Marrakesz w kolorze Sahary- Michał Mońko

Samolotem linii easyJet lecę z Paryża do Marrakeszu. Moim sąsiadem w czasie lotu jest Berber z gór Atlas. Nie zna żadnego z europejskich języków. Kiedy stewardesa podaje mi potrawę, Berber wskazuje palcem kawałki mięsa i kilka razy chrząka, naśladując świnię. Wydobywam z siebie odgłosy kury, czym wskazuję, co jem. Berber uśmiecha się, kiwa głową. Przywołuje stewardesę i gdakaniem zamawia potrawę z kury.

Samolotem linii easyJet lecę z Paryża do Marrakeszu. Moim sąsiadem w czasie lotu jest Berber z gór Atlas. Nie zna żadnego z europejskich języków. Kiedy stewardesa podaje mi potrawę, Berber wskazuje palcem kawałki mięsa i kilka razy chrząka, naśladując świnię. Wydobywam z siebie odgłosy kury, czym wskazuję, co jem. Berber uśmiecha się, kiwa głową. Przywołuje stewardesę i gdakaniem zamawia potrawę z kury.

Po niespełna czterech godzinach lotu, o 17.30 lądujemy w Marrakeszu. Widok nowoczesnego Portu Lotniczego Menara zaskakuje nie tylko mnie. W halach przylotów i odpraw lśniące podłogi i kilka kobiet w białych fartuchach. Froterują marmurowy parkiet. Kontrola bagażu, sprawdzanie dokumentów i wypełnianie oświadczeń trwa ponad godzinę. Strażnicy grzeczni i znudzeni. W końcu wychodzę na plac przed Portem Lotniczym.

Pytam o transport do miasta. Słyszę: „Taxi”. Rozglądam się. Pytam jeszcze raz i jeszcze raz. Nie ma autobusu? „Nie ma”. Potwierdza to informatorka Portu Menara. Taksówka za ile? „Za 200 dirhemów”. To 20 euro za około 5 kilometrów. No więc szukam czegoś tańszego. Znajduję marokańskiego Francuza, który mnie zawozi do Mediny (Stare Miasto) za 100 dirhemów (10 euro).

Wysiadam z samochodu opodal dwunastowiecznego meczetu Kutubijja. Przede mną roztacza się plac Dżemaa el-Fna. Pytam Francuza, czy rzeczywiście nie ma autobusu Medina – Lotnisko – Medina? Słyszę: „Jak to «nie ma autobusu»? Jest autobus. Jeździ co pół godziny”. Francuz wskazuje mi ręką przystanek autobusu do Portu Lotniczego. „Za tymi dorożkami. Po drugiej stronie parku”. A po chwili pyta: „A teraz dokąd?”

Mówię, że mam pokój w riadzie „Mehdia” przy uliczce za „Cafe de France”. Francuz śmieje się. „Uliczka? – dziwi się. – Plątanina setek uliczek. Musi pan wziąć przewodnika – sugeruje. – Sam pan nie trafi”.

Poszukiwanie riadu

A jednak postanawiam trafić sam. Przechodzę przez plac Dżemaa el-Fna, mijam kilkanaście suk. Od każdej suki na targowisku wiodą w głąb Medyny uliczki, niekiedy ledwo metrowej szerokości. Za kawiarnią Cafe de France skręcam w prawo. Wchodzę w uliczkę, pełną uliczek bocznych i rozgałęzień. Pędzą tymi uliczkami motorynki, rowery, a osły i muły ciągną niewielkie wozy, wyładowane produktami. Chodzić trzeba uważnie, ocierając się o prawą ścianę uliczki.

Przy uliczkach, za murami znajdują się riady, niekiedy przepiękne domy Marokańczyków. Wnętrza tych domów zorganizowane są wokół otwartego na niebo patio. Architektura patio zadziwia swym urokiem. Jest tu zawsze woda, rosną palmy i inne rośliny. Z riadu wychodzą na uliczkę jedynie drzwi, czasem niewielkie okno.

Szybko zostaję rozpoznany jako ten, kto poszukuje riadu. Zaraz sypią się propozycje: „Zaprowadzimy cię za 50 dirhemów”. Kilka minut później cena doprowadzenia mnie spada do 30 dirhemów. Wreszcie, kiedy jestem już opodal poszukiwanego riadu, cena przewodnika spada do 20 dirhemów.

W pewnej chwili widzę w murze drzwi i napis „Mehdia”. Zakołatałem. Otwiera mi młody Marokańczyk. Wchodzę do niewielkiego patio, gdzie jest basen z wodą i rośnie wielka palma, sięgająca drugiego pietra. Wokół patio, na parterze i na piętrach, widzę pokoje. Mój pokój jest na piętrze, a nad drugim piętrem jest taras, na którym będę jadał śniadania.

Zaraz ciekawość prowadzi mnie na ten taras. Patrzę na dachy i mury Marrakeszu. Dominuje kolor Sahary.

Nazwa miasta ma swoje źródła w berberyjskim słowie Murakush, co oznacza Ziemię Boga. Miasto zostało założone przez Abu Bakr ibn Umara w 1062 roku. W dwunastym wieku Ali ibn Yusuf kazał zbudować mury, okalające Medinę. Wyglądają one tak, jakby były zbudowane wczoraj. Mury obronne i mury domów mają kolor pustynnego piasku, kolor ochry i czerwieni.

W roku 1660 tron kraju objął ród Alawitów, którzy rządza do dzisiaj. Dopiero w dwudziestym wieku pojawiła się nazwa Maroko. Ale wciąż w języku perskim i w urdu, jak również w niektórych językach Sahelu i azjatyckiego południa, Marrakesz oznacza Maroko i odwrotnie, Maroko nazywane jest Marrakeszem.

Naprawdę to nie ma jednego miasta o nazwie Marrakesz. Otoczona murami Medina (Stare Miasto) przypomina Marrakesz sprzed setek lat. Jakby przeniesione w dwudziesty pierwszy wiek ze średniowiecza. A tuż za murami Mediny, jak mówią Berberowie, „rozciąga się Marrakesz francuski” nawiązujący architekturą do Europy.

Francuzi bywali „gościnnie” w Maroku już w osiemnastym wieku. W roku 1912 w Fezie zmusili ówczesnego sułtana Mulaja Abd al-Hafiza do zrzeczenia się na rzecz Francji suwerenności kraju i ustanowili francuski protektorat nad Marokiem. Po roku 1950 doszło w Maroku do antyfrancuskich demonstracji i walk ulicznych.

Wielki jarmark

W roku 1956 Francuzi zostali zmuszeni do zrzeczenia się protektoratu i odtąd Maroko jest suwerennym Królestwem Marokańskim (arab: Al-Mamlaka al-Maghribijja; berb.: Tagldit N Lmaġrib). Dewizą Maroka są słowa: „Allāh, al Waţan, al Malik” (Bóg, Naród, Król). Stolicą Maroka jest Rabat. Ale król Maroka, Muhammad VI, ma pałac także w Marrakeszu i często odwiedza miasto u podnóża Atlasu.

Gdy się zmierzcha, wybieram się na plac Dżemaa el-Fna, zwany placem Straceńców albo placem Skazańców. Niegdyś rządził na placu kat – ścinał głowy, obcinał ręce złodziejom. Teraz o zmroku plac staje się wielkim jarmarkiem, wielką orkiestrą, wielką kuchnią, wielkim teatrem. Można tu spotkać wędrowców nie tylko z marokańskiego Atlasu, ale i z Sahelu.

Tu każdy ma swoje miejsce. Fryzjerzy strzygą i zaplatają włosy, uzdrawiacze uzdrawiają, wróżbici wróżą, aptekarze sprzedają maści i olejki na wszystko, a dentyści wyrywają zęby na oczach gawiedzi.

Plac można oglądać za darmo, chodząc między kolorowymi grajkami, znachorami, sprzedawcami maści i dentystami, można też oglądać plac za pieniądze z balkonów pobliskich restauracji i kawiarń. W ciągu kilku dni odwiedziłem sześć płatnych balkonów, robiąc stamtąd zdjęcia.

Berberowie są uważani za rdzenną ludność Północnej Afryki. Od czasu zajęcia kraju przez Arabów w 685 roku, tli się i niekiedy wybucha konflikt między ludnością berberyjską i arabską. W pewne dni miesiąca Berberowie przybywają na targi do Marrakeszu.

Handel jest sztuką wszystkich plemion berberyjskich, zarówno saharyjskich Tuaregów, jak i Zajanów z północnego Maroka. Tuaregowie zamieniają wielbłądy na samochody ciężarowe i przewożą towary pomiędzy Morzem Śródziemnym a Sahelem i między Atlantykiem a Egiptem i Sudanem. Towarem są dzisiaj skóry, miedziane naczynia, kawa, herbata, tytoń, sól eksploatowana ciągle na prehistorycznych jeziorach Sahelu.

Marrakesz ma największy w Maroku tradycyjnie berberyjski bazar z ponad osiemnastoma sukami (mniejsze bazary), gdzie handluje się wszystkim, począwszy od tradycyjnych berberyjskich dywanów, skór.

Widać różność ras, ale trudno odróżnić Kabylów z wybrzeża Morza Śródziemnego i Rifów z północnego Maroka od Tuaregów ze środkowej Sahary. To plemiona berberyjskie w przestrzeni od marokańskiego wybrzeża Atlantyku po Oazy w Egipcie i od brzegów Morza Śródziemnego po południowe granice Sahary.

Berberowie

Spotykam na placu twarze w kolorze kawy z mlekiem i w kolorze afrykańskiej nocy albo przypalonego karmelu. Najbardziej widoczni na placu Dżemaa el-Fna są Berberowie. W wybranym dniu tygodnia schodzą z gór Atlasu, opuszczają swoje miejsca na Sahelu i bywają w Marrakeszu. Na targowiskach sprzedają swoje produkty. Przywożą skóry owcze i kozie, ozdoby z kamieni, drewna i metalu. Gdy jest jeszcze widno, berberyjscy opowiadacze bajek i historii gromadzą wokół siebie widownię. Muzycy i bębniarze nie chcą zakłócać opowieści i odchodzą w inne miejsce placu.

Berberowie wyróżniają się śpiewem, muzyką, recytacjami i przywiązaniem do tradycji. Mówią o sobie: imazeghen, co oznacza: „wolni ludzie”. Między nimi są też „kel tagoulmoust”, co oznacza ludzi noszących hidżab (zasłonę). Słowo to wywodzi się od słowa hadżaba (zasłaniać), co oznacza: (hadżb) zasłona, czarczaf, kwef, zasłona na twarz.

Hidżab noszony jest przez dojrzałe muzułmanki w obecności mężczyzn spoza najbliższej rodziny. Chusta zakrywa włosy, uszy i szyję, zostawiając odkrytą twarz i ramiona. Noszenie hidżabu jest wyrazem skromności i cnót islamskich. Koran zalicza do kobiecych cnót sposób chodzenia, ubierania się, a nawet sposób spoglądania.

Kobieta zasłonięta całkowicie albo częściowo nie chce być fotografowana. Koran mówi bowiem, „żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości” (Surah an-Nur, 24:31). To stwarza problemy dla fotoreportera. Zresztą i mężczyźni, szczególnie Tuaregowie (niektórzy z zasłoniętymi twarzami), nie chcą być fotografowani, a nawet obserwowani. Te zakazy słabną na widok pieniędzy. Fotografowanie na placu kosztuje minimum 20 dirhemów, czyli 2 euro.

Przez kilka wieczorów jestem na Ppacu Dżemaa el-Fna, który zmienia się w bajeczny teatr życia, w przedstawienia, w żywą inscenizacje orientalnych widowisk. Doświadczam tego widoku, tych dźwięków, zapachów, gdy najpierw siedzę na balkonie Le Grand Cafe, a w następne dni oglądam plac z balkonów Cafe de France, Le Grand Balcon Cafe Glacier i na balkonie kawiarni „Argana”, gdzie w 2011 wybuchła bomba, zabijając jedenastu ludzi, głownie Francuzów, Japończyków i kilku Marokańczyków. Z każdego balkonu widać meczet Kutubijja. To centralna budowla Mediny, świetny punkt orientacyjny.

Trudno opisać to, co dzieje się na placu. A dzieje się w każdą noc. Tańce w barwnych strojach mężczyzn z Mali. Gra na piszczałkach przybyszów z Mauretanii. Kobiety berberyjskie robią tatuaże. Między straganami chodzą marokańscy Arabowie i pokazują tresowane małpy. Zaklinacze węży siedzą na ziemi i zaklinają. Tymczasem na dziesiątkach stołów wydawana jest kolacja z mięsiwa albo tylko z warzyw i owoców, z kaszy, ryżu, ciecierzycy, soczewicy, humusu. Można też zjeść falafel.

Plac Dżemaa el-Fna to czas przeszły oglądany w czasie teraźniejszym. Dziwne zjawisko. Kwadratowy minaret meczetu Kutubijja, 69 m wysokości, ozdobiony czterema miedzianymi kulami, dawniej złotymi, zbudowano w XII wieku! Za jego pierwowzór uważa się Giraldę, dzwonnicę katedry w hiszpańskiej Sewilli, która w czasach rządów arabskich, a faktycznie berberyjskich, pełniła funkcję minaretu meczetu Almahadów. Minaret ów zbudowano w 1198 za panowania kalifa Maroka z dynastii Almohadów, Jakuba al-Mansura.

W roku 2001 przestrzeń kulturowa placu Dżemaa el-Fna została nazwana Arcydziełem Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Owo arcydzieło zostało wpisane wraz z zabytkowym otoczeniem Marrakeszu na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Siedem lat później, w 2008 roku, plac Dżemaa el-Fna znalazł się na liście niematerialnego dziedzictwa UNESCO.

 

Dziedzictwo dawnego Maroka widać dzisiaj w historycznych budowlach, sięgających XII wieku, które Berberowie i Arabowie pozostawili w Marrakeszu: grobowce Sadytów, Bahia Palace, ruiny El Badi Palace, ogrody, gaje palmowe i pałace ogrodowe. Te budowle kontrastują dziś z ubogimi sukami Mediny, po których pędzą motorynki i jeżdżą niewielkie furki zaprzężone w muły.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej