podmienianiu treści pod znakiem. Herbert nazwał te manipulacje „zapaścią semantyczną”.
Zapaść semantyczna była w istocie napaścią semantyczną. Żyliśmy w kraju semantycznie, moralnie i politycznie okupowanym. Sejm nie był parlamentem, nie wyrażał woli Narodu. Był forum akceptacji woli PZPR. Nasi bohaterowie z AK, NSZ, WiN, NZW zwani byli bandytami.
Archiwizowane w TVP filmy o bohaterach do niedawna miały notki: „Faszyści”, „Bandyci”. Oficerowie gen. Andersa, pozbawieni w 1946 obywatelstwa polskiego przez tzw. Rząd Jedności Narodowej, byli notowani jako zdrajcy. Reżim komunistyczny PRL, z obozami, więzieniami i sądami doraźnymi, był nazwany demokracją socjalistyczną, a bandyci z UB/PPR/SB/PZPR byli „szczerymi demokratami”.
Po roku 1989 odejście od systemu realnego socjalizmu miało polegać na oczyszczeniu języka z manipulacji, na przywróceniu tradycyjnego stosunku znaku językowego do oznaczonego przedmiotu i na dopuszczeniu do głosu zwyczajnych ludzi: stoczniowców, nauczycieli, górników, urzędników etc.
„Zadaniem dziennikarstwa jest odebrać język zawłaszczony przez władzę, która ten język skaziła propagandą, podrywając do niego zaufanie i podkopując podstawy wolności myśli” – mówił w 1991 prezydent Czech, Vaclav Havel, do grupy dziennikarzy.
Ale czy rzeczywiście po roku 1989 język został odebrany, oczyszczony z kłamstw i oddany suwerenowi, czyli Narodowi? Czy stało się inaczej? W istocie po 1989 język został zaanektowany nie tylko przez dawnych towarzyszy z PZPR, także przez dzieci i wnuki dawnych władców, przez grupy trzymające rzeczywistą władzę, media i biznes. Stało się też coś zupełnie fatalnego: media zasiedliły półgłówki, zasiedliła umysłowa nędza dziennikarska.
Dzisiaj należy zauważyć, że starym wilkom dziennikarstwa już wypadły albo stępiły się kły. W roku 1989 młode miały 28 zębów mlecznych. Gdy dorosły, miały po 42 zęby, których długość dochodzi nawet do 57 mm! Nacisk szczęki wilka wynosi do 15 kg na cm kwadratowy! Trzeba było się bać. Ale wilcze kły powoli się ścierają i pojawiają się kłopoty z rządzeniem stadem i kłopoty z żarciem.
Spece od socjotechniki
Doszło więc do wilczej zmiany pokoleniowej. Stare wilki w większości zostały zastąpione przez młode wilki. Słyszę dzisiaj, że mamy nowe czasy. A parafrazując wiersz Kawafisa, można powiedzieć: „Nie ma już w telewizji barbarzyńców”. Czyżby? Młode wilczki, nierzadko dzieci resortowe, dzieci z towarzystwa nowej Polski, dzieci wilcze, wcale nie są dziś gorsze i mniej skuteczne od starych wilków.
Stare wilki dziennikarstwa, młode wilki i szare wilki mediów, polityki, biznesu sprzed 1989 ukrywają się w zafałszowanym języku. Manipulacja językiem jest skuteczniejsza niż w czasach PRL. Propagandyści, spin doktorzy, spece od PR, od socjotechniki manipulują dziś językiem wspierając się opracowanymi kliszami wypowiedzi i psycholingwistyką.
Młode wilki równie celnie i skutecznie manipulują jak ci z PRL. To wygodne, opłacalne, przynoszące profity finansowe, prestiżowe, a przede wszystkim zapewnia żerowanie i miejsce w telewizji. Twierdzą, że widzą to, czego inni nie widza. To gangrena mózgu. Z telewizji „Republika” dowiaduję się, że Rosją już na nas napadła. W niektórych plemionach indiańskich, jeśli ktoś nie widział duchów przodków i nie rozmawiał z nimi, był nienormalny, a to znaczyło, że zagraża plemieniu. A zatem coraz więcej ludzi zagraża, bo nie widzi tego, co widzi „Republika”.
Wilki dziennikarskie i wilczki żyją w rodzinach, które zwane są watahami. W telewizji nie było i nie ma pojedynczych osobników. Przeciętna wataha liczy dziś kilku osobników. Dawniej, w latach dziewięćdziesiątych, watahy liczyły nieraz po kilkudziesięciu osobników. Dzisiaj część z każdej watahy żeruje poza telewizją. To oni dostają od swej telewizyjnej rodziny zlecenia i występy.
Funkcjonariusze dziennikarstwa – wilki stare i wilki z wilków – podbijają i demolują ludzkie umysły bez wojny, ale pod presja możliwej wojny. Podmiana znaczeń tradycyjnych słów jest tym razem tylko jednym z wielu sposobów manipulacji. Przykładowo, nieakceptowane zjawiska, normy, wydarzenia i przedmioty opisywane są ciepłymi, niekiedy żartobliwymi słowami, niwelującymi u odbiorców odruchy oporu.
Havel, gdy mówił o języku, mówił o świecie językowym, w którym mowa jest przekazem, a język stanowi kod. Świat jest zakodowany. A zatem, zmieniając kod, zmieniamy w pewnym sensie świat. „Człowiek żyje w otaczającym go świecie… tylko takim, jakiego obraz zawarty jest w języku” – twierdził Wilhelm von Humboldt.
Havel wskazywał dziennikarzom nie barykady, ale coś ważniejszego. Wskazywał zadanie na miarę nowych, demokratycznych czasów: odebrać język zakłamanej władzy. Nie ma dziś komunistycznej władzy. Ale język z zakodowanym w nim światem myśli, idei, kultury i polityki zaanektował i uczynił skuteczniejszym dzisiejszy establishment.
W nowej Polsce szczególną rolę pełni kawiarnia dziennikarska, która opanowała media elektroniczne. Rezultatem studyjnego gadania są tylko fusy i fusy.
Post-prawda
Dzisiaj najbardziej zmanipulowanym słowem jest prawda. Mówi się nawet o post-prawdzie. Oxford Dictionaries, leader rynku słowników, ogłosił, że słowem roku 2016 jest słowo „post-truth”, czyli „post-prawda”. Wydawnictwo wybrało słowo, które w 2016 zdobyło największy rozgłos, ważność i kulturowe znaczenie.
Banałem jest stwierdzenie, że ludzie mówią językiem narzuconym przez media. Wyjściem z tej sytuacji nie jest zawołanie, by nie oglądać telewizji, nie przywiązywać się do żadnych słów i obrazów, nie grzęznąć w słowach. I tu pojawić się musi dziennikarz moralny, uczciwy, kompetentny i dobrze by było, gdyby ten dziennikarz umiał włączyć się do rozmowy zwyczajnych ludzi.
Rola dziennikarstwa w państwie, w społeczeństwie od dawna jest określona. Dziennikarze powinni być inerlokutorami, czyli tymi, którzy mieszają się do rozmowy. Słowo „interloqui” oznacza wmieszanie się w rozmowę, dokonanie wstawki w ciąg rozmowy. „Ostatecznie dziennikarstwo oznacza wzmocnienie prowadzonych przez ludzi ich własnych rozmów” – pisał James William Carey, dziennikarz, nauczyciel mediów na Uniwersytecie Columbia.
Dziennikarze jako interlokutorzy zobowiązani są budować wspólnotę ludzką. Komunikacja w rzeczy samej jest wspólnotą (łac. commūnicō – uczynić wspólnym; commūniō – wspólność; commūnitās – poczucie łączności). Dziennikarstwo jako wzmacnianie rozmów wpisało się już w myślenie.
Rola dziennikarstwa jest fundamentalna, gdy chce się osiągnąć społeczeństwo obywatelskie i demokrację. Komunikowanie niemożliwe jest bez wspólnoty, bez porozumiewania się, bez rozmów. Wszak polityka jest związana z konfliktem i współpracą. W społeczeństwie występują sprzeczne opinie, odmienne pragnienia, konkurencyjne potrzeby, przeciwstawne interesy i różne sposoby życia. Dziennikarze powinni godzić sprzeczności, ułatwiać politykom dochodzenie do konsensusu.
Ale nie godzą sprzeczności, druzgocą wspólnotę, deformują wspólną pamięć i wspólny los Polaków. Wskazują społeczeństwu błędne cele, do których ludzie mają dążyć, i kreują wrogów tam, gdzie wrogów nie ma. Telewizje, a w mniejszym stopniu stacje radiowe, rozniecają spory, zaogniają konflikty, produkują słowa i obrazy, które przekształcają postawy konkurencyjne w postawy wrogości.
Funkcjonariusze zostali
No więc czym jest dzisiaj dziennikarstwo? Jest to forum politycznego sporu, a nie forum publiczne, na którym dochodzi się do prawdy. Czytając gazety, słuchając radia, oglądając telewizję – mamy do czynienia z obłędem nienawiści, z chlewem opinii, z wścieklicą słowną z lewej, z prawej i ze środka.
Nie brakuje opinii, nie brakuje sądów i osądów, publicznych egzekucji. Brakuje faktów, brakuje głosu publicznego, brakuje prawdy. W studiach siedzą gadające głowy i gadają. Zawsze ci sami. Wczoraj, dzisiaj i jutro. Czterech, pięciu wybrańców. Z góry wiadomo, co który powie i o czym nawet nie bąknie. Co oni wiedzą, gdy nie znają Polski, nie wiedzą, co dzieje się w fabrykach i na wsi?
Z telewizji musieli odejść dziennikarze nieprawomyślni. Czyżby? Zimoch, znakomity dziennikarz sportowy, był nieprawomyślny?! Orłoś, znakomity performer, prowadzący „Teleexpres”, był nieprawomyślny?! A doskonała spikerka Tadla, była nieprawomyślna?! Bzdura! Musiał odejść rzecznik prezydenta, Marek Magierowski, mówiący siedmioma językami, profesjonalista w zakresie komunikacji i, co ważne, o doskonałej prezencji i wysokiej kulturze.
Musieli odejść dziennikarze, ale nie odeszli funkcjonariusze! I w rządzie, i w mediach. Zostali funkcjonariusze, nawet pierwsi sekretarze PZPR. Zostali w mediach ci, którzy w ostatnich dwudziestu latach zwalniali dziennikarzy o orientacji niepodległościowej, prawicowej, solidarnościowej.
Kto kogo zwalniał, kto odszedł, a kto został. Pracują w telewizji sekretarze, grupowi partyjni, dziennikarze z bunkra gen. Jaruzelskiego, oficerowie WSW, a dziś oficerowie żandarmerii wojskowej, ludzie stanu wojennego. Nie odeszli z telewizji, pracują dalej, awansowali, mają się dobrze. Ilu nie odeszło? Trzeba by policzyć.
Jeden, wyjątkowy wilczek, zwalniał, wyrzucał, człowiek dawniej prezesa Kwiatkowskiego, jest dziś wydawcą programu. Drugi, z pianą na ustach, gdy mówi o NZW/WiN, przed zmianą był dyrektorem, dawniej szefem redakcji. Zwalniał, nie dopuszczał do pracy. Zachowywał się jak wściekły pies. Pracuje. Trzeci jest dyrektorem. Czwarty jest ho…ho..., choć po 1989 przyszedł do telewizji z „Trybuny Ludu”.
A kto zastąpił Marka Magierowskiego, wybitnego rzecznika? Zastąpił go poseł PiS, Krzysztof Łapiński, rzecznik, a faktycznie niedorzecznik o fatalnej prezencji, wzbudzającej w dziennikarzach odrazę.
Gdzie jesteśmy, jaka to Polska, skoro ludzie marni, amatorzy, dyletanci, ignoranci, nieuki, profani, nawet sekretarze KC PZPR reprezentują dziś władzę i media prawicowe. Działacz partyjny do 1990, przyjaciel sekretarza KC, też jest po prawej stronie. Pisze w rzekomo prawicowym tygodniku. Dziennikarka, która wciąż przesiadywała w domu gen. Jaruzelskiego nad Omulewem, robi filmy w telewizji zwanej publiczną.
A nad studyjną kawiarnią, nad telewizyjnym jarmarkiem, siedzi były zakładowy sekretarz PZPR. Obydwaj – sekretarz i sekretarz – pilnują prawomyślności dziennikarstwa. Znają się na tym, bo pilnowali prawomyślności dziennikarstwa w czasach PRL. Czy to jest medium, które oświetla drogę? Czemu odchodzą z telewizji świetni dziennikarze, a zostają ludzie z układów politycznych i mafijnych?
Nade wszystko dziennikarstwo powinno zapewniać należyte forum debaty, ułatwiać tworzenie się opinii publicznej i umożliwiać ludziom wpływanie na pracę rządu.
Dzisiaj, jak i dawniej, podstawowym celem dziennikarstwa jest dostarczanie obywatelom informacji, której potrzebują, aby być wolni i suwerenni.
Ludzie potrzebują informacji niezbędnych do zaspokojenia potrzeb w zakresie ochrony zdrowia, oświaty, zdobycia kwalifikacji, udziału w życiu obywatelskim i politycznym, rozwoju osobowości i dokonywania właściwych wyborów.
Wydawca kilkunastu gazet na Florydzie, w Teksasie, Kalifornii i w Waszyngtonie, a także nadawca radiowy i telewizyjny w kilku stanach Stanów Zjednoczonych, Scripps Company z siedzibą w Cincinnati, Ohio, głosi dewizę: „Dajcie światło, a ludzie sami znajdą swoją drogę”.

No, dobrze, ale kto ma nieść owo światło, kto ma oświetlać ludziom drogę? Nie zrobią tego funkcjonariusze dziennikarstwa, niedawni sekretarze PZPR. Nie zrobią tego również miernoty dziennikarstwa, zdolni tylko do tworzenia politycznej i ideologicznej zadymy informacyjnej za dobre pieniądze.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej