Rozwody polityczne- Andrzej Gelberg

Nie są dokonywane przez sądy w majestacie prawa, nie ma więc mowy o orzekaniu o winie. Nie wchodzą więc również w grę alimenty czy jakiekolwiek inne formy zadośćuczynienia, co nie oznacza, że rozwodnik chcąc utrzymać się w grze, nie płaci politycznej ceny-część I

Nie są dokonywane przez sądy w majestacie prawa, nie ma więc mowy o orzekaniu o winie. Nie wchodzą więc również w grę alimenty czy jakiekolwiek inne formy zadośćuczynienia, co nie oznacza, że rozwodnik chcąc utrzymać się w grze, nie płaci politycznej ceny.

Spór trwający już od dekady pomiędzy dwiema największymi partiami w Polsce – PO i PiS – osiąga powoli temperaturę wrzenia. W tym czasie, w obu formacjach zaszły duże personalne zmiany i mieliśmy do czynienia z rozwodami, transferami i kaperowaniem. Bardzo rzadko – jak w przypadku klubów piłkarskich – odbywało się to w spokoju. W polskiej polityce zmiana barw klubowych jakże często łączyła się z awanturą, a przejęty od konkurencyjnej formacji polityk z ochotą przyjmował w toczącej się międzypartyjnej wojnie rolę frontmana. Na szczęście nie zawsze.

PiS – czyli pechowa Kaczorów ręka do ludzi

Zacznijmy od Kazimierza Marcinkiewicza, w czasach PRL nauczyciela fizyki w szkole podstawowej w Gorzowie Wielkopolskim. Jego kariera polityczna po transformacji ustrojowej budzić może podziw: bez wcześniejszych zasług w działalności opozycyjnej zostaje posłem trzech kadencji, wiceministrem oświaty w rządzie Hanny Suchockiej, szefem zespołu politycznych doradców premiera Jerzego Buzka, by – ku powszechnemu zaskoczeniu – po zwycięstwie wyborczym PiS w roku 2005 zostać premierem koalicyjnego rządu (PiS-LPR-Samoobrona).

Dla porządku trzeba dodać, że z tą decyzją personalną Jarosława Kaczyńskiego nie mógł się pogodzić Lech Kaczyński (wówczas prezydent RP) i przez miesiąc bracia mieli „ciche dni”. Wszystko między braćmi wróciło do normy, gdy premierem został Jarosław. Pojawił się jednak kłopot: co zrobić z byłym już premierem z Gorzowa Wielkopolskiego?

Pierwszym pomysłem było, żeby wystartował w wyborach na prezydenta Warszawy. Gdy jednak przegrał to starcie z Hanną Gronkiewicz-Waltz – problem pozostał. Wróble na dachu ćwierkały wówczas, że kierownictwo PiS szuka pracy dla byłego premiera. Znaleziono ją w Wielkiej Brytanii: dostał dobrze płatną posadę w Radzie Dyrektorów EBOiR. I tam, w Londynie, poznał Izabel.

Potem już była opera mydlana, rozwód po kilkudziesięciu latach małżeństwa z dotychczasową żoną, ślub z Izabel – i festiwal wywiadów i sesji fotograficznych zamieszczanych w krajowych tabloidach i prasie kobiecej. Kiedy skończyła się sielanka, nasz świeży żonkoś, który zdążył już wystąpić z PiS, postanowił wrócić do polityki. Uznał, że jedyną drogą jest wystąpić w roli bezkompromisowego krytyka swojej wcześniejszej partii. I tak jest do dzisiaj – Marcinkiewicz jest w każdej chwili do dyspozycji TVN i Polsatu, a także prasy, najczęściej brukowej. W studiach telewizyjnych wspomnianych stacji, z poważną miną, wytrenowaną gestykulacją, peroruje, analizuje i poddaje miażdżącej krytyce PiS. Wygląda to dosyć śmiesznie i żałośnie, ale na pewno jest na rękę PO. Jednak nie na tyle, żeby złożyć naszemu Kazimierzowi odpowiednią – na miarę jego ambicji – propozycję.

Borusewicz zwany Borsukiem

Kolejną pozycję na naszej liście, według rangi i urzędu, zajmuje „legenda Solidarności” – Bogdan Borusewicz zwany Borsukiem. Nie należał nigdy do PiS, ale swoją, od dobrych kilkunastu lat pozycję, zawdzięcza braciom Kaczyńskim. Gdy po rozpadzie Unii Wolności Borsuk znalazł się poza polityką, w dodatku bez pracy i środków do życia, wystartował w wyborach samorządowych i nie bez trudu zdobył w 2001 r. mandat radnego w sejmiku gdańskim. Jednak skromna dieta radnego nie wystarczała na utrzymanie rodziny, zwłaszcza, że żona, Alina Pieńkowska, nie pracowała złożona ciężką chorobą nowotworową. I w tym momencie wkroczył Jarosław Kaczyński, który wywarł, mimo oporu, odpowiednią presję na radnych PiS, żeby zagłosowali na niezależnego radnego Borsuka, przy wyborze wicemarszałka sejmiku, co było już pracą etatową i wiązało się z dodatkowym wynagrodzeniem. Rok później Borsuk wystartował w wyborach na prezydenta Gdańska – bezskutecznie. Gdańszczanie nie podzielali zdania Kaczorów, że „Borsuk, to dobro narodowe” i mieli go wyraźnie w nosie.

W roku 2005 Borsuk zdecydował się wystartować w wyborach do senatu. Jako kandydat niezależny, ale z poparciem Lecha Kaczyńskiego. Zgodnie z ordynacją trzeba było wcześnie zebrać 3 tysiące podpisów wspierających tę kandydaturę. Nie było to łatwe, Borsuk nie posiadał żadnych struktur, które by się tym zajęły. I znowu ingerencja Kaczorów w niechętnych Borsukowi strukturach gdańskiej Solidarności odniosła efekt i podpisy zostały zebrane, a plakaty Borusewicza wraz z Lechem Kaczyńskim – w dniu wyborów dokonały reszty. Borsuk został senatorem. Ale to nie koniec.

Gdy na pierwszym posiedzeniu nowo wybranego senatu należało wybrać władze izby wyższej parlamentu – kandydatem na marszałka został niezależny senator Bogdan Borusewicz. Formalnie był kandydatem PiS, ale faktycznie Jarosława Kaczyńskiego, którego autorytet w kierowanej przez niego partii wystarczył do przekonania opornych senatorów.

Dwa lata później doszło do samorozwiązania parlamentu, szykowały się następne wybory. Borsuk startował do senatu z Gdańska i znowu trzeba było zebrać 3 tysiące podpisów, co wykonały powtórnie niechętne Borsukowi struktury Solidarności. I wtedy, już po zebraniu wspomnianych podpisów, doszło do rozmowy Borusewicza z Jarosławem Kaczyńskim, w czasie której Borsuk usłyszał, że teraz jest nieco inna koncepcja i kandydatem PiS na marszałka senatu będzie Zbigniew Romaszewski. Małomówny jak zwykle Borsuk nic nie powiedział. Tylko przestał odbierać telefony. A zbliżały się wybory, kampania była w pełnym toku i w sztabie wyborczym PiS zaczęto się niepokoić, czy coś aby złego nie stało się Borsukowi. Po trzech dniach sprawa się wyjaśniła…na transmitowanej przez telewizję konwencji Platformy Obywatelskiej. Pojawił się na niej Borusewicz i oświadczył, że jako niezależnemu kandydatowi do senatu jest mu teraz bliżej do PO. I tak po zwycięskich wyborach PO, Borsuk powtórnie został marszałkiem senatu – Donald Tusk dotrzymał obietnicy.

Z tej mało znanej i dlatego tak szczegółowo opowiedzianej historii, wyciągnąć można nowy wniosek. To, że „lojalność” w świecie polityki traktowana jest w sposób dialektyczny, znane jest jak świat światem. Ale okazuje się, że z wdzięcznością jest tak samo.

Bo to, że Borsuk wykonał zaskakujący polityczny „gambit hetmański” można jakoś zrozumieć. Ale to, że wobec swoich, nie zawaham się nazwać, dobroczyńców, wykazywał (dzisiaj już jeden nie żyje) i wykazuje nadal bezmiar agresji – to już naprawdę trudno pojąć.

Trzeci bliźniak

Następną osobą, nad którą trzeba się pochylić jest Ludwik Dorn, nazywany przed laty „trzecim bliźniakiem”. Był, zdawało się, najbardziej wiernym z wiernych. W czasach, gdy Jarosław Kaczyński, po agonii Porozumienia Centrum, nosił się z zamiarem porzucenia raz na zawsze polityki, co zresztą publicznie deklarował, nie opuszczał go ani na krok. Nosił (dosłownie) za nim teczkę, był przyjacielem i towarzyszem partyjnym. Inteligentny, błyskotliwy, erudycyjnie znacznie ponad przeciętną sejmową, zręczny polemista, pracowity, zdawałoby się – modelowy kandydat do wielkiej politycznej kariery. I wszystko wskazywało, że się tak stanie.

W czasie pierwszych rządów PiS został ministrem spraw wewnętrznych, chociaż liczył na więcej. Już wtedy pojawiły się pierwsze, choć skrywane, zgrzyty pomiędzy Ludwikiem i Jarosławem. Zadecydowały zapewne cechy osobowe Dorna, przede wszystkim egotyzm i przekonanie, że jako „trzeci bliźniak” może być równorzędnym partnerem Jarosława. W tym miejscu trzeba zauważyć, że Dorn zawsze wykazywał w sensie intelektualnym pewne „cechy kobiece”, co wyrażało się prymatem zdolności do analizy nad dokonywaniem syntez, co było i jest najsilniejszą stroną Jarosława Kaczyńskiego. Gdy byli obaj w opozycji, tworzyli zgrany team, gdy trafili do obozu władzy, musiały pojawić się iskrzenia. Kiedyś Lech Kaczyński, który miał więcej dystansu do Ludwika niż Jarek, powiedział mi na ucho: – Wiesz, ten Dorn zachowuje się czasami jak bolszewik. A gdy zobaczył moje zdumienie, doprecyzował: – Nie chodzi mi o jego poglądy, z tym jest ok, tylko o pewną, nieokiełznaną czasami zapalczywość.

I chyba tej cesze Dorna zaliczyć należy na konto fakt rozstania się z PiS, a przede wszystkim z Jarosławem. Rozwód nastąpił w atmosferze awantury, podsycanej ochoczo przez media. I na tym mogłoby się zakończyć, Dorn po odejściu z PiS raczej omijał media, a jeśli już gdzieś występował, to raczej unikał ostrych sformułowań pod adresem formacji, którą współtworzył i jej prezesa.

Nie bez zgody Jarosława Dorn nalazł się na wyborczych listach PiS w roku 2011 i jako bezpartyjny – zdobył mandat. Wiele wskazywało na to, że w końcu czas zaleczy rany, bo stara przyjaźń wszak nie rdzewieje. Tak się nie stało, zapewne znowu zadecydowała zapalczywość Dorna. I tęsknota za polityką. Gdy w roku 2015 dostał propozycję kandydowania do sejmu z listy PO – przyjął to z entuzjazmem. Tym razem jednak nie zdobył mandatu. Ale jakiś cyrograf chyba musiał wcześniej podpisać, bo tonacja jego publicznych wystąpień w mediach po zwycięstwie wyborczym PiS uległa zasadniczej zmianie. To już nie były przenikliwe analizy, literackie metafory i cytaty, celne sztychy rapierem – to była maczuga, którą subtelny niegdyś Dorn wymachiwał na oślep. Byle dowalić, byle dokopać.

Z wami jest mi po drodze

Wreszcie w naszym gronie pojawi się kobieta – Joanna Kluzik-Rostkowska. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku próbowała swoich sił w „Tygodniku Solidarność”, kiedy redaktorem naczelnym był Jarosław Kaczyński. Jej miłość do dziennikarstwa nie była raczej odwzajemniona.

Po odejściu z „Tysola”, zaliczyła jeszcze parę redakcji („Ekspres Wieczorny”, „Nowe Państwo”, „Przyjaciółka”). Potem wyszła za mąż, urodziła bodajże troje dzieci i przez parę dobrych lat zajęła się ich wychowaniem. Kiedy już dzieci podrosły, udała się do Jarosława Kaczyńskiego z prośbą, żeby znalazł dla niej jakieś zajęcie. Jarek odesłał ją do brata piastującego wtedy funkcję prezydenta Warszawy i to był moment zwrotny w życiu Joasi – zaczęła się jej błyskawiczna kariera.

Na początku została pełnomocnikiem prezydenta Warszawy do spraw kobiet i rodziny, a gdy powstał rząd Kazimierza Marcinkiewicza – podsekretarzem stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Gdy po Marcinkiewiczu premierem został Jarosław Kaczyński, zmieniła resort i została podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego, by po rozpadzie koalicji powrócić do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej – już jako minister konstytucyjny.

Trzeba jeszcze dodać, że startując w roku 2007 w wyborach parlamentarnych z list PiS, bez trudu zdobyła mandat. I wszystko to zaledwie w ciągu dwóchlat – kariera zaiste niewiarygodna. Ale to przecież jeszcze nie koniec. Gdy po katastrofie smoleńskiej ogłoszono nowe wybory prezydenckie, powołana została przez władze PiS na szefową sztabu wyborczego Jarosława Kaczyńskiego. Jak wiemy, wybory wygrał Bronisław Komorowski, ale Kaczor uzyskał nadspodziewanie dobry wynik, co niektóre media skomentowały, iż nie była to zasługa pisowskiego kandydata, tylko Joasi Kluzik-Rostkowskiej.

Jarosław Kaczyński był w sprawie owych zasług zgoła innego zdania, więc kiedy kilka miesięcy później (zbliżały się wybory parlamentarne) i Joasia stawiła się u niego z żądaniami natury politycznej, ten uznał to za groteskowy żart i odprawił ją z kwitkiem.

Obrażona Joasia postanowiła się odkuć i wraz z kilkoma koleżankami i kolegami z ław poselskich zarejestrowała w sądzie stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza. Dla Jarosława tego już było zbyt wiele i całe zrewoltowane towarzystwo wywalił z PiS. Zdążyli jeszcze nowe stowarzyszenie zarejestrować w sądzie jako nową partię polityczną – wybory były tuż, tuż. I nagle zdarzyło się déjà vu – podobnie jak w przypadku Borusewicza pojawiła się na konwencji PO. Była ubrana w ten sam czerwony żakiet, zapamiętany z kampanii prezydenckiej i drżącym głosem oświadczyła zebranym: – Z wami jest mi po drodze.

Było to coś tak niebywałego – z owczarni pisowskiej Jarosława wyprowadziła małe stadko… i potem je porzuciła – że po tej deklaracji oklaski były raczej oziębłe.

Czas jednak pokazał, że Joasia postawiła na dobrego konia: startując tym razem z list PO, zdobyła na Śląsku mandat poselski, a Donald Tusk dotrzymał słowa: zastała w kierowanym przez niego rządzie tym razem Ministrem Edukacji Narodowej i stanowisko to zachowała również za czasów Ewy Kopacz.

Zdrada czasami popłaca

Wnioski z tej historii są dwa. Pierwszy, że wdzięczność (podobnie jak w przypadku Borsuka) jest we współczesnej polityce czymś anachronicznym. Joasia wyciągnięta z domowych pieleszy przez Kaczora, bez żadnego wcześniejszego politycznego doświadczenia, a nawet więcej, bez żadnego doświadczenia kierowania jakąkolwiek większą strukturą, sama uwierzyła we własną wielkość. Jest w tym, oczywiście, również wina Kaczora, który, nie po raz pierwszy, pokazał, że ma kiepską rękę przy wyborze ludzi. Przypadek Joasi jest przypadkiem zdrady, w jej wręcz klinicznej postaci. Zdradziła Kaczora, zdradziła swoich kolegów z PJN. Patrząc na losy Kluzik-Rostkowskiej już po zdradzie, nie sposób zaprzeczyć, że – i to jest wniosek drugi – czasami zdrada popłaca.

I już dla porządku trzeba dodać, że w platformerskiej drużynie atakującej PiS, Joasia jest bardzo aktywna i gra na lewym skrzydle.

Nienawistnik

Trudno pominąć w tym tekście Radka Sikorskiego. Radek to dziecko szczęścia – w wieku 29 lat zostaje wiceministrem obrony narodowej w rządzie Jana Olszewskiego, parę lat później pełni podobną funkcję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, gdy premierem jest Jerzy Buzek. To dla naszego ambitnego bohatera stanowczo za mało. Wie, że żeby zrobić prawdziwą karierę, trzeba zaangażować się politycznie.

W roku 2005 zapisuje się do PiS i kandyduje z list tej formacji do senatu – z sukcesem. Jak jednak udało mu się otrzymać tekę Ministra Obrony Narodowej w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza? Niewątpliwie nie mogło się to stać bez zgody Jarosława Kaczyńskiego, chociaż prezydent Lech Kaczynski był więcej niż sceptyczny wobec takiej nominacji. Szybko okazało się, że miał rację. Była to kolejna pomyłka personalna Jarosława i gdy ten objął po Marcinkiewiczu ster rządu – Sikorski bardzo szybko musiał dobrowolnie podać się do dymisji.

Nie był jednak w ciemię bity, wiedział, że żeby odnieść sukces, musi zagrać va banque. Złożył polityczną ofertę Donaldowi Tuskowi i oferta ta została przyjęta. Zapisał się do PO, a w czasie kampanii wyborczej w roku 2007 zasłynął wykrzyczaną na wiecu sentencją o konieczności „wyrżnięcia watahy”. Donaldowi to się bardzo spodobało i po zwycięskich wyborach, już jako premier, powierzył mu funkcję Ministra Spraw Zagranicznych. Sprawował ją również po następnych wyborach, potem był marszałkiem sejmu. Po wygranych przez PiS wyborach wyjechał do Stanów Zjednoczonych. W Polsce pojawia się rzadko. Ale nienawiść do PiS, a już szczególnie do Kaczyńskiego weszła mu w krew, więc gdzie tylko może, wali równo i na odlew.

Przez koneksje rodzinne żony, ale także własne kontakty z czasów, gdy pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych, ma łatwość w docieraniu do wielu amerykańskich i europejskich polityków, którym przedstawia wykrzywiony obraz Polski pod rządami PiS. Stylizujący się na brytyjskiego gentelmena Sikorski nie zauważa, ze jego antypisowskie zacietrzewienie całkowicie pozbawia go klasy.

Miś

I na koniec, jak wisienka na torcie, przypadek szczególny – Michał Kamiński, zwany Misiem. Poseł kilku kadencji, w sejmie nazwany „złotoustym” ze względu na popisy oratorskie, chociaż zdaniem niektórych posłów Misiowi, kiedy ponosił go temperament, zdarzało się, że szybciej mówił, niż myślał.

Narcyz, egotyk i epikurejczyk – miłośnik markowego wina i hawańskich cygar. Zanim trafił do PiS, zaliczył kilka partii. Wsławił się wyprawą do Londynu w celu wręczenia Augusto Pinochetowi, trzymanemu tam w areszcie, ryngrafu z Matką Boską – co po latach uznał za błąd.

W czasie kampanii wyborczych roku 2005 – prezydenckich i parlamentarnych – pełnił w sztabach PiS rolę specjalisty od public relations, a po podwójnym zwycięstwie, chodził w glorii spin doktora. Rok wcześniej wybrany został z listy PiS do Parlamentu Europejskiego, by w połowie kadencji zrzec się mandatu. Przyczyna tej zaskakującej decyzji? Otóż Kamiński złożył wcześniej propozycję prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, że chciałby pracować w jego kancelarii, propozycja została przyjęta – i Misio został prezydenckim ministrem odpowiedzialnym za szeroko rozumiany PR i kontakty z mediami. Lech Kaczyński w rozmowach prywatnych mówił wtedy, że był pod wrażeniem decyzji Kamińskiego, rezygnującego z lukratywnych pieniędzy wypłacanych przez Brukselę, na rzecz pracy w jego kancelarii, gdzie ministerialne wynagrodzenie było kilkakrotnie niższe.

Zadaniem Misia było stawienie czoła kampanii nienawiści i szyderstwa skierowanej przeciwko jego pryncypałowi, głównie w wykonaniu Platformy Obywatelskiej i jej czołowych frontmanów – Palikota i Niesiołowskiego. Misio dwoił się i troił, w cięty sposób ripostował, czasami przechodził do ataku w antyplatformerskich filipikach – wszystko to było mało skuteczne, gdyż blokowane przez media. Mieliśmy już wtedy rząd Tuska, media publiczne były w rękach PO, a o zachowaniu mediów prywatnych nawet nie warto mówić. I Misio się zniechęcił, stracił zapał i energię. Po dwóch latach pracy w kancelarii znowu wystartował z list PiS w wyborach do PE – z sukcesem.

Gdy doszło do katastrofy smoleńskiej, Kamiński był w Brukseli. Potem, w czasie kampanii prezydenckiej Jarosława Kaczyńskiego, próbował doradzać sztabowi wyborczemu PiS, ale chyba niespecjalnie go słuchano, gdyż Jarek nie podzielał sentymentu zmarłego brata do spin doktora. Gdy kilka miesięcy później doszło do secesji PJN, Misio dołączył do tej grupy. Jednak kiedy szybko zorientował się, że jest to przegrywajaca karta, zaoferował swoje usługi święcącej swoje zwycięstwa Platformie Obywatelskiej. Oczywiście trzeba było werbalnie przestawić zwrotnicę, ale dla Misia była to przecież kaszka z mlekiem. Ruszył z furią, znowu nabrał wigoru, stając się bezlitosnym krytykiem formacji, do której jeszcze niedawno należał. W swoim posagu ofiarował Platformie książkę napisaną razam z Andrzejem Morozowskim pod kategorycznym tytułem – „Koniec PiS-u”.

W nagrodę PO wciągnęła Misia na swoje listy w wyborach 2014 do europarlamentu – jednak tym razem reelekcja się nie powiodła. Misio zwiększył wysiłki, w roku 2015 zdobył mandat do sejmu, cały czas w końcówce rzadów PO będąc mentorem i głównym doradcą Ewy Kopacz. Teraz choruje i zniknął z ekranów telewizorów, ale na pewno nie powiedział ostatniego słowa.

W następnym numerze dokończony zostanie temat „Rozwodów politycznych” – tym razem dotyczyć będzie Platformy Obywatelskiej.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej