MIROSŁAW KOWZAN ROZPOZNAŁA UKRAIŃCA, KTÓRY MORDOWAŁ JEJ BABCIĘ

(Z autorem rozmawia Stanisław Srokowski)

 

Jest Pan autorem dwu książek o Kresach. Proszę pokrótce przypomnieć swoją notkę biograficzną.

Urodziłem się w 1948 r. w małej miejscowości pod Gubinem. Z zawodu jestem nauczycielem. Moi rodzice pochodzili z Kresów. Tata z Wileńszczyzny, a mama, Mirosława, z domu Jasińska, mieszkała w Perczynie koło Dubna na Wołyniu. 18 maja 1943 r. Perczyn został doszczętnie spalony przez bandy UPA-OUN, a mieszkańcy bestialsko wymordowani. Mamie cudem udało się uciec z pogromu. Na kanwie tragicznych losów Perczyna napisałem książkę „Krzyż na Perczynie”, dokumentując zbrodnie, jakich dokonali banderowcy.

 

Co Pana skłoniło do przywrócenia pamięci kresowych historii?

Wielkie i szokujące przeżycie. W 1966 r. podczas rodzinnego wyjazdu do Związku Sowieckiego zatrzymaliśmy się w Werbie, na Ukrainie. I tam moja mama przypadkowo rozpoznała Ukraińca, który na jej oczach podczas napadu przez bandy UPA-OUN na Perczyn, 18 maja 1943 r., okrutnie mordował jej babcię. Ja do tej pory nic nie wiedziałem o okropnościach, jakie zgotowali nam banderowcy. Widząc rozpacz, wielki ból i spazmatyczny płacz mojej mamy, postanowiłem, że nie odpuszczę zbrodniarzom i będę w miarę swoich możliwości odkrywał i ukazywał zbrodnie, jakie popełnili. Za namową Pani Ewy Siemaszko spisałem wszystkie uzyskane na ten temat wiadomości upamiętniające te wydarzenia. Pisząc i wydając „Krzyż na Perczynie”, sądziłem, że będzie to moja pierwsza i ostatnia książka. Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że skoro opisałem dzieje rodu mojej mamy, Jadwigi, to warto też pokusić się o spisanie historii rodu mojego taty. Przecież koleje losów rodziny mojego taty też były burzliwe i ciekawe. Książka moja „Śladami rodzinnych korzeni” ukazuje ukochaną Wileńszczyznę mojego ojca. Oprócz rodowodu rodziny Kowzanów, można przeczytać, jak postrzegałem tamte strony (zagrabione przez Związek Sowiecki, a obecnie znajdujące się na Białorusi) na przestrzeni lat w moich wspomnieniach z wielu wyjazdów. Można dowiedzieć się o losach ludzi tam mieszkających. W końcowym rozdziale można odbyć wspólną podróż śladami Czesława Niemena i Adama Mickiewicza

 

Jak pan patrzy na obecne relacje Polski i Ukrainy?

Uważam, że nie można budować żadnych relacji przyjacielskich opartych na fałszu i zakłamaniu. Dopóki Ukraina nie odrzuci gloryfikacji zbrodniarzy banderowskich z OUN-UPA, nie można mówić o żadnym pojednaniu. Nie o zemstę nam chodzi, ale o uszanowanie pamięci naszych krewnych i znajomych okrutnie pomordowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Chcemy znać miejsca ICH pochówku. Książka „Krzyż na Perczynie” jest takim KRZYKIEM nad zakłamywaniem historii, poprawnością polityczną elit rządzących i naszą, Kresowian, bezradnością.

 

Niedługo, 9 lipca, odbędą się w Warszawie główne społeczne obchody Święta Kresowian związane z 74 rocznicą czczenia pamięci ofiar ukraińskiego ludobójstwa. Czym dla Pana są takie rocznice? Czym jest pamięć?

Takie rocznice kojarzą mi się z ciągłą walką o prawdę. Mamy już uchwalone święto. Musimy dalej zabiegać o większe umocowanie prawne tego święta. Musi to być ustawa. Oczywiście, w takich dniach zawsze wracamy pamięcią do naszych krewnych, których prochy gdzieś tam na dzisiejszej Ukrainie są zbezczeszczone i porozrzucane po polach. W tym roku 9 lipca wybieram się z żoną do Warszawy na główne obchody. Z kolei 11 lipca, tradycyjnie o godz. 18.00 spotykamy się my, Kresowianie i grono naszych znajomych, pod naszym kamieniem ”WOŁYŃ – 1943”, na cmentarzu w Chodzieży, by zapalić znicze i pomodlić się za pomordowanych.

ROZPASZ

(siedlisko mojego rodu)

Raniutko, jeszcze dobrze niewyspani, gdyż rozmowom po naszym przyjeździe z kuzynami nie było końca, musieliśmy szybciutko zjeść śniadanie i szykować się do wyjazdu do Rozpaszy. Umówiliśmy się z kuzynem Arturem, synem Galiny, córki Marii, że nas obwiezie po tym terenie, ponieważ swoim mercedesem tam wszędzie bym nie dojechał. Punktualnie o 9.00 przyjechał Artur ze swoją mamą Galiną. Pakujemy się razem z małżonką i Walą do jego samochodu, i w drogę. Do Hermanowicz droga asfaltowa. W Hermanowiczach przejeżdżamy Dzisnę i udajemy się w kierunku Stalicy (miejscowość ta już nie istnieje) wzdłuż prawego brzegu Dzisny. Za nie istniejącą miejscowością dojeżdżamy do skrzyżowania. Na prawo do Łużek, na lewo do Krasnej Góry i dalej do Rozpaszy. Kiedyś tą drogą jeździliśmy z Łużek do Rozpaszy. Artur obiecał, że będziemy tamtędy wracać. Na tej drodze odbyło się szereg wcześniejszych wydarzeń, które opisałem w poprzednich rozdziałach (wpadliśmy do rowu, wilki zaatakowały sanie). Skręcamy więc na lewo i za chwilą jest Krasna Góra. O mój, Boże! Szok! Cóż zostało z pięknej i dużej miejscowości! Jeden domek, w którym mieszkają jacyś staruszkowie! Z miejscowością tą mam wiele wspomnień. Tam znajdował się klub z przepiękną nową świetlicą, gdzie razem z bratem występowaliśmy. Udajemy się na miejsce, gdzie kiedyś była ta świetlica. Nie ma nic. Wszystko zarośnięte i tonące w wodzie. Nawet dojścia do rzeki Dzisny nie ma. Kiedyś tu przeprawiano się łódkami na drugi brzeg, gdzie znajdował się cmentarz, na którym został pochowany mój dziadek Jan.

Z byłej Krasnej Góry jedziemy dalej polną drogą. Docieramy do drogowskazu Wasampol. Tutaj na lewo była kiedyś posiadłość i dworek Makarskich, na prawo stoi jeszcze opuszczony i zdewastowany dworek Romanowskich. Dalej, za tym dworkiem, znajduje się następny dworek, dawna posiadłość Tulskich, w który obecnie samotnie mieszka moja ciocia Maria.

Jedziemy dalej, najpierw do miejsca, gdzie znajdowała się nasza posiadłość rodowa. Zatrzymujemy się po trzystu metrach i razem z Galiną zakładamy gumowce, przeskakujemy rów i, brodząc po łydki w wodzie, idziemy szukać śladów rodowego gospodarstwa. Po dłuższej chwili Galinie nogą udało się wymacać kamień, który stanowił fundament naszego dworku. Tyle tylko zostało z naszej posiadłości. Łzy cisną się do oczu. Przypomina mi się wiersz „Trzy ziemie” Feliksa Konarskiego Ref-Rena:

 

(...) Wykarczować – by chcieli korzenie,

Przeoraliby ziemię do spodu,

Żeby nic tu nie mogło przypomnieć

Jej przeszłości i tego Narodu

 

Który w ziemię tę wrósł od prawieków,

Który żył tu od dziadów – pradziadów...

Żeby nikt nie odnalazł tu więcej

Raz na zawsze zatartych śladów!

 

Przesiedlili, przegnali, wywieźli,

Oddzielili duszę od ciała.

Zapomnieli tylko o jednym.

Przeoczyli. Że ziemia została.

 

Ziemia, której ni wygnać, ni wywieźć,

Z której nadal z nadejściem wiosny

Zielonością w niebo strzelają

Buki, klony, topole i sosny!

I już gaj się rozszumiał, rozgadał

Po dawnemu – wileńską brzozą...

Łatwo było wywieźć człowieka -

Ale brzóz – wszystkich brzóz

nie wywiozą ! (...)

 

Rozglądam się wokoło. Pustka. Rozległa pustka. Tam gdzie rosną te dziwne drzewa, był kiedyś sosnowy las, który latem, gdy było gorąco, pachniał przecudnie żywicą. W lasku tym stała bania. Stałem w zadumie na tym podmokłym pustkowiu.

Wyobraziłem sobie w myślach i przypomniałem wspaniałe obrazy, jakie z tych miejsc zapamiętałem. Dom-dworek, oborę, ogródek kwiatowy babci Anny, ścieżki, po których biegaliśmy z bratem. Dalej – sosnowy las z banią. Przypłynął obraz, jak przed tym domem pewnego poranka grałem na akordeonie poloneza „Pożegnanie Ojczyzny” dla przybyłych tu pracowników kołchozu.

Serce mi ściskała rozpacz i nostalgia. Nie mówiąc nic do Galiny, pędem pobiegłem na drogę do stojącego tam samochodu. W milczeniu udaliśmy się do Wasampola do cioci Marysi.

 

(fragment„Śladami rodzinnych korzeni)

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej