HONOR? FRANCJI?- Rafał Żebrowski

W sławniej u nas anegdocie Ignacy Paderewski, na uwagę pierwszorzędnego francuskiego polityka o porzekadle o pijanym Polaku, odpowiada, że nad Wisłą mawiają „grzeczny jak Francuz”. I że oba powiedzenia można włożyć między bajki.

Tego rodzaju prymitywne głupstwa wygadywane przez obcych „luminarzy” są znamieniem ich kompleksów i kłopotów z tożsamością. Właściwie aż dziwne, że kogokolwiek dotykają, ale wato się nad tym pochylić, choćby dla higieny psychicznej.

Nowoczesny populista”

Ostatnio Emmanuel Macron, ponoć już pewny faworyt do prezydentury, co wiąże się z zamieszkaniem w Pałacu Elizejskim, należącym niegdyś do Madame de Pompadour, czyli kochanicy królewskiej, pozwolił sobie na bezpardonowe potępienie Polski i jej obecnych władz. Wedle jednego z jego poprzedników, Jacques’a Chiraca utraciliśmy szansę na siedzenie cicho, kiedy zadeklarowaliśmy wsparcie Amerykanów w Iraku.

Pierwszy z przykładów nadsekwańskiej dezynwoltury wobec Warszawy jest próbą odwracania uwagi wyborców od braku jakichkolwiek recept na liczne francuskie kłopoty ze strony „nowoczesnego populisty”, od którego część wyborców jednak oczekuje wykazania się zdecydowaniem.

Drugi z podanych przykładów jest tym zabawniejszy, że odnosi się wprost do „antyamerykanizmu” mocno zakorzenionego w elitach tego kraju, a więc był to przejaw agresji przeniesionej. Chirac odreagowywał swoje kompleksy i to wobec kraju, który marnie wyszedł na gwarancjach wojskowych Francji.

Z tego jednak płynie wrażenie porażającej pychy. Przesada… to posłuchajcie, co powiedział generał Charles de Gaulle: „Francja jest światłością świata, jej geniusz kładzie się światłem na cały wszechświat”.

Jeden z jego następców, François Mitterrand, w 1981 r. oświadczył ni mniej, ni więcej: „Sprawiedliwa i wspaniałomyślna Francja (…) może oświetlić ścieżkę, po której kroczy ludzkość”. To dość podła literatura, ale nad Sekwaną i Loarą nie śmieszy, a nawet pobudza serca. Już od stuleci znajdujemy relacje o tym, jak trudno było znosić postronnym frankofońskie zadufanie. Można je skojarzyć z galijskim kogutem, godłem celtyckich plemion, niegdyś zamieszkujących nizinę Padu (Galia Przedalpejska) i właściwą Galię (Zaalpejską). Jako nieoficjalny znak Francji podkreśla ciągłość od czasów przed rzymskich, aż do współczesności. W tym kontekście przyznaję, iż słusznie nie odłożono go do lamusa, bo ptaszysko to buńczuczne i wrzaskliwe.

Poszukiwanie tożsamości

Natomiast w poszukiwaniu swej tożsamości Francuzi lubią podtrzymywać ów wątek starożytny, bowiem stają się pośrednio spadkobiercami tradycji rzymskiej, która na dobre zadomowiła się na ich ziemiach wraz z podbojem przez Juliusza Cezara. Jednak pomimo romańskiego języka podwaliny pod państwo zwane dziś Francją położyli… Germanie z plemienia Franków.

Pochodzący z dynastii Merowingów Chlodwig I zjednoczył swych pobratymców oraz podbił znaczną część Galii i niemałą Germanii. Prawdopodobnie w 496 r. przyjął chrzest. Na obrońcę całego chrześcijaństwa coraz mniej skutecznie próbuje się kreować jednego z jego następców, Karola Młota, który w 732 r. w bitwie pod Poitiers pokonał wojska z arabskiej Hiszpanii. Problem polega na tym, że bitwa była nierozegrana, pościgu za nieprzyjacielem zaniechano, a nie odparto wówczas żadnej inwazji, lecz łupieżczą wycieczkę muzułmanów.

W połowie XIV w. w tym samym niemal miejscu francuskie rycerstwo dostało ciężkie baty od Anglików, którzy parokrotnie w czasie wojny stuletniej nader boleśnie uczyli Franków pokory – bezskutecznie. Tymczasem kilkadziesiąt lat po pierwszym starciu pod Poitiers zdesperowany papież koronował króla Karola Wielkiego na cesarza, by ów go bronił. Nie miał jednak do tego żadnego prawa, a dokument Konstantyna Wielkiego, na którym opierał swe uroszczenia, okazał się falsyfikatem. Niemniej przez kilkaset lat Francja mieniła się podporą chrześcijaństwa, choć takie „incydenty” jak zbrodniczy proces Templariuszy, czy wymordowanie katarów, połączone z praktyczną pacyfikacją południa kraju i zagładą jego kultury, budzą dziś dreszcz grozy.

Jednak to, co jednych oburza, jak naszych antenatów w szesnastowiecznej Polsce rzeź w noc św. Bartłomieja (23/24 VIII 1572), nie mówiąc o barbarzyńskich obyczajach otoczenia obranego u nas królem Henryka Walezego, innym nie przeszkadza napawać się wielkością kultury francuskiej. Nieśmiało więc przypomnę, że jeszcze w Wersalu potrzeby fizjologiczne załatwiano co najwyżej za parawanem, kiedy od wieku na Wawelu były odpowiednie sanitariaty.

Wszakże katastrofa przyszła wraz z Wielką Rewolucją, która jest przedmiotem dumy państwowej i prywatnej większości Francuzów. Do dziś z trudem przebijają się do głównego nurtu historiografii wieści o barbarzyństwach w jej imię popełnianych, nie tylko przy użyciu gilotyny, bo egzekucji dokonywano też na opornych wandejczykach – i było tam dosłownie wszystko, włącznie z paleniem lasów, by wytruć ich dymem, a i opowieści o wyrobach z ludzkiej skóry też się zdarzają. Jednak zakochani w swej „pięknej” przeszłości Frankowie do głębokiej przesady doprowadzili rozdział kościoła od państwa, a rozbuchany antyklerykalizm wsparli rozbudowaną kulturą użycia i dzisiejszą poprawnością polityczno-postępową, tak że Jan Paweł II miał pełne prawo zapytać: „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co zrobiłaś ze swoim chrztem” (1985).

Z czego być dumnym?

Innym przedmiotem francuskiej dumy są czasy napoleońskie. Istotnie był to okres heroicznej chwały i niebywałego postępu. Choć trzeba przyznać, że równocześnie bardzo długo trzymano się nad Sekwaną różnych śmiesznych zaszłości, a to do lat 20. XX w. kobietom nie wolno było otwierać samodzielnie listów, nawet tych do nich adresowanych, a Francuski mogły zacząć głosować dopiero po II wojnie światowej.

Ale mniejsza z tym, w każdym bądź razie Napoleon I był cesarzem Francuzów, ale już nie koniecznie Francuzem. Pochodził z Korsyki, gdzie do dziś mówi się po włosku. Matka „boga wojny” dożyła swych dni w pałacu przy Piazza Venezia w Rzymie.

Dla polskich sentymentów Napoleon ma znaczenie fundamentalne. Sam karmiony jego legendą sceptycznie odnoszę się do prób rewizji naszego widzenia tamtej epoki. Jednak zawodów wówczas i później było wiele: tragedia znacznej części Legionów Polskich i San Domingo; klęska w wojnie koalicji napoleońskiej w wojnie z Rosją, do uniknięcia, gdyby Cesarz posłuchał ks. Józefa; brak należytej reakcji na każde polskie powstanie; sprawstwo II wojny światowej, poprzez odrzucenie naszego pomysłu wojny prewencyjnej przeciw Niemcom za wkroczenie wbrew traktatom do Nadrenii; rzucenie naszych ojców na pożarcie Hitlerowi, bo nie było to proste złamanie traktatów; fantastyczna wręcz klapa wojny obronnej w 1940 r., przy której nasza porażka w 1939 r. – nieunikniona zresztą – była majstersztykiem pod każdym względem. Oczywiście zdarzyła też w międzyczasie I wojna światowa, w której Francja poniosła ogromne ofiary… i chyba straciła kręgosłup. Warto tu może zacytować raz jeszcze Chiraca.

Oto prezydent Francji 8 VII 2006 r. podczas odsłonięcia pomnika żołnierzy muzułmanów, powiedział: „Armia spod Verdun była armią ludu i cały lud w niej walczył”. Z tego zapewne powodu tak licznie byli tam reprezentowani także czarni żołnierze. Jeszcze chwila i by być dobrym Francuzem trzeba będzie zostać muzułmaninem. Ale nie uprzedzajmy wypadków i wróćmy do historii.

Pułk Ułanów Nadwiślańskich

Zapewne niektórzy Czytelnicy będą studiowali ów tekst około 16 maja, a jeśli tak, to będzie to dokładnie w rocznicę bitwy pod Albuerą podczas wojny toczonej w Hiszpanii, a ściślej w 1811 r. Co ciekawe, Legia Nadwiślańska, bo o Pułku Ułanów Nadwiślańskich, pod dowództwem płk. Jana Konopki, tu mowa, trafiła za Pireneje jako formacja pod egidą króla Westfalii, Hieronima Bonaparte, bo cesarz właśnie próbował się zaprzyjaźnić z carem Aleksandrem. Rzeczywiście piekielni pikinierzy – jak ich zwali przeciwnicy – byli formacją wyjątkową, z częścią kadry (w tym sam dowódca) wywodzącą się z Legionów Polskich we Włoszech. Nie będzie przesadą nazwanie ich konnymi komandosami.

Pod Albuerą walczyli pod rozkazami marszałka Nicolasa Jeana de Dieu Soulta, a przeciw sobie mieli siły brytyjsko-hiszpańsko-portugalskie marszałka Williama Carr Beresforda. Do dziś trwa dyskusja, kto zwyciężył. Straty – zdaje się – były podobne. W krytycznym momencie zmagań do Konopki dopadł oficer z okrzykiem: Pułkowniku ratuj honor Francji! I ruszyli, niepełnym pułkiem (do bitwy przystąpiło 591 z nich) ; roznieśli elitarny pułk angielskiej jazdy; wbili się w centrum pozycji wroga rozpraszając kilka czworoboków piechoty; zdobyli baterię; zagrozili sztabowi (sir William osobiście musiał się bronić przed jednym z ułanów) ; pojedynczy jeźdźcy wyszli na tyły przeciwnika, wzbudzając tam popłoch; zdobyli kilka brytyjskich sztandarów, jedynych jakie Anglicy utracili w tej kampanii. To było coś więcej niż szarża pod Samosierrą, a szli do niej ludzie strudzeni bojem, w którym już brali udział do dłuższego czasu.

Najbardziej lubię wspomnienie jednego z nich, którego kolega w czasie rozpędzania koni poprosił o łyk gorzałki, bo… już mu z gardle zaschło. Niestety, część zdobytych armat musieli zostawić, bo… Francuzi ukradli im konie pociągowe oraz – a jakże – jeden ze zdobytych sztandarów. Anglicy po walce nie udzielali pomocy leżącym na pobojowisku ułanom, bo ponoć byli dzicy, czyli za dobrze ich rąbali w bezpośrednim starciu (to też przyczynek do tzw. zachodniej kultury).

 

W każdym razie, niech p. Macron sobie Polską ust nie wyciera, czy będzie, czy nie będzie prezydentem, bo może się okazać, że jeszcze będzie prosił o ratunek, choć nie wiem, czy z tego, co przed 200 laty pod Albuerą ocalili polscy ułani, jeszcze coś zostało.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej