Dwa lata z Trybunałem Konstytucyjnym- Waldemar Maszenda

Historycy już dawno zauważyli, że w epokach następują na przemian rozum i uczucia (emocje). Średniowiecze, barok, romantyzm, czyli epoki, w których dominowały uczucia, były przedzielone odrodzeniem, oświeceniem i pozytywizmem, więc czasami, które na pierwszym miejscu stawiały rozum. To pewna generalizacja, ale zastanawiająca. Od początku XX wieku czasy zmieniają się szybciej niż poprzednio, więc z perspektywy jednego pokolenia można śledzić zmiany w filozofii, a co za tym idzie w kulturze oraz intelektualnych modach.

Znów mamy czasy racjonalne i następujące po nich niemal natychmiast irracjonalne. Po międzywojennym modernizmie nastał bazujący na emocjach powojenny egzystencjalizm ̶ radykalny przykład irracjonalizmu, po którym na krótko zapanował pozytywistyczny strukturalizm, a obecnie króluje, mający znów na bakier z rozumem, postmodernizm z założeniami groźnymi dla demokracji o końcu prawdy, historii i faktów materialnych w szczególności. Widać to doskonale także z polskiej perspektywy, media nie podają faktów, tylko operują emocjami, są za lub przeciw. Nie piszą, a jeśli – to rzadko – o co właściwie chodzi w trwającym już dwa lata sporze o Trybunał Konstytucyjny i wielu innych sprawach. Odbiorcy medialnych przekazów, nie mając zatem wyjścia, kierują się uczuciami, przyjmując taką lub inną wersję (tzw. narrację) zależnie od tego, jak głosują i kogo popierają. Spróbujmy więc napisać przedstawić fakty, bowiem, jak mawiał Józef Mackiewicz,

tylko prawda jest ciekawa

Trybunał Konstytucyjny to instytucja, w której zasiada 15 prawników wybranych przez polityków (Sejm); każdy na dziewięcioletnią kadencję. Najważniejsze uprawnienia TK to ocena zgodności ustaw z konstytucją i rozstrzyganie sporów kompetencyjnych między organami władzy. Większość sejmowa może wybrać na wakujące stanowiska TK sędziów, jakich zechce (ale tylko w swojej kadencji), biorąc pod uwagę ich przygotowanie zawodowe oraz poglądy. Jednak od czasu wyboru są oni, poza przypadkami dyscyplinarnymi, nieusuwalni oraz niezależni. A niezależni zwłaszcza podczas orzekania, także od tych, którzy ich wybrali. Jedynym „zabezpieczeniem” dla wybierającej ich większości sejmowej są znane wcześniej poglądy sędziów. Nie ma co tego ukrywać, podobnie jak każdy człowiek także sędzia TK ma poglądy.

Latem 2015 roku, kiedy prezydent Andrzej Duda był już wybrany, ale jeszcze nie zaprzysiężony, koalicja PO-PSL miała przewagę w TK w stosunku 14:1 i postanowiła ją utrzymać. Problem polegał na tym, że 25 października 2015 miały odbyć się wybory, a kadencje pięciu sędziów TK kończyły się w listopadzie (trzech) i grudniu (dwóch). A jak pamiętamy, sędziów TK Sejm może wybierać tylko w swojej kadencji, a nie na zapas. Koalicja PO-PSL postanowiła więc zagrać va banque, przyjmując nową ustawę o TK (z 15 czerwca 2015), w której znalazł się dziwny przepis umożliwiający wysuwanie (zgłaszanie) kandydatów na wakujące stanowiska w TK do końca 2015 roku, czyli niezależnie od upływu kadencji. Była to ostatnia ustawa, jaką podpisał ustępujący prezydent Bronisław Komorowski. Termin zgłaszania kandydatów na sędziów TK był ściśle ograniczony, do końca września 2015, więc szeroka koalicja PO-PSL-SLD w tym właśnie terminie grzecznie zgłosiła swoich pięciu kandydatów. Zgłoszenie jest tylko zgłoszeniem, sędziowie TK muszą być jeszcze wybrani przez Sejm. Wybranie owej piątki nastąpiło na ostatnim posiedzeniu Sejmu poprzedniej kadencji (zbiorczo, przy pomocy jednej uchwały sejmowej, co jest nielegalne) 8 października 2015 roku, dwa tygodnie przed wyborami. W tym dniu dotychczasowi sędziowie TK nadal urzędowali, troje z nich przez miesiąc, dwoje jeszcze przez dwa miesiące, a wybory miały się odbyć dopiero za dwa tygodnie. Gołym okiem było widać, że PO-PSL do spółki z SLD naruszyły konstytucję,

wybierając sędziów w nie swojej kadencji

A kiedy dokładnie kończy się stara sejmowa kadencja i zaczyna nowa, zależy od prezydenta, który wyznacza pierwsze posiedzenie nowego Sejmu, ale dopiero po wyborach, kiedy znane są ich wyniki. 8 października z całą pewnością nikt nie wiedział, łącznie z prezydentem, kiedy zakończy się poprzednia kadencja i rozpocznie następna. A jest jeszcze argument dotykający istoty prawa i dobrych politycznych obyczajów. 25 października 2015 nastąpiła zasadnicza zmiana preferencji wyborców, więc ustępująca większość sejmowa tym bardziej nie miała prawa wybierać wcześniej swoich kandydatów do TK.

W jakim celu koalicja PO-PSL zmieniła ustawę o TK, wprowadzając przepis o wcześniejszym zgłaszaniu kandydatów na sędziów TK? Powód mógł być tylko jeden, zgłoszenie do TK (nie mylić z wyborem) jest ustawowe, więc podlegało orzeczeniu TK (dodajmy: w starym składzie), natomiast sam wybór do TK dokonany uchwałą sejmową z mocy prawa nie podlega orzekaniu przez TK. Innymi słowy TK nie mógł wypowiedzieć się w sprawie legalności wyboru pięciu sędziów TK na zapas, no i nie wypowiedział się, mógł jedynie wypowiedzieć się w sprawie ich zgłoszenia we wrześniu 2015 roku. Tak też zrobił (wyrok K 34/15) uznając, że trzech kandydatów na sędziów TK (na kadencje od listopada) zostało zgłoszonych dobrze, a dwóch (na kadencje od grudnia) źle. I to wystarczyło, aby krajowe media stworzyły wielką mistyfikację, jakoby Trybunał orzekł konstytucyjność wyboru pięciu z rekomendacji PO-PSL-SLD. Nie orzekł, bo wypowiedział się o wcześniejszym zgłoszeniu do wyborów, a nie samych wyborów w Sejmie. Jednak wieść o konstytucyjności ich wyboru utrwala się po dziś dzień i wielu święcie w nią wierzy, podobnie jak w zamach obecnej większości parlamentarnej na Trybunał.

W tym przekonaniu utwierdza ich to, że 25 listopada 2015 Sejm przyjął uchwałę stwierdzającą nieważność wyboru pięciu sędziów wybranych przez PO-PSL-SLD 8 października 2015 z powodu naruszeń proceduralnych i błędów prawnych przy ich wyborze. Posłowie zaapelowali do prezydenta o nieprzyjmowanie od nich ślubowania. Sędziowie TK, jak już było wyżej powiedziane, są nieusuwalni, ale trudno uznać, że w tym przypadku pięciu sędziów wybranych przez PO-PSL są sędziami TK, ponieważ nie zostali zaprzysiężeni przez prezydenta. Gdyby uznać, że są, to od października do listopada 2015 mielibyśmy 20 sędziów TK (15 nadal urzędujących plus pięciu „nowych”), a konstytucja mówi, że może ich być 15.

Czy prezydent musiał przyjmować ślubowanie od kandydatów na sędziów TK?

Nie musiał. Jeśli prezydent jest do czegoś zobowiązany, to wyraźnie mówi o tym konstytucja, np. do podpisania zawetowanej ustawy odrzuconej następnie przez większość 3/5 Sejmu. Konstytucja wymienia 30 uprawnień prezydenta niewymagających kontrasygnaty. Mimo to wiele mediów nadal lansuje teorię, że trzech sędziów TK jest „dublerami”, a prawdziwi są ci wybrani przez PO-PSL. Z tego frontu pierwszy wyłamał się Naczelny Sąd Administracyjny (NSA), który w sierpniu br. na pytanie redakcji DGP (Dziennik Gazeta Prawna) odpowiedział, że unieważnienie wyboru sędziego Romana Hausera na sędziego TK (obecnie jest sędzią NSA) przez obecny Sejm uznaje za skuteczne.

Wybranie przez obecną większość sejmową w grudniu 2015 pięciu sędziów TK, od których prezydent przyjął ślubowanie, rzecz jasna nie uciszyło sporu o TK, wręcz przeciwnie. Dopóki na jego czele stał prezes Andrzej Rzepliński, TK był głównym frontem walki. Sytuacja się nie zmieniła po 19 grudnia 2016, który był ostatnim dniem urzędowania Andrzeja Rzeplińskiego. Objęcie stanowiska prezesa TK przez Julię Przyłębską z miejsca uznano za nielegalne, choć nikt nie wyjaśnił, z jakiego to niby powodu? Na końcu pojawił się sędzia Wojciech Łączewski (który zasądził ministrowi Mariuszowi Kamińskiemu trzy lata odsiadki), zawieszając cywilną rozprawę, w której stroną był TK, ponieważ nie uznał pełnomocnictwa wystawionego przez obecną prezes Julię Przyłębską. Media nie pisały wprost, że

sędzia Łączewski jest ponad Trybunałem Konstytucyjnym,

ale tak to przecież wygląda, wystarczy przejrzeć tytuły publikacji: „Prezes Przyłębska wybrana nielegalnie”? „Prezes TK wybrano nielegalnie”, „Wygląda na to, że pani P. została wybrana w nielegalny sposób”, „Przyłębska mogła zostać wybrana nielegalnie”. 11 września 2017 r. TK na wniosek posłów PiS zbada, czy sąd w trybie cywilnym (jak w przypadku sędziego Łączewskiego) może weryfikować powołanie prezesa TK. 12 września 2017 Sąd Najwyższy ma z kolei badać „umocowanie” Julii Przyłębskiej jako prezesa TK.

Tytuły w mediach jak zwykle krzyczą zamiast informować, jak było z wyborem Julii Przyłębskiej na prezesa TK. Co zatem stało się 20 grudnia 2016 roku, dzień po odejściu z TK prof. A. Rzeplińskiego? Układ starych i nowych sił w Zgromadzeniu Ogólnym Sędziów Trybunału Konstytucyjnego wynosił w tym dniu 7:7, bowiem jeden sędzia TK przebywał na urlopie. Aby zostać kandydatem na prezesa TK (powołuje go prezydent), należy zebrać co najmniej pięć głosów Zgromadzenia Ogólnego Sędziów TK. Podczas ZO przyjęto jedną uchwałę, która była równoznaczna z głosowaniem. Julia Przyłębska otrzymała pięć głosów, a sędzia Mariusz Muszyński jeden głos, a był też głos nieważny, co oznacza, że siedmiu sędziów („starych”) nie głosowało. Z przedstawionych prezydentowi dwóch kandydatów powołana została przez prezydenta na stanowisko prezesa TK Julia Przyłębska. Część mediów natychmiast obwieściła, że większość sejmowa naruszyła swoją własną ustawę o TK. Medialni „specjaliści” orzekli, że podczas ZO Sędziów TK powinny być przyjęte dwie uchwały. Nie przeczytali ustawy z 13 grudnia 2016 r., na którą się powołują: „Przepisy wprowadzające ustawę o organizacji i trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym oraz ustawa o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego”. Jej przejściowe przepisy (art. 22) jasno wskazują, że 20 grudnia 2016 roku wyłonienie kandydata na prezesa TK powinno odbyć się na starych zasadach, czyli dokładnie tak, jak się odbyło. Nie była więc potrzebna dodatkowa uchwała Zgromadzenia Ogólnego TK ani też kworum, które byłoby dla opozycji w Trybunale świetną okazją do odwlekania wyborów i uniemożliwienie prezydentowi realizacji jego konstytucyjnego uprawnienia, czyli powołanie prezesa TK. Nawet gdyby te przepisy zostały kiedyś zakwestionowane przez przyszły TK (co raczej wątpliwe), to i tak takie orzeczenie nie mogłoby działać wstecz i dla obecnej sytuacji prawnej TK nie miałoby znaczenia. Sędzia Stanisław Biernat, były zastępca prezesa Andrzeja Rzeplińskiego w TK, jeszcze tego samego dnia przyznał, że wybór Julii Przyłębskiej jest skuteczny, co pół roku później nie przeszkodziło sędziemu Wojciechowi Łączewskiemu w sali sądowej kwestionować ważności jej uprawnień do sprawowania funkcji prezesa TK.

 

Jak widać, nie ma sprawy pani Julii Przyłębskiej, jest natomiast problem sędziego Wojciecha Łączewskiego.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej