PUSTE COKOŁY GAZET- Michał Mońko

Słychać tu i ówdzie, głównie po prawej stronie, głównie po stronie mediów narodowych, że trzeba odebrać gazety wydawcom z Zachodu, a przede wszystkim Niemcom. Bo my tutaj sami potrafimy wydawać, no i mamy pieniądze i potrafimy tworzyć zespoły dziennikarskie, że ho, ho!

Czy rzeczywiście umiemy wydawać? Kto umie? Kto potrafi? Dzisiejszy szef mediów narodowych był swego czasu naczelnym „Expressu Wieczornego”. To była gazeta zwana niezatapialnym krążownikiem informacji. No i co? Po tej i innych gazetach stoją dziś puste cokoły.

Na progu nowej Polski, potykając się o wysokie progi wymagań dziennikarskich, upadły gazety, które u schyłku PRL wychodziły w nakładach nawet dwu milionów egzemplarzy. W nowej Polsce, po zmianach personalnych, po opanowaniu prasy przez dziennikarskie wróble, wielkonakładowe gazety i tygodniki najzwyczajniej upadły.

W 1989 byłem przewodniczącym Komisji Likwidacyjnej 71 gazet, tygodników i miesięczników. Wcześniej – przewodniczącym Rady Pracowniczej Wydawnictwa Współczesnego, nadto – przewodniczącym Solidarności Dziennikarzy i wchodziłem w skład Jury Konkursu na Naczelnych Redaktorów. Moja wiedza pozwala mi zatem powiedzieć, jak doszło do upadku polskiej prasy i dlaczego polskie gazety nie są czytane na Zachodzie.

W pierwszych miesiącach nowej Polski wychodziły dwa wielkonakładowe tygodniki: „Gromada Rolnik Polski” i „Przyjaciółka” – każdy tygodnik w nakładzie dwu milionów egzemplarzy. W setkach tysięcy egzemplarzy wychodziły dzienniki: „Express Wieczorny”, „Kurier Polski”, „Życie Warszawy”. W nakładach kilkudziesięciu tysięcy wychodziły przed stanem wojennym tygodniki społeczno-kulturalne: „Kultura”, „Literatura”, „Życie Literackie” i „Polityka”.

Na tak zwanej prowincji, w Białymstoku, ukazywał się świetny miesięcznik reporterów „Kontrasty”. Niezłe miesięczniki regionalne wydawano w Rzeszowie, Lublinie, Gdańsku, Łomży, Suwałkach, Bielsku Białej, Bydgoszczy. Dzisiaj nie ma śladu po tych tygodnikach, miesięcznikach i gazetach. Z jakiego powodu?

Przyczyną upadku prasy było zniszczenie dziennikarstwa w stanie wojennym, a następnie, w 1989 napływ do zawodu dziennikarskiego ludzi niekompetentnych, a nierzadko zdemoralizowanych. W krótkim czasie redakcje zostały opanowane przez miernoty z politycznego nadania. Między nimi byli funkcjonariusze partii komunistycznych, działacze Towarzystwa Kultury Świeckiej, działaczy ZSL i PAX.

Ci, którzy w 1989 sięgnęli po władzę, uważali, że gazetę albo tygodnik, albo telewizję może zorganizować i poprowadzić nawet koza. Miałem odmienne zdanie. Uważałem, że dziennikarska koza albo dziennikarski baran może stać w dziennikarskim chlewie. A naczelny redaktor powinien odznaczać się wysoką kulturą, no i być doskonałym profesjonalistą.

Tymczasem o stanowisko naczelnego tygodnika „Gromada Rolnik Polski” ubiegało się siedemnastu kandydatów, w tym było tylko trzech profesjonalnych dziennikarzy. Gdy na mój wniosek jeden z profesjonalistów uzyskał akceptację jury konkursowego, doszło do niemałej awantury. Bo okazało się, że naczelną „Gromady” miała zostać koza dziennikarska, żona wysokiego funkcjonariusza rządowego.

Kilka dni później konkurs został obalony przez premiera i naczelną została koza. Dziennikarze „Gromady” zostali zwolnieni, a na ich miejsce przyjęto „swoich ludzi”. Nie minęły dwa miesiące, gdy naczelna „Gromady”, przestraszona stanem gazety, uciekła z redakcji. Upadający tygodnik trafił w ręce producenta włoskich pierożków.

Gabinet naczelnego „Gromady” pod prezesurą producenta pierożków zamienił się w coś w rodzaju restauracji, kawiarni, baru przydrożnego i kaplicy. Od rana do wieczora trwały przyjęcia, w których uczestniczyli jacyś ludzie, między którymi wyróżniali się księża, opasani fioletowymi pasami. Pewnego dnia właściciel tygodnika zniknął. Podobno wyjechał za granicę. Zniknęła też na zawsze „Gromada Rolnik Polski”.

Trochę dłużej od „Gromady” wychodził „Express Wieczorny”, dziennik o tradycji sięgającej międzywojnia i o wielkich zasługach dla Warszawy. Po roku 1989 naczelnym „Expresu” został człowiek prawicy, którego znałem jako radykalnego działacza PZPR i TKŚ. Niekompetencja i zmiany poczynione w redakcyjnym zespole przez byłego funkcjonariusza doprowadziły do upadku „Expressu”.

Wcześniej, bo już w końcu 1990 upadło „Radio Solidarność”, prowadzone przez „złote dzieci” nowej Polski. To z tego środowiska pochodził późniejszy rzecznik rządu, choć miał nawet maturę. Z tego środowiska pochodzi znana dziś i skrajnie nieprofesjonalna dziennikarka telewizyjnych programów zwanych programami śledczymi.

Dziennikarze upadłego „Radia Solidarność” zjawili się u mnie, w telewizyjnych „Wiadomościach”. Wspierani przez posłów OKP nie chcieli pracować, ale żądali posad. No i wkrótce objęli stanowiska naczelnych gazet w Warszawie, w Łodzi, w Katowicach. Obejmowali też stanowiska szefów w stacjach radiowych, w gazetach i w telewizji. Oczywiście tam, gdzie zjawili się, gazety padały. I tylko telewizja nie padła – niezatapialny dotąd krążownik z dyletantami na pokładzie.

Latem osiemdziesiątego dziewiątego zrobiłem makietę „Tygodnika Solidarność Rolników”. Makieta nawiązywała do dodatku literackiego „Timesa”. Wzorowałem się na tym dodatku. Pewnego dnia, gdy przyszedłem do redakcji, dozorca powiedział, że o świcie przyjechał ciężarówką naczelny „Tygodnika”. Załadował wyposażenie redakcji i pojechał do swojej fundacji, którą był założył!

Przez kilka miesięcy „Tygodnik Solidarność Rolników” był redagowany w czterech gołych ścianach. Z osiemdziesięciu tysięcy nakładu zszedł do dwu tysięcy. W końcu upadł – bez rozgłosu, w ciszy. A pierwszy naczelny „Tygodnika”, co z nim? No, zrobił wielką karierę w mediach elektronicznych. Wielki pan, wielki prezes, wielki przyjaciel prawicy i Kościoła.

Równolegle z „Tygodnikiem Solidarność Rolników” ukazywał się tygodnik „Spotkania”. Pismo kolorowe, na dobrym papierze. Zespół fatalny, a najfatalniejszy naczelny, Maciej Iłowiecki, niegdyś Maciej Kowalski z „Trybuny Ludu”, jeden z szefów „Agencji Robotniczej”. „Spotkania” to był wielki dmuch, także wielki dmuch finansowy.

Pismo powołane w nowej Polsce, związane z prawicą i Kościołem, upadło z nadmiaru niekompetencji i z nadmiaru funkcjonariuszy dziennikarskich z „Trybuny Ludu”, z Biura Prasy KC, z „Chłopskiej Drogi”, z „Życia Partii”, z cenzury na Mysiej etc.

Gazetą prawicową za pieniądze tak wielkie, że aż boli głowa, był dziennik „Nowy Świat”. W sprawie pracy w gazecie redaktor Wierzbicki prosił mnie na rozmowy już w 1990. Opracowywałem makietę tego pisma. Na pierwszym zebraniu założycielskim doznałem szoku, gdy w zespole redakcyjnym zobaczyłem znanych mi dziennikarzy „Trybuny Ludu”, „Żołnierza Wolności”, „Polityki i Ideologii”, „Życia Partii”, cenzury na Mysiej etc.

Pani z cenzury była kierowniczką Działu Publicystyki. Pani z ZSL – kierowniczką Działu Kultury. Pan po siedmiu klasach podstawówki kierował Działem Informacji Niepolitycznej. Sekretarz redakcji przyszedł z „Żołnierza Wolności”, a jego zastępca z „Trybuny Ludu”.

Zarobki trzech członków Zarządu Spółki, a także naczelnego redaktora dziennika, zarazem członka Zarządu, liczone były w miliardach (starych złotych). Ale te pieniądze nie przekładały się na kompetencje redakcyjne Zarządu. Dziennik upadał dwa razy: w końcu 1991 i ostatecznie na początku 1992. Po pierwszym upadku naczelnym został kadrowy funkcjonariusz KC, pracownik Biura Prasy KC.

Mało kto dziś pamięta, że w 1989 roku zaczęła wychodzić „Codzienna Gazeta Polska”, firmowana przez PSL Romana Bartoszcze. Robiłem projekt tej gazety łącznie z pomysłem tytułu. Naczelnym był jakiś dureń i pijaczyna. Sekretarzem został facet z KC. W redakcji widziałem też ludzi z cenzury na Mysiej, z „Trybuny Ludu”, z pism „Za wolność i lud” , „W Służbie Narodu” etc.

Gazeta upadła niedługo po upadku prezesa Bartoszcze, którego byli członkowie ZSL, a w 1989 już członkowie PSL, wyrzucili z gmachu partii. Wynieśli go z gmachu, trzymając za ręce i za kołnierz, rzucili na asfalt jego teczkę, następnie zepchnęli go ze schodów na ulicę Grzybowską.

Nie sposób zapomnieć o „Tygodniku Centrum”, z którym współpracowałem. Upadł z powodu skrajnej niekompetencji i głupoty. Naczelnym był tzw. dziennikarz, także człowiek z KIK-u, znany z tego, że niczego nie pisał, a gdy coś napisał nie do gazety, robił niemal w każdym wyrazie błędy ortograficzne.

Dzisiaj żywe jest wspomnienie o „Tygodniku Solidarność”. Tygodnika nie ma na rynku, ale „Tygodnik” jest robiony, wydawany i opłacany. To był sztandar Związku „Solidarność” i sztandar nowej Polski. Byłem jednym z tych, którzy w 1980 zakładali „Tygodnik”. Byłem do piątego numeru członkiem kolegium Tygodnika, gdy naczelnym był Tadeusz Mazowiecki.

Pisałem do „Tygodnika” także po roku 1991. Ten znany „Tygodnik” został sprowadzony przez tzw. naczelnego redaktora na zupełne dno, a nawet poniżej dna. Nie ma „Tygodnika”, ale jest Zarząd Wydawnictwa. Jest naczelny redaktor „Tygodnika”. Jest całe zaplecze „Tygodnika”. W końcu jest to organ Komisji Krajowej „Solidarności”. Organ jest teoretyczny. Komisja rzeczywista.

Co się stało? Jaka jest przyczyna upadku gazet, tygodników i miesięczników formacji prawicowej? Niekompetencja? Czy niekompetencją można tłumaczyć zatrudnianie w prawicowych pismach funkcjonariuszy SB, MO i WSW, funkcjonariuszy partii komunistycznej i cenzury na Mysiej?

 

Upadki stacji radiowych i telewizyjnych, upadki gazet, puste cokoły gazet to wszystko powinno być ostrzeżeniem dla polityków i społeczeństwa. Mediów nie wolno oddawać w ręce ludzi przypadkowych. A jednak ostatnie awanse, opanowanie mediów publicznych przez nieudaczników, świadczy fatalnie nie tylko o niekompetentnych dziennikarzach. Świadczy także fatalnie o politykach, którzy mają władzę nad mediami i nad nieudacznikami.


 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej