Rozwody polityczne (2)- Andrzej Gelberg

W poprzednim numerze „Obywatelskiej” zostały opisane rozwody polityczne sześciorga prominentnych działaczy PiS, którzy opuszczając swoją partię, niemal natychmiast wpadali w objęcia Platformy Obywatelskiej.

Ta szybkość zmiany „barw klubowych”, ale przede wszystkim, gwałtowne i nieprzebierające w słowach ataki byłych już pisowców na partię Jarosława Kaczyńskiego świadczą nie tyle o neofickiej gorliwości, ile sugerują uzasadnione podejrzenie, że mieliśmy do czynienia z sytuacją transakcyjną. Krótko mówiąc: obietnica wysokich miejsc na listach wyborczych PO, takoż obietnica stanowisk rzadowych i wysokich funkcji w parlamencie, za gorliwość w ataku na formację, którą opuścili, a już szczególnie na Jarosława Kaczyńskiego. Inaczej było w przypadku wybranych przeze mnie również sześciorga wybitnych działaczy PO, którzy po opuszczeniu swojej formacji zachowali raczej wstrzemięźliwe milczenie.

Platforma Obywatelska – partia Trzech Tenorów

Jej zjazd założycielski odbył się 24 stycznia 2001 r. w gdańskiej „Oliwii” – przwodniczacym PO został marszałek sejmu Maciej Płażyński, w stanie wojennym pracodawca Donalda Tuska w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych „Świetlik”. Drugim tenorem był Andrzej Olechowski, minister finansów w rządzie Jana Olszewskiego i minister spraw zagranicznych w rządzie Waldemara Pawlaka, bliski współpracownik prezydenta Lecha Wałęsy – w nowo powstałej partii zostaje przewodniczącym rady programowej. I wreszcie trzeci tenor, Donald Tusk, wtedy wicemarszałek senatu, skromny i jakby wycofany, o najmniejszym dorobku politycznym – we wspomnianym triumwiracie grający rolę… trzecich skrzypiec. Wkrótce okazało się jak pozory mylą. Tusk okazał wybitny talent w rozgrywkach wewnątrzpartyjnych i już w 2003 r. objął – po Płażyńskim – kierownictwo w PO, a Olechowski zrezygnował z kierowania radą programową, by po kilku latach wystąpić z partii, której był współzałożycielem. Tusk, który dopiero rozwijał skrzydła, pokazał, że jest wierny zasadzie: król może być tylko jeden.

Już bezpartyjni dwaj tenorzy pytani przez dziennikarzy o powody opuszczenia Platformy, w sposób bardzo oględny wyjaśniali, że przyczyną było porzucenie w zakładanej przez nich partii, przyjętych na zjeździe w „Oliwii” założeń ideowych. Bardzo elegancko.

Premier z Krakowa

W czasie kampanii wyborczej do parlamentu w roku 2005 pojawiły się plakaty, na których uśmiechnięty Jan Maria Rokita reklamował się jako „premier z Krakowa” – wszak wygrać miała Platforma Obywatelska. Stało się inaczej, wygrało Prawo i Sprawiedliwość, ale elektorat obu partii liczył na zapowiadany POPIS. Nie doszło do takiej koalicji i Rokita nie został w tej sytuacji wicepremierem. A przyczyna? Niewątpliwie aktywność Tuska, który nie miał ochoty wiazać się z PiS, gdyż miał ambitniejsze plany, mierzył wyżej. Na tym etapie zaordynował ostrą, antypisowską opozycję, których twarzą zostali: Palikot i Niesiołowski. Na takiego harcownika Rokita się nie nadawał, był zbyt dobrze wychowany, miał krakowską kindersztubę. Nie wiedział jednak,że nad jego głową zbierają się chmury.

Zabłysnął jako członek parlamentarnej komisji śledczej mającej wyjaśnić tzw. aferę Rywina (2003). Błyskotliwy, inteligentny, zawsze znakomicie przygotowany, zadający najtrudniejsze pytania przesłuchiwanym w nienagannie eleganckiej formie – stał się gwiazdą tej komisji i jego pozycja w Platformie poszła w górę. A tego, jak już wiemy, Tusk nie mógł na dłuższą metę tolerować. Pozycja Rokity w PO była z miesiąca na miesiąc marginalizowana, aż w roku 2013 został z niej wyrzucony (za niepłacenie składek).

Gdy Jan Maria Rokita usunął się z czynnej polityki, zajął się publicystyką. Jego analizy, zawsze kompetentne i ciekawe, jego opinie na temat polityki krajowej, często krytyczne pod adresem PiS, a także innych partii, PO nie wyłączając, warte są lektury. I – co trzeba koniecznie podkreślić – niedoszły premier z Krakowa nigdy nie zniżył się do używania języka niegodnego parlamentarzysty.

Dwukrotna wicepremier

Już w wolnej Polsce panią profesor Zytę Gilowską zaczęło ciągnąć do polityki. Po krótkich epizodach w KLD i Unii Wolności trafiła do Platformy Obywatelskiej i zaczęła w strukturach partyjnych szybko awansować. Zawdzięczała to swojej pozycji zawodowej (profesor zwyczajny na KUL-u, o liberalnych poglądach na gospodarkę), ale także przebojowości, elokwencji, naturalnemu wdziękowi. Wypadała świetnie zarówno na wiecach jak i na seminariach naukowych, a także w studiach radiowych i telewizyjnych. Stawała się gwiazdą PO, w latach 2003-2005 pełniła już funkcję wiceprzewodniczącej Platformy. I wtedy jak grom z jasnego nieba pojawiły się kłopoty. Miejscowi działacze PO postawili jej absurdalny zarzut nepotyzmu. Gdy wyżaliła się Tuskowi, usłyszała, że ma się nie martwić, że wszystko się wyjaśni. Gdy media się na nią rzuciły, a Tusk nabrał wody w usta, zrozumiała, kto naprawdę kręcił korbą – i opuściła Platformę.

Parę miesięcy później otrzymała od Jarosława Kaczyńskiego propozycję wejścia do rządu Kazimierza Marcinkiewicza – na stanowisko wicepremiera i ministra finansów. I znowu zaczęły się schody. Gdy oskarżono ją o „kłamstwo lustracyjne”, szybko podała się do dymisji do czasu wyjaśnienia sprawy, a gdy sąd oczyścił ją z tego zarzutu, Jarosław Kaczyński (już wtedy premier) nie zawahał się przywrócić ją do poprzednich funkcji.

Zyta Gilowska nabierała wody w usta, gdy dziennikarze dopytywali się o Platformę Obywatelską. Gdy po latach przeprowadzałem z nią długi wywiad dla „Gazety Bankowej” i jednym pytaniem zahaczyłem o platformiany epizod, usłyszałem: otrzymałam wtedy od Tuska niewyobrażalną wcześniej dla mnie lekcję cynizmu.

Rzucił wyzwanie Tuskowi

W drugim rządzie Donalda Tuska Jarosław Gowin piastował tekę ministra sprawiedliwości. Został odwołany przez premiera, gdy wróble na dachu zaczęły już ćwierkać, że zdecydował się kontrkandydować przeciwko niemu na stanowisko przwodniczacego Platformy Obywatelskiej. Przegrał, co było do przewidzenia, ale otrzymał bardzo dobry wynik. A to oznaczało, że w PO czeka go już tylko „grilowanie”. Nie chcąc podzielić losu Schetyny, zdecydował się opuścić Platformę. Założona przez niego nowa formacja – Polska Razem – jest dzisiaj (w ramach Zjednoczonej Prawicy) koalicjantem PiS. W rządzie Beaty Szydło jest wicepremierem i ministrem nauki i szkolnictwa wyższego.

Po odejściu z PO bardzo niechętnie wspomina publicznie swoją tam obecność. A jeśli już, to bardzo waży słowa.

Zagrożona reelekcja Tuska?

Po dwuipółrocznej kadencji Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej były polski premier szykował się do reelekcji. I wtedy nagle pojawił się krajowy rywal, którego w szranki wystawił rząd Beaty Szydło. Szanse na pokonanie ulubieńca Angeli Merkel od samego początku były znikome, ale smaczku dodawał fakt, że owym kamikadze był od roku 2003 działacz Platformy Obywatelskiej i odbywający już trzecią kadencję poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia PO – Jacek Saryusz-Wolski. Jasne też było, że ów gambit hetmański musiał być wcześniej uzgodniony z Jarosławem Kaczyńskim. Nikogo nie zdziwił fakt, że tego samego dnia, w którym oficjalnie została zgłoszona kandydatura Saryusza-Wolskiego, został on wydalony z Platformy. Na pytanie dziennikarzy, dlaczego podjął decyzję o startowaniu przeciwko kandydaturze Tuska, padła następująca odpowiedź. – Nie mogłem zaakceptować tego, że gdy odbywała się w Brukseli nagonka na Polskę, Tusk nie tylko nie próbował jej tonować, ale wręcz się do niej dołączył.

Konkluzje

Przedstawione przykłady rozwodów politycznych w dwóch największych partiach w Polsce wykazują pewną prawidłowość. Imigranci polityczni z PiS-u natychmiast wpadają w objęcia PO i stają się najbardziej zajadłymi krytykami formacji, którą opuścili. Wiele wskazuje na to, że taka postawa jest elementem politycznej transakcji, a wspomniana żarliwość jest swoistą ceną za przyszłe beneficja w nowym ugrupowaniu. Taka „elastyczność” bieżańców może świadczy o pewnych predyspozycjach do uprawiania polityki, ale bezspornie może również razić.

 

Inaczej należy ocenić zachowanie polityków PO, którzy opuścili to ugrupowanie. Wprawdzie dwoje z nich – Gilowska i Saryusz-Wolski – przeszli do „wrogiego ugrupowania”, ale przypadek Gilowskiej bynajmniej nie wskazuje, że zmiana „barw klubowych” była wcześniej ukartowana, natomiast na razie nie wiemy, czy Saryusz-Wolski zamierza wstąpić do PiS, ani czy Jarosław Kaczyński coś mu obiecał.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej