LUDZIE SPEKTAKLU- Michał Mońko

Stoją, a słońce pali z ukosa, teraz ruszyli, idą, na przedzie bębnią w tarabany. O, przestali bębnić, krzyczą, wykrzykują hasła i zaczynają śpiewać, trochę nieskładnie, ale z oddaniem, i znowu krzyczą, kładą się przed ogrodzeniem Sejmu, kopią barierkę i już nie mają sił krzyczeć. Chwila ciszy, jakieś niegłośne rozmowy i znowu bębny, okrzyki ludzi spektaklu.

Teatr życia, spektakl, odnosi się do sytuacji o zwiększonej semiotyczności, kiedy ludzie dzielą się i oznaczają, żeby zademonstrować swoją inność, odrębność. W ten sposób manifestacje, wiece, pochody stają się plakatem agitacyjnym, zaś place i ulice – sceną niemal bezkresną.

A skoro jest scena, to gdzie widownia? Nie ma widowni. Scena rozrosła się, pochłonęła widownię. Powstał teatr, można rzec, awangardowy. W tym teatrze życia aktorzy, statyści i widzowie są jednakowo aktorami. Grają role wyznaczone przez politycznych reżyserów.

W sztuce „Jak wam się podoba?” Szekspira sługa Jakub powiada wprost: „Świat jest teatrem, aktorami ludzie. Kolejno wchodzą i znikają. A każdy niejedną gra rolę”. Kwestia wypowiedziana przez sługę Jakuba została rozwinięta w powieści Borysa Akunina pod tytułem „Świat jest teatrem”. W rzeczy samej, żyjemy w teatrze. A jeśli świat jest teatrem, to każdemu śmiertelnikowi przydaje się zmysł sceniczny.

Politycy o ślimaczej orientacji

Każdemu, a szczególnie politykowi, potrzebne jest wyczucie dramaturgii wydarzeń i podstawowe umiejętności z zakresu performingu. Ale z tymi umiejętnościami nie jest najlepiej. Nawet znani politycy stracili węch polityczny. Nie umieją rozmawiać z publicznością. Umieją tylko przemawiać. Wypluwają słowa bez sensu, zamiast powiedzieć coś do rzeczy.

Zjednoczona prawica jest ociężała, komunikuje rytuały, a nie informacje. Nie umie się prezentować. Przemówienia są potokiem niepotrzebnych słów, a słowa jakby na buforach, zderzają się, rozpychają. A przecież przemówienie to spektakl, który ma porwać tłumy. Nie porywa, nudzi. Co innego opozycja rządowa, która przyciąga swą żywiołowością, barwą manifestacji, zaskakującymi pomysłami, dynamizmem. Widać tu dobrą szkołę. Wszak bolszewicy wiedzieli, że gdy nie ma sytuacji rewolucyjnej, to trzeba siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. A gdy narasta sytuacja rewolucyjna, to trzeba iść na całego.

Procesje między Katedrą św. Jana a Pałacem Prezydenckim wprawiły prawicę w ślimaczy ruch donikąd. Ślimaczy ruch eksmituje z pochodów, z wieców aktywnych ludzi o orientacji prawicowo-niepodległościowej. Liderzy prawicy powiedzą: kto nie chce chodzić miedzy Katedrą św. Jana, a Pałacem Prezydenckim niech idzie do diabła, bo nas wielu, spójrzcie na słupki poparcia. To ja powiem liderom, żeby nie patrzyli tylko na słupki poparcia. Niechże częściej spoglądają za siebie, żeby sprawdzić, czy i kto za nimi idzie czy też, kto wlecze się jak ślimak.

Politycy o ślimaczej orientacji nie zwracają uwagi na swój ślimaczy wygląd, na to, co i jak mówią w teatrze życia i w programach telewizyjnych. Wszak już Machiavelli namawiał władców, aby poświęcali więcej uwagi swemu wizerunkowi scenicznemu. Wszak spektakl polityczny jest połączeniem wielu sztuk, począwszy od sztuki pisania przemówień, a skończywszy na sztuce wygłoszenia mowy.

Machiavelli dowodził, że w polityce nie jest tak, jak się wydaje władcy, ale tak, jak postrzegają władcę tłumy. Polityk, a nawet Naczelnik, nie jest tym, za kogo się podaje i kim chciałby być. Bo zawsze jest tym, za kogo uchodzi. Jeśli polityk budzi śmieszność, to jest śmieszny. Jeśli zaskakuje głupotą, to jest głupi, choć uważa się za intelektualistę. Jeśli budzi strach, obawę, to znaczy, że mimo swych dziecinnych upodobań, jest straszny.

Choć polityk zazwyczaj dworuje sobie ze swej straszności i ze swej głupoty, pomawiając o straszność i głupotę tłumy, to jednak pozór śmiechu albo strachu ma tu znaczenie i śmiechu, i głupoty, i strachu.

Brodzenie w fantazjach

Przywódca, a niekiedy właściciel partii, oczywiście dominuje nad ludźmi swojej partii, nad ludźmi spektaklu. Dominuje tak, jak reżyser i zarazem właściciel teatru dominuje nad swymi aktorami i statystami. Z tej dominacji wynika tylko skostnienie partii i skostnienie formacji. Nikt bowiem z podwładnych nie odważy się wybiec ze swymi myślami, a nie daj Boże ze słowami, przed właściciela partii.

Oglądam odlot bocianów z Podlasia do Maroka. Bociany odmienne fizycznie są odtrącane jako osobniki obce. W partiach na prawo od liberałów akceptowani są dawni działacze partii komunistycznej, działacze antykościelni z Towarzystwa Kultury Świeckiej, działacze młodzieżówek komunistycznych. Bo są wierni jak łańcuchowe psy. Ale odtrącani są prawicowi odmieńcy, ludzie o jasnej linii antykomunistycznej, twórcy pierwszej Solidarności.

No, cóż… strącanie, powoływanie i unicestwianie jest rzeczą normalną w teatrze życia, i w teatrze pudełkowym.

Dla polityka ambitnego prowadzenie gry politycznej, nawet ulicznej awantury, staje się narkotyczną rozrywką. Dla aktorów, dla ludzi ulicznego spektaklu, szaleństwa przywódcy tworzą sytuacje wyniszczające psychicznie, które mogą być zaczynem buntu aniołów. Bo nawet aniołowie mogą mieć dosyć kogoś, kogo Dawid Owen, psychiatra i neurolog, trzykrotny minister w rządzie brytyjskim, autor książki „Chorzy u władzy”, nazywa po prostu chorym człowiekiem.

Tymczasem ludzie spektaklu brodzą w fantazjach, które są łatwe do rozszyfrowania nawet dla prostaczka. Zarówno aktorom, jak i statystom wydaje się, że grają ważne role nie w ulicznym dramacie, ale na narodowej scenie, którą jest ulica. Atoli wiedzą, bo trudno nie wiedzieć, że sztuki tej nie napisał ani Szekspir, ani Słowacki, a raczej Gogol. Wiedzą też, że grają nie dramat, ale komedię, i nie na ulicznej scenie narodowej, a raczej na scenie antynarodowej.

Czemu zatem brodzą w fantazjach? Bo przeważa nieodparta chęć brodzenia w fantazjach branych za rzeczywistość. To wszystko już było i zostało opisane. Pugaczow w czasach Katarzyny II posunął się w swej buntowniczej fantazji do przyjęcia tytułu cara Piotra III. Tytuł cara został ofiarowany Pugaczowowi przez jego otoczenie, przez kilku bandziorów.

Otoczenie Pugaczowa wiedziało, że to fantazja. Ale jaka piękna fantazja, jaka wspaniała! No więc otoczenie mianowało się dworem cara. A prawa ręka cara, Czyka, mianował się hrabią Woroncewem, zaś Czumakow hrabią Orłowem itd. Wieś Kargale nazwali Petersburgiem, a Bierdska Słoboda stała się Moskwą. Dzisiaj dworacy z byłych dworów III RP nadal chcą być tytularnymi ministrami, premierami, prezesami, a nawet naczelnikami.

Ludzie potrzebują politycznego spektaklu w szatach, jeśli nie wielkich nazwisk, to przynajmniej w szatach wielkich idei. Nietrudno zrozumieć aktorów, że poddają się musztrze nawiedzonego nieraz wodza. W zamian otrzymują rzucone im pod stół kacze udko władzy, kurze skrzydełko prestiżu, no i mają dobrze płatną robotę.

Ale co z bezimiennego uczestnictwa w jarmarcznych przedstawieniach mają statyści? Wszak muszą manifestować posłuszeństwo, muszą się błaźnić w maskaradach, muszą manifestować radość nawet w deszcz. Ludzie realizują wzory wymyślone przez politycznych inscenizatorów.

Uliczne inscenizacje

W przeszłości nawet proste inscenizacje uliczne i masówki fabryczne, niczym sztuki teatralne, prowokowały zachowania polityczne i były odpowiedzią na prowokacje.

Pamiętam spotkanie wicepremiera Kociołka z członkami partii K3 w Stoczni Gdańskiej w grudniu 1970. To dramat na scenę! Pamiętam spotkanie Edwarda Gierka ze stoczniowcami Gdyni i Gdańska w styczniu 1971. To komedia jak i dramat. Teatrem były też wydarzenia związane z pierwszą Solidarnością, pełne znakowości i odniesień do dziejów Polski.

Mało kto wie, że w czasie sierpniowego strajku, już w pierwszych dniach, w Stoczni Gdyńskiej funkcjonował Trybunał Ludowy. To był sąd, a zarazem teatr dla dziesięciu tysięcy stoczniowców. Uczestniczyłem w pracach Trybunału m.in., gdy sądzony był mistrz z W5, Mendalka, działacz partyjny, wielokrotny sekretarz OOP i POP w komunie.

A stan wojenny? Strajki, walki uliczne na barykadach i działalność podziemna, niewielkie lokale i piwnice. Ileż w tym było dramatyzmu! I wreszcie schyłek PRL. Strajk w „Manifeście Lipcowym”, rozmowy w Magdalence i Okrągły Stół, teatr z udziałem funkcjonariuszy, konformistów i zdrajców idei Solidarności.

Dzisiaj na ulicznej scenie niewielu jest zawodowych aktorów. Na pierwszym planie zawodowi politycy. Za nimi coraz mniejszy tłum statystów.

Politycy parodiują skromność. Czasami rządzą, ale nie mają władzy. Częściej schodzą do katakumb i tam rozkoszują się cierpieniem. Katakumby na wzór katakumb pierwszych chrześcijan, to doprawdy miejsca ulubione nie tylko przez liderów prawicy. Bo oto liberał na mównicy Senatu wdział więzienny pasiak, widzi siebie w lochu za kratami. To senator Rulewski, marny aktor, raczej kabotyn, a nie polityk.

Ciężar spektaklu politycznego dzierżą dziś statyści. Jest ich wielu. Białe róże w rękach. Kobiety w czarnych strojach, a także bez strojów. Obywatele, a za nimi Demokraci: niosą transparenty, plakaty, a zamiast kamieni – słowa jak kamienie.

 

Sztuka zdarzenia, czyli pochody, wiece przebierańców, a zatem teatr uliczny. Ale nie teatr pudełkowy, nie pudełkowa scena. To otwarta przestrzeń teatralna, jakiej chciał teoretyk teatru, Edward Gordon Craig. Ścianami tego awangardowego teatru są mury kamienic, podłogą jest bruk placów i ulic, dachem jest niebo, chciałoby się powiedzieć: niebo gwiaździste Emmanuela Kanta, ale najczęściej zachmurzone.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej