Kto popłynie w oceanie franków- Paweł Pietkun

Nie ma wątpliwości, że nadwiślańskie banki wiążąc ręce 700 tys. rodzin kredytami hipotecznymi we frankach szwajcarskich zagrały en bloc. To, czy zrobiły to celowo, zaś ich zarządy współpracowały ze sobą, zmieniając ciężar akcji kredytowych, będą wyjaśniać postępowania prokuratorskie i sądowe. Udzielane w pierwszej dekadzie i pierwszej połowie drugiej dekady obecnego wieku kredyty we frankach szwajcarskich są dzisiaj zmorą nie tylko bankowców, ich klientów oraz sądów, ale także rządu oraz instytucji nadzorujących rynek finansowy i prawa konsumenckie.

Hipoteczne kredyty walutowe są znane w każdym systemie bankowym – nie jest to specyfika wyłącznie polskich bankierów. W przeciwieństwie do Polski jednak, zwykle są instrumentami finansowymi, po które sięgają klienci albo znający się na gospodarce i analizie finansowej, albo lubiący ryzyko i szczyptę hazardu. Można na nich bowiem dużo zaoszczędzić – jeżeli kurs waluty kredytu jest korzystny i w perspektywie taki pozostanie. Lub jeszcze więcej stracić, jeżeli w koszyku walutowym zacznie się i potrwa zawierucha. Tego, co wydarzyło się z kredytami walutowymi w Polsce, nie ćwiczyły w tak dużej skali żadne inne europejskie rynki – nie bez winy nadwiślańskich bankowców. Bowiem kłopoty klientów ze spłatą kredytów za mieszkania zaczęły się od… celów sprzedażowych zwykłych urzędników bankowych i ich bezpośrednich szefów, czyli managerów średniego szczebla.

Mechanizm

Za chęcią realizacji, a nawet przekroczenia celów sprzedażowych w kredytach hipotecznych stała zwykła ludzka chciwość.

Wiadomo, że za każdy taki kredyt – bez względu na walutę, w jakiej był udzielany – prowizję, często niemałą, dostawał bankowy urzędnik. W sposób oczywisty zależało mu więc na tym, żeby każdy klient pytający o możliwość zaciągnięcia kredytu odchodził od okienka zadowolony. Im więcej sprzedał kredytów, tym lepiej w tabelkach wynikowych wypadł jego oddział, w końcu polski oddział banku i zarząd, który mógł się pochwalić zwiększeniem penetracji rynku i wyższym zyskiem.

Długoterminowe kredyty – często na 20 i więcej lat – są dla banku czystym zyskiem. To przede wszystkim kredyty, które klienci – chcą czy nie chcą – ubezpieczają w tym samym banku.

Po drugie, są to kredyty zabezpieczone hipoteką, czyli w przypadku kłopotów finansowych, bank pozostaje na wygranej pozycji. Wszak to bank jest właścicielem nieruchomości i może ją od niewypłacalnego klienta po prostu przejąć. Co więcej – jeszcze do ubiegłego roku banki korzystały z bankowego tytułu egzekucyjnego, co oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko skrót w sporach sądowych o niespłacone kredyty polegający na tym, że roszczenie banku podpisywał sąd, nie wyznaczając terminu rozprawy sądowej z tego prostego powodu, że ona się nie odbywała. Warto pamiętać, że przy BTE banki nie musiały również płacić opłat sądowych będących ułamkiem wartości przedmiotu sporu, które w przypadku mieszkań byłyby jednak niemałe.

Trzeba również pamiętać, że związanie klienta z bankiem na przynajmniej kilka dekad oznaczało możliwość sprzedawania mu kolejnych produktów bankowych, kolejnych kredytów czy lokat. Każdy przedsiębiorca zdaje sobie sprawę z tego, że narzędzie umożliwiające mu pozyskanie klienta na zawsze jest jak zaklęcie „stoliczku nakryj się”. Bankierom stało na przeszkodzie tylko jedno – generalnie społeczeństwo polskie nie jest zamożne, zaś przez ostatnie dekady sytuacja na rynku pracy była, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia – bezrobocie było na stałym i wysokim poziomie, zaś dochody większości Polaków niewspółmiernie niskie w stosunku do kosztów życia. Jeżeli nałożyć na to wyśrubowane po kryzysie finansowym 2008 roku rekomendacje Komisji Nadzoru Finansowego zakazujące wprost udzielania kredytów osobom, które nie spełniały zdolności kredytowych, Polska nie była dobrym rynkiem do sprzedaży kredytów hipotecznych.

Po wprowadzeniu rekomendacji KNF, spełnienie – w przypadku rodzin – takiej zdolności kredytowej bywało dość trudne, a często niemożliwe, bowiem KNF wymuszał na bankach sprawdzanie, czy po opłaceniu wszystkich rachunków i rat, klientowi banku zostanie cokolwiek na życie. Jeżeli nie zostanie lub zostanie zbyt mało, o kredycie nie mogło być mowy.

I tu doszła do głosu pomysłowość bankierów nastawionych na zysk, którą mocno wspierali ludzie, wówczas ex cathedra, doradzający klientom banków takie czy inne finansowe decyzje oraz byli i obecni liderzy partii politycznych. Bankierzy zaczęli namawiać klientów do zaciągania kredytów w walutach obcych – przede wszystkim we frankach szwajcarskich, których kurs gwarantować miał, że miesięczne raty kredytu (spłacane przecież w złotówkach i dopiero w banku przewalutowane na szwajcarskie franki) będą znacznie niższe. Jednak to, co bankierzy mówili klientom, było jedynie połową prawdy. Wysokość rat była uzależniona od kursu szwajcarskiej waluty wobec euro, a to z kolei zależało nie tylko od siły szwajcarskiej gospodarki i sytuacji gospodarczej i politycznej w Europie, ale – wprost – od oceny całości, jakiej dokonał szwajcarski bank centralny decydujący o sile waluty. W żadnym wypadku nie zależało od działających w Polsce banków.

Kryzys

Warto pamiętać, że w sukurs bankierom z chęcią przychodzili politycy Platformy Obywatelskiej, którzy – często wprost – namawiali Polaków do zaciągania kredytów we frankach, co miało im umożliwić nabycie swojego mieszkania, czy domu. Również Donald Tusk przynajmniej kilkanaście razy deklarował przyjęcie przez Polskę euro, co miało ograniczyć z definicji deficyt w finansach publicznych i – przynajmniej według deklaracji ówczesnego premiera i jego ministrów – uczynić polskie finanse bardziej stabilnymi. Z drugiej strony do podpisywania umów kredytowych we frankach namawiały „zaprzyjaźnione media”, m.in. „Gazeta Wyborcza” czy TVN.

Trzeba pamiętać, że dziennikarze tych mediów sami z chęcią brali takie kredyty – choć, jak niektórzy później przyznali, wcale nie musieli; po prostu chcieli spłacać mniej.

O zaletach kredytów we frankach szczególnie chętnie wypowiadał się Ryszard Petru, wówczas brylujących w telewizjach ekonomista. – Wziąłem kredyt we frankach po 2,35 zł, bo uwierzyłem Tuskowi, że będziemy wchodzili do strefy euro. W 2008 r. szybko przewalutowałem go na złotówki, ale nie mogłem powiedzieć ludziom „zróbcie to samo”, bo to byłaby rekomendacja – wyjaśniał niedawno Ryszard Petru przed kamerami TV. Przekonywał, że szacował wówczas, iż frank szwajcarski nie zdrożeje i „opłaca się brać kredyty we frankach”.

Jedynie nieliczni analitycy przekonywali, żeby na franki bardzo uważać. Kurs tej waluty wobec złotego bywał zmienny i wcale nie gwarantował niskich rat do końca spłaty kredytu. – Poza tym – mówili – kredyt, zwłaszcza długoterminowy, należy brać w walucie, w jakiej się zarabia.

Nie trzeba było długo czekać, aż nakręcona przez bankierów bańka kredytowa we frankach szwajcarskich pęknie. Pozycja franka szwajcarskiego w koszyku walut, a przede wszystkim w mentalności bankierów z Europy i Świata, wynikała w dużej części z historii bankowości oraz tego, że przez wiele dekad frank był na kontynencie walutą, w jakiej banki i państwa trzymały często swoje rezerwy. Kiedy w ostatnich latach sytuacja na kontynencie europejskim zmieniła się – głównie z powodu wojen (w tym wojny rosyjsko-ukraińskiej) oraz kryzysu humanitarnego na Bliskim Wschodzie i migracyjnego w Unii Europejskiej, zachwiała się również pozycja waluty Szwajcarów. W konsekwencji bank centralny tego kraju zdecydował się na podniesienie i usztywnienie kursu własnej waluty. Raty kredytów ponad 700 tysięcznej rzeszy klientów polskich banków z dnia na dzień niemal się podwoiły. Na ich spłatę rodzin nie było już stać.

Państwo za klientem. Ale w sądzie

Kryzys frankowy zbiegł się z kampaniami wyborczymi na urząd Prezydenta RP oraz do Sejmu i Senatu. Politycy wszystkich frakcji obiecywali rozwiązanie problemu zadłużonych rodzin – od obciążenia banków różnicami kursowymi sprzed i po przewalutowaniu franka, na pomocy państwa kończąc. Ostatecznie stanęło na tym, że klienci zaczęli – zbiorowo i indywidualnie – pozywać banki za to, że kredyty hipoteczne we frankach były na nich wymuszane, a banki korzystały ze swojej dominującej wobec nich pozycji. Państwo polskie nie stało się rozjemcą w sporze klientów z bankami, choć instytucje państwowe – głównie Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów – w sporach przed sądem bezwzględnie i każdorazowo trzymają stronę obywatela.

Na razie można mówić o jednym wygranym procesie o taki kredyt. Oto sąd unieważnił umowę kredytu frankowego i nakazał Bankowi Millennium zwrócić wszystkie zapłacone przez klienta raty – 37 tys. zł i 21 tys. franków (część rat klient płacił bowiem w szwajcarskiej walucie) – oraz zwolnić hipotekę. W sumie bank musi oddać ok. 100 tys. zł. Sąd zobowiązał natomiast klienta do zwrócenia kwoty, którą bank wypłacił przy zawieraniu umowy. To oznaczało powrót do sytuacji, w której kredytu w ogóle by nie było. Prezes UOKiK wielokrotnie przedstawiał „istotne poglądy” dotyczące sporów o postanowienia umów kredytów hipotecznych waloryzowanych kursem franka szwajcarskiego. Postępowania, w których wypowiadał się i wypowiada UOKiK, toczą się przed sądami właściwie w całej Polsce. Sam „istotny pogląd w sprawie” to narzędzie prawne – pisemne stanowisko prezesa UOKiK, w którym urząd przedstawia argumenty i poglądy ważne dla danego sporu, opierając się na określonym stanie faktycznym i prawnym. Wydawany jest on tylko w sprawie toczącej się przed sądem i wyłącznie, jeżeli przemawia za tym interes publiczny w sporze pomiędzy konsumentem a przedsiębiorstwem (w tym wypadku bankiem).

UOKiK: prawo naginali
właściwie wszyscy

I tak, w sporach z bankiem Millennium klienci kwestionowali przede wszystkim postanowienia, na podstawie których obciążani są kosztami ubezpieczeń niskiego wkładu własnego. Urząd uznał, że nie informują one kredytobiorców, jakie są warunki ubezpieczenia, jego zakres, ani w jaki sposób przedsiębiorca wylicza opłaty z tego tytułu. Obciążają kredytobiorców kosztami świadczenia, którego jedynym beneficjentem jest bank. Prezes urzędu uznał więc te postanowienia za sprzeczne z dobrymi obyczajami i rażąco naruszające interesy konsumentów.

W innych sprawach kredytobiorcy kwestionowali klauzule waloryzacyjne, na których podstawie przeliczana jest wartość kredytu i wysokość rat w oparciu o kursy CHF ustalane przez bank. Urząd wskazał, że na mocy tych klauzul bank ustalał sposób wyliczania wysokości kwoty i poszczególnych rat kredytu w oparciu o kursy kupna i sprzedaży franka szwajcarskiego zawarte w tabeli. Jednocześnie kredytobiorcy nie byli w stanie zweryfikować, czym kierowały się banki w podejmowaniu decyzji o wysokości kursów walut. Dlatego, zdaniem UOKiK, klauzule takie były i są niedozwolone oraz „nie wiążą konsumenta z mocy prawa”, od momentu zawarcia umowy. W ocenie urzędu konsekwencją uznania klauzul waloryzacyjnych za niedozwolone może być unieważnienie samej umowy kredytu. Jednak powinno to nastąpić jedynie wtedy, gdy konsument w pełni zaakceptuje takie rozwiązanie.

 

W sprawach między bankami a klientami Urząd wypowiadał się na rzecz tych ostatnich już wielokrotnie. Prawo, zdaniem UOKiK, łamały, naginały lub obchodziły banki Millennium, mBank, Raiffeisen Bank Polska, Getin Noble Bank, Deutsche Bank, oraz Bank Pekao. A to dopiero początek sporów sądowych, w tle których widać szwajcarską walutę finansującą zakupy prywatnych nieruchomości.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej