KARSKI – CZŁOWIEK MISJI

W tym roku mija 75 lat od czasu, kiedy niespełna trzydziestoletni porucznik Jan Kozielewski, później bardziej znany jako Karski, w imieniu Polskiego Państwa i ugrupowań politycznych (w tym żydowskich) działających w podziemiu podjął misję, która zapewniła mu trwałe miejsce w historii Polski i całej ludzkości.

KARSKI – CZŁOWIEK MISJI- Rafał Żebrowski

W tym roku mija 75 lat od czasu, kiedy niespełna trzydziestoletni porucznik Jan Kozielewski, później bardziej znany jako Karski, w imieniu Polskiego Państwa i ugrupowań politycznych (w tym żydowskich) działających w podziemiu podjął misję, która zapewniła mu trwałe miejsce w historii Polski i całej ludzkości.

6 czerwca odbyła się inauguracja obchodów rocznicy tamtych wydarzeń pod patronatem Prezydenta RP, a organizowanych głównie przez Towarzystwo Jana Karskiego. Miałem okazję wówczas przemawiać, a teraz chciałbym Państwu przedstawić pisaną parafrazę tamtego wystąpienia.

Świadek Holokaustu

Prof. Karskiego spotykałem kilkakrotnie i byłem mu przedstawiony, co wcale nie oznacza, że go znałem. Natomiast myślałem o nim wiele. Jednym z powodów był fakt, że ów najbardziej znany na świecie emisariusz polskiego podziemia zasłynął, jako świadek Holokaustu, dokładający wszelkich starań, by zatrzymać masowy mord na Żydach dokonywany przez Niemców na ziemiach polskich. Później był znanym i cenionym wykładowcą jezuickiego Uniwersytetu Georgetown w Waszyngtonie. Mnie dane zaś było zaczynać na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim od pisania rozpraw o kazaniach jezuickich. Resztę życia poświęciłem ocalaniu pamięci o Żydach polskich, tego quasi narodu żyjącego w warunkach diaspory, o którego losie przesądziło niemieckie ludobójstwo.

Nasz bohater zasługuje na to, żeby jego życie opisać szczegółowo (jest już kilka książek na ten temat, a właśnie ukazuje się drugi tom trylogii pióra Waldemara Piaseckiego), podobnie jak tragiczne losy jego brata Mariana, ale chciałbym się skupić na szerszym wymiarze tej historii. Ów zaś widzę w  żydowskiej opowieści o Trzydziestu Sześciu Sprawiedliwych opisanej w Talmudzie.

Opowieść o Trzydziestu Sześciu Sprawiedliwych (Cadykach, Lamed Wownikach) mówi o ludziach, który żyją w każdym pokoleniu i to dzięki ich zasługom świat istnieje. Pośród nich są ludzie całkiem anonimowi, czasem wręcz żyjący w biedzie, wyłącznie z pracy swych rąk, ale równocześnie pobożni i dobroczynni. Nawet, jeśli któryś z nich zostanie rozpoznany, jego incognito powinno zostać uszanowane. Nie dziwi więc, że Trzydziestu Sześciu zawładnęło wyobraźnią ludu żydowskiego, pośród którego krążyły o nich liczne podania. Chasydzi, a przynajmniej niektóre ich kręgi, byli skłonni uważać, że w pokoleniu może być jeden, jedyny taki Sprawiedliwy. Paralela z misją Karskiego nasuwa się sama i nieodparcie.

Idealista

Rodzina Kozielskich pochodzi z ziemi łódzkiej, z samego centrum Polski. Byli to ludzie niezamożni, w trudzie zdobywający środki utrzymania. W rodzinie od strony ojca żywa była tradycja uczestnictwa w powstaniu styczniowym, a ze strony matki w wojnach napoleońskich. Jan był ósmym dzieckiem i urodził się tuż przed wybuchem I wojny światowej. Jego najstarszy brat jako nastolatek uciekł do Legionów Polskich, a po śmierci ojca (1920) pomagał matce i rodzeństwu.

Janek przygotowywał się do pracy w dyplomacji na Uniwersytecie Jana Kazimierza (brat szefował wówczas policji we Lwowie), a do obrony ojczyzny w szkole artylerii konnej we Włodzimierzu Wołyńskim. We wrześniu 1939 r. wywinął się z niewoli sowieckiej, a zbiegł z niemieckiej. Do konspiracji wprowadzał go brat. W 1942 r. miał już spore doświadczenie, przeprowadził jedną udaną misję, ale też wpadł w łapy gestapo (z powodu tortur próbował się zabić, ostatecznie został odbity ze szpitala). W jego postaci zawsze był wyrazisty rys romantyzmu. Oczywiście nie mam na myśli stereotypu, który kreśli portret romantyka jako młodziana z potarganą grzywką i lekkim obłędem w oczach. Polski romantyzm to przede wszystkim najgłębsze poszanowanie zasad, całkowite oddanie sprawie i… głęboko krytyczny stosunek do własnego narodu. Te cechy skumulowały się w postawie młodego emisariusza, którego często traktowano z atencją jakby ponad jego rangę czy wiek. Poświęcenie tak wielkiej wagi sprawom żydowskim w całym bezmiarze nieszczęść krajowych też wskazywało na ową nić idealizmu, ukrytą pod maską obiektywizmu, racjonalizmu, a nawet krytycyzmu.

Wiem, niejeden Czytelnik się zastanawia, czy piszący te słowa nie nazbyt się przejął dziełami Słowackiego i pod ich wpływem nie utożsamia swego bohatera z Anhellim. Jednak przypomnijmy, że „polska” część misji Karskiego zakończyła się pełnym sukcesem. Jego raport zwrócił uwagę na krajowe podziemie jako na realnego partnera aliantów; bardzo precyzyjnie określił jego potrzeby i słabości (akcentowane głównie wobec zaplecza politycznego przy wielkich nadziejach wiązanych z wojskiem); a wreszcie – co mogło być najważniejsze – przyczynił się do wsparcia materialnego - dotacji i dostaw sprzętu.

Raporty o zagładzie Żydów

Natomiast zwycięstwem tylko moralnym okazała się część „żydowska” misji Karskiego. Występował on nie tylko jako relacjonujący sytuację w gettach i obozach oraz przekazujący postulaty przywódców ginącego narodu (artykułowane przez syjonistów i budowców jako inicjatorów tej części przedsięwzięcia i uzupełnione przez przedstawiciela ortodoksów), ale także jako naoczny świadek wydarzeń (dwukrotnie był w getcie warszawskim oraz w obozie przejściowym, skąd wysyłano transporty do Bełżca). Jego relacja wywarła duży wpływ na polskie władze emigracyjne i została zlekceważona przez aliantów zachodnich. Kontrast pomiędzy młodym porucznikiem, z najgłębszym przejęciem raportującym o Zagładzie Żydów i Franklinem Delano Rooseveltem, prezydentem USA, który nie chciał nawet słuchać Karskiego i zbywał go frazesami, czasem absurdalnymi, w istocie obrazuje konfrontację dwóch światów: polskiego romantyzmu i tępego anglosaskiego pragmatyzmu. Często powiada się, że emisariusz mówił rzeczy nie do uwierzenia. To właśnie zadeklarował Felix Frankfurter, a ja tylko dodam, że kiedy w latach 30. został sędzią Sądu Najwyższego USA, prasa żydowska w Polsce piała z zachwytu, iż takim zaufaniem obdarzono Żyda. Właściwie tylko Szmul Zygielbojm, bundysta, ówczesny członek emigracyjnej Rady Narodowej, w pełni podporządkował się wezwaniom z kraju i odebrał sobie życie, by poruszyć sumienia…

Początek misji Karskiego można umiejscowić w czasie w sposób przybliżony (decyzja o jego wysłaniu; rozmowy i prace nad materiałami; wyruszenie w podróż; przybycie do Londynu; opracowanie pisemnej formy raportu), ale zawsze będzie to rok 1942. Natomiast w moim najgłębszym przekonaniu misja ta zakończyła się dopiero wraz ze śmiercią emisariusza. Trwała więc długie kilkadziesiąt lat, do 2000 r. Początkowo swe przesłanie przekazywał wszystkim ważnym ludziom, do których zdołał dotrzeć, nawet jeśli nie chcieli go słuchać. Te okoliczności zmusiły go do wyuczenia się na pamięć relacji i skrócenia jej do kilkunastu minut, by… nie nudzić słuchaczy. Byli pośród nich przedstawiciele sfer rządowych, życia politycznego i społecznego, duchowni, artyści. Poseł pełnomocny ginącego narodu zmienił się w komiwojażera wieści z piekła rodem, które łatwiej było zbyć, niż cokolwiek uczynić.

Nieszukający rozgłosu

Polski emisariusz nie załamał się i  nie poddał. Jak już wspomniałem, został profesorem prawa i stosunków międzynarodowych, także cenionym historykiem oraz autorem bestselleru „Story of a Secret State” (1944, blisko 500 000 sprzedanych egzemplarzy), do czasu bodaj głównego źródła, z którego zachodnia opinia publiczna dowiadywała się prawdy o polskiej walce z Niemcami i Zagładzie Żydów.

Przede wszystkim jednak niósł przez życie posłanie przekazane mu w 1942 r. przez przedstawicieli umierającego narodu. Częścią tej duchowej odysei było też jego małżeństwo z Polą Nireńską (1910-1992), warszawianką z pochodzenia, wybitną tancerką, którą podziwiał i kochał przez wiele lat, nim zostali razem. Nie był to związek łatwy i miał koniec tragiczny. Podobnie zresztą samobójstwem zakończył życie Marian Kozielewski, brat naszego bohatera. Odebrał sobie życie, bowiem nie mógł się pogodzić z warunkami swej uchodźczej egzystencji.

Jan Karski zaś przez długie lata pozostawał anonimowym bohaterem – sprawiedliwym. Nie szukał zainteresowania mediów czy rozgłosu. Uwagę opinii światowej zwrócił nań film Claude’a Lanzmannna „Shoah” (1985). Znów pojawiły się możliwości kontynuowania misji, a tym, co miał do powiedzenia, interesowali się niemal wszyscy. On sam pozostał z pewnym dystansem do tego zamieszania, ale korzystał gorliwie z okazji, by świadczyć, do końca życia. Kiedy został odznaczony przez prezydenta Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego, niektórzy krzywo no to patrzyli, bo nie poparł Wałęsy w czasie elekcji… Czas pokazał, że jego wątpliwości można było podzielać. Nawet w czasie poświęconego mu roku (2014) rządy PO nie kwapiły się z nadaniem mu rangi generalskiej. Naprawił to dopiero obecny prezydent Andrzej Duda.

Od dobrych ośmiustet lat Polacy i Żydzi żyli na jednej ziemi, pod jednym niebem. Los wielkiego skupiska Narodu Wybranego w naszym kraju dopełnił się w czasie Holokaustu. Wcześniej wszakże nasi dziadowie byli świadkami świetnego rozkwitu tutejszego skupiska żydowskiego, które przewodziło całej diasporze. Czy taka historia może się skończyć „tylko” krwawą jatką?

Pytanie to prowadzi mnie do tezy: jeśliby na ziemi nie pojawił się Jan Kozielewski (Karski), to chyba trzeba by go było wymyślić! Wydaje się on postacią konieczną nie tylko w polskiej historii, ale i w dziejach powszechnych ludzkości.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej