ZUZANNA SOWIŃSKA – Stanisław Srokowski

OPOWIADANIA

Bunko

 

Powiadają, że pewien poeta otrzymał dar ożywiania swoich dzieł. Jego wiersze przepowiadały przyszłość lub rzucały niegroźne uroki na ludzi. Potrafił sprawić, że skłóceni się godzili, a przegrani odnosili zwycięstwa. Wielu przychodziło do niego z prośbami, a on chętnie je spełniał za niewielką opłatą. Był dumny ze swoich zdolności i chciał wykorzystać je w dobry sposób. Niestety z czasem jego moc osłabła. Jedynie pogoda czasem go słuchała i gdy pisał o żałości świata, na miasto spływały strugi deszczu, jakby natura płakała razem z nim. Gdy zaś pisał sielanki, świeciło słońce.

W ciepłe wiosenne popołudnie do poety przyszedł pisarz z sąsiedniej wioski. Usłyszawszy o poecie z magicznymi mocami, postanowił rzucić mu wyzwanie. Był zazdrosny o jego sławę, choć sam żył w luksusach, otoczony szacunkiem. Podważył wielkość poety i powiedział, że nie uzna jego umiejętności, póki nie stworzy żywej istoty z pomocą pióra. Widok wstrząśniętego poety go zadowolił. Nie wierzył ani trochę w jego sukces. Zapowiedział swój powrót w porze, gdy liście zaczną się złocić.

Poeta, urażony zachowaniem kolegi po fachu, przez kilka dni siedział zamknięty w pokoju i myślał nad postawionym mu wyzwaniem. Jego duma została urażona. Po bardzo długim namyśle zdecydował się podjąć tego zadania. Miał szansę poznać granice swoich możliwości i być może na nowo zbudzić osłabioną moc.

Wystarczył wprawny ruch piórem i kilka słów modlitwy, aby kartki zaczęły samodzielnie sunąć po drewnianej podłodze. Po takim sukcesie od razu zabrał się do tworzenia dziecka. Postawił poprzeczkę wysoko, ale skoro miał udowodnić tamtemu niedowiarkowi swoje zdolności, chciał zrobić to w wielkim stylu.

Stworzenie małego człowieka okazało się trudniejsze, niż się spodziewał. Najczęściej wychodziły mu dziwne zlepy kartek, które nie potrafiły postawić dwóch kroków. Raz jego dzieło przemówiło, ale była to jedynie bezsensowna wiązanka przekleństw. Nie wiedział już, od czego ma zacząć pracę, zmuszał się do pisania i całymi nocami myślał, co robi źle. Sądził, że zna ludzkie uczucia i potrafi je opisać. Niestety bardzo się przecenił. Nieważne, co robił, jego wysiłki szły na marne.

Jesień zbliżała się nieubłagalnie, a on wciąż nie był nawet blisko osiągnięcia celu. Pisarz mógł go nawiedzić w każdej chwili. Nie miał zamiaru się przed nim upokorzyć i przyznać do porażki. Targały nim skrajne uczucia. Jednego dnia uparcie siedział z piórem w dłoni, drugiego zaś miał ochotę spalić wszystkie swoje dzieła. Powołał do życia niewielkiego motyla, który na skrzydłach miał wypisane słowo „leć” raz po raz. Jednak to nie mogło go w żaden sposób zadowolić.

Gdy liście zaczynały przebierać barwy złota i czerwieni, czara się przelała. Zrozpaczony i bezradny, zdecydował się na śmierć. Płacząc, pisał list samobójcy, który mieli odnaleźć ludzie z miasta, jeśli postanowią go odwiedzić. Łzy rozmazywały atrament, ale nie miał czasu i chęci na poprawki. Spisał każde swoje zmartwienie, każdą winę i każdą pociechę. Wspominał słodkie chwile sławy, wschody i zachody słońca. Nie zauważył nawet jak maczkiem zapisuje siedem stron.

Owinął list wstęgą i przygotował się do zadania sobie śmiertelnego ciosu nożem. Nagłe pukanie do drzwi zamroziło jego mięśnie. Stał tak, zapłakany i zszokowany. Zaczął się wahać. Ponownie usłyszał pukanie, a po nim lekkie kroki. Gwałtownie się odwrócił i zauważył, że list zniknął. Pobiegł do drzwi, w których stał pisarz w towarzystwie małej istotki. Obydwaj patrzyli na nią z niedowierzaniem.

Poeta podszedł bliżej do istotki o śnieżnobiałej skórze i rysach dziecka. Jej włosy przypominały pociętą na paseczki kartkę, a dłonie misterne origami. Na czole widniał czarny, nieco niechlujny napis. Bunko.

Aika

 

Od urodzenia jej głos odznaczał się niebywałą melodyjnością. Był porównywany do jedwabiu, aksamitu, lutni i innych szlachetnych i cenionych rzeczy. Z każdym rokiem wraz nią dorastał jej talent do muzyki i poezji. Każdy shamisen był jej przychylny. Młodzi i starzy schodzili się z odległych zakątków wioski, aby słuchać słodkiego głosu dziewczyny z prostej rodziny. Wielu się w niej zakochiwało, lecz żaden nie mógł się wkupić w łaski jej surowego ojca. Ochraniał córkę jakby była najcenniejszym diamentem w królestwie, przekonany, że ze swoim darem jest stworzona do wielkich rzeczy. Codziennie odprawiał modły, błagając bóstwa o przychylność i szczęście jedynej córki. One jednak postanowiły zabawić się losem niewinnej dziewczyny.

Aika wyrosła na kobietę o zamkniętym na amory sercu, niedostępną dla mężczyzn. Urodą dorównywała talentowi i jednym spojrzeniem potrafiła skraść serce każdego. Jej głos hipnotyzował tłumy. Pisała pieśni o miłosnych rozterkach, choć sama ich nie doświadczała, opowiadała historie bohaterów i bogów. Za sprawą bóstw kojarzono ją jedynie z piosenkami miłosnymi i nieważne, o czym śpiewała, słuchacze myśleli o jej słodkich miłosnych opowiastkach.

Serce kobiety rozrywał dylemat. Nie wiedziała, czy powinna słuchać ojca, mając nadzieję na spełnione przeznaczenie czy poznawać mężczyzn, którzy wciąż niestrudzenie prosili o wysłuchanie ich wyznań. W głębi duszy pragnęła śpiewać swojemu mężowi, aby pocieszać go po trudnym dniu.

Pewnego ranka Aika została zaproszona do pałacu cesarza, który usłyszał o talencie kobiety z małej wioski. Zapragnął wysłuchać jej pieśni osobiście i zatrzymać ją w pałacu dla przyjemności i rozrywki. Aika nie była zdenerwowana, bo szczerze uwielbiała występować, nieważne przed kim. Nie była w pełni zadowolona z faktu, że kojarzono ją jedynie z wątkami miłosnymi, zwłaszcza, że starała się poszerzać tematykę utworów. Wzięła w podróż swoją wierną lutnię i kilka tekstów, z których była szczególnie dumna. Chciała zrobić jak najlepsze wrażenie.

W dzień występu Aika spacerowała po królewskim ogrodzie i oglądała starannie wypielęgnowane kwiaty. Szukała w nich ukojenia nerwów, które mimo wszystko zaczęły się odzywać. Dostrzegła młodego mężczyznę, który siedział pod drzewem i nastrajał misternie zdobioną lutnię. Miał na sobie skromny strój, a jego twarz była łagodna, ale roztaczał wokół siebie tajemniczo władczą aurę. W skupieniu słuchał lutni i jej kaprysów, cierpliwie ją strojąc. Z ukrycia obserwowała mężczyznę, a jej serce z każdą chwilą biło coraz mocniej. Zapragnęła zaśpiewać mu najpiękniejszą pieśń, jaką znała, pokazać ,jak bardzo ją oczarował. Odmówiła krótką modlitwę i szybko wróciła do swojego pokoju, aby rozpocząć przygotowania do występu. Niestety bóstwa ponownie postanowiły z niej zakpić.

Cesarz siedział na złotym tronie w towarzystwie żony oraz najstarszego syna, Yoshimoriego. Pod trzema ścianami siedzieli także najbliżsi słudzy cesarza i wysoko postawieni urzędnicy. Gdy Aika podeszła bliżej tronu, rozpoznała w księciu Yoshimorim mężczyznę z ogrodu. Jej serce wypełniło się nieopisaną radością. Rozpoczęła występ, szczęśliwa, że może okazać swoje uczucia. Zaśpiewała, wkładając w to wszystkie emocje i nadzieje. Widziała rozmarzone spojrzenia zgromadzonych. Książę natomiast wyglądał na zdezorientowanego, nerwowo rozglądał się po sali. Aika mimo to kontynuowała występ. Stwierdziła, że ów młodzieniec po prostu nie wie, co zrobić pod wpływem jej pieśni.

Otrzymywała pochwały z każdej strony. Cesarz był zachwycony i od razu zaproponował jej pozostanie w pałacu w towarzystwie innych artystów. Kobieta przyjmowała wszystkie komplementy z uśmiechem, ale wciąż wyczekiwała opinii księcia Yoshimoriego. W końcu ośmieliła się spytać go osobiście. Książę wahał się przez chwilę, a jego ostateczna odpowiedź rozerwała serce Aiki na kawałki.

– Wydaje mi się, że jako jedyny nie usłyszałem twojego głosu.

W głowie śpiewaczka usłyszała szydercze śmiechy. Jej modlitwy może i zostały wysłuchane, lecz bóstwa z nich zakpiły. Czy zrobiła coś źle? Czym sobie na to zasłużyła? Wcześniej nigdy o nic tak mocno nie prosiła, a ten jedyny raz, kiedy poprosiła, nie wysłuchano jej próśb.

Ktoś krzyknął, że Aika musi być czarownicą, która rzuciła urok na przyszłego cesarza. Podniosła się wrzawa, której nie zdołał opanować nawet sam cesarz. Zrozpaczona kobieta przecisnęła się przez próbujących ją powstrzymać ludzi i wybiegła z pałacu. Wciąż słyszała śmiech bóstw, nie mogła go wyrzucić z umysłu. Przez łzy widziała niewyraźnie, ale biegła przed siebie z całych sił.

Dotarła do prowizorycznego ołtarzyka przy bocznej drodze prowadzącej do lasu. Uklękła przy nim i jeszcze długo płakała. Błagała bóstwa o wybaczenie jej wszelkich win, przepraszała za ich rozgniewanie. Całą winę zrzuciła na swój głos, który uważała za jedyne narzędzie do wyrażania uczuć. Narzędzie to zawiodło ją w najważniejszym momencie, więc już go nie potrzebowała. Klęcząc przy małym ołtarzyku, wyrzekła się swojego głosu i złożyła śluby milczenia, aby ani ona, ani nikt inny nie musiał już przezeń cierpieć.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej