MOBILIZACJA „POŻYTECZNYCH IDIOTÓW”- Artur Adamski

W polityce najważniejsze są czyny. A rangę wyższą od słów miewają symbole. Stąd złożenie przez prezydenta USA wizyty w Polsce, zanim odwiedził on którekolwiek z innych państw Europy – jest faktem znaczącym.

Co najmniej tyle samo znaczy też i to, że przed pojawieniem się w Niemczech Donald Trump spotka się z grupą liderów Międzymorza.

Minimum sceptycyzmu – wskazane

Wszyscy znamy polityczne gesty, które były jedynie składnikami jakiejś dużej cynicznej gry. Nieraz przychodziło nam drogo płacić za przyjęcie za dobrą monetę deklaracji rzekomo nas nobilitujących, a w rzeczywistości będących przejawem traktowania nas jak przedmiot i to przeznaczony do krótkotrwałego użytkowania.

W roku 1939 gwarancje Wielkiej Brytanii przyjęliśmy jak namaszczenie na pierwszoligowego sojusznika jednego z największych mocarstw. Pomimo pięknych słów Anglia postrzegała nas jednak wtedy tylko jak ochłap, który można rzucić między wrogie jej bestie, by na jakiś czas oddalić ich agresję od siebie. Tej skali nikczemności, z jaką łgać i skazywać na zagładę potrafią fałszywi przyjaciele, nigdy nie wolno nam zapomnieć.

Ta część odebranej wtedy lekcji nie powinna nam jednak przesłaniać nauki ważniejszej. Takiej, by intencje wielkich mocarstw postrzegać w szerokiej perspektywie ich rzeczywistych dążeń. Zdumiewające, ale np. w przededniu wybuchu II wojny światowej sternicy naszej polityki zagranicznej nie dostrzegali faktu, że za brytyjskimi deklaracjami nie będą mogły pójść czyny z przyczyn tak oczywistych, jak brak oręża.

W przeciwieństwie jednak do wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat w rękach naszego największego sojusznika jest nie tylko właściwy oręż, ale też ostatnie posunięcia jego polityki zdają się wskazywać na wyjątkowo dużą zbieżność celów polityki amerykańskiej i polskiej. Słowa „zdaje się” używam tu celowo. Owa zbieżność jest przecież zjawiskiem zupełnie nowym. W takiej mierze, w jakiej to jest z naszej strony możliwe, powinniśmy więc działać na rzecz wzmacniania owej zbieżności. A zarazem musimy pilnie przyglądać się temu, na ile jest ona rzeczywista i na ile trwała.

Przypomnijmy sobie na przykład, że taki np. Zbigniew Brzeziński, tak często w naszym kraju uważany za strażnika polskich interesów, rzeczywiście pilnował ich w roku 1980, kiedy przyczynił się do powstrzymania sowieckiej inwazji na nasz kraj. Jednak już kilka lat później ten sam Brzeziński był rzecznikiem takiego modelu transformacji ustrojowej, który był optymalny dla USA i korzystny dla komunistycznej nomenklatury, ale nie leżał on ani w interesie większości Polaków, ani nie służył podmiotowości polskiego państwa. Były doradca prezydenta Cartera wprawdzie rzucił też wtedy kilka obelg pod adresem komunistycznych bandytów i zdrajców, ale nie zmienia to faktu, że do dzisiaj to oni należą do głównych beneficjentów polityki, której on sam był współsprawcą. Na progu lat dziewięćdziesiątych Stanom Zjednoczonym bardziej bowiem zależało na stabilizacji Europy Środkowej, gwarantowanej przez ludzi sowieckich i ich agenturę, niż na podmiotowości takich krajów jak Polska i takich narodów jak Polacy. Nawet więc Zbig Brzeziński w interesie Polski działał tylko i wyłącznie wtedy, kiedy było to najściślej zgodne z interesem amerykańskim.

W momencie, w którym interesy te przestawały być ściśle tożsame, jego wybór był oczywisty. Jego zadaniem było przecież służyć Ameryce, a nie Polsce. W roku 2003, w czasie wykładu Brzezińskiego we wrocławskim Kościele Uniwersyteckim, część słuchaczy (w dużej mierze – profesorów historii!) była zdumiona, że więcej mówił on o krzywdach, jakie spotkały wypędzonych z Wrocławia Niemców niż o wojennej gehennie Polaków. A przecież sposób myślenia, który wtedy zaprezentował, znów był przejawem myślenia kategoriami politycznych interesów. I znów – nie polskich, lecz amerykańskich.

Żaden sceptycyzm – to nie przeszkoda

Nawet najgorsze doświadczenia z przeszłości nie mogą jednak powstrzymywać przed aktywnością w międzynarodowej polityce. Trzeba pamiętać odebrane lekcje, ale obrażając się, częściej sami wyrządzamy sobie krzywdę, niż cokolwiek zyskujemy. Stąd potrzeba współpracy także z tymi, którzy kiedyś nas wykorzystali czy nawet zdradzili.

Są dziś przesłanki wskazujące na to, że preferowana przez Donalda Trumpa wizja europejskiego ładu, przynajmniej w tej chwili, jest zbieżna z celami Polski i naszych środkowoeuropejskich partnerów. Zacieśnianie współpracy kilku lub nawet kilkunastu państw Międzymorza, dotkniętych podobnymi historycznymi doświadczeniami i na wielu obszarach mającychzbieżne interesy – wydaje się być tożsame z celami, jakie swej polityce postawiła administracja Donalda Trumpa.

Podmiotowość krajów Międzymorza to oczywiście najgorsze, co mogłoby się przydarzyć nie tylko imperialnej polityce rosyjskiej, ale też gospodarczym (a być może też dalekosiężnym politycznym) celom Niemiec. Pierwszą rzeczą, jakiej się dziś możemy więc spodziewać, jest maksymalna mobilizacja rosyjskiej i niemieckiej agentury wpływu. Niejednokrotnie trudno ją będzie odróżnić od zwykłych „pożytecznych idiotów”, już na różne sposoby wyszydzających i samego Donalda Trumpa i zwolenników idei Międzymorza. Jazgot ten w minimalnym nawet stopniu nie powinien osłabiać polskich działań. Na swój sposób jest on nawet przydatny.

 

Obecna mobilizacja „autorytetów”, „intelektualistów”, celebrytów czy pismaków stanowi bowiem istotne źródło wiedzy o tym, kto w kręgach tzw. „elit”, świadomie lub (co też o nich świadczy) nieświadomie, dąży do realizowania interesów, które trudno uznać za korzystne dla Polski.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej