Donald, o którego za dużo. Szkice do portretu- Waldemar Żyszkiewicz

Donalda Tuska bardziej od emocjonalnych epitetów i pokrzykiwań pogrążają fakty, wypowiedzi i właściwe mu zachowania. Warto je przypomnieć, ponieważ pamięć jest selektywna i z czasem zapominamy o szczegółach.

W sieci najczęściej wypomina się dziś byłemu premierowi wypowiedź: polskość to nienormalność. Na poziomie emocjonalnej sprzeczki, ideowej awantury w Internecie zarzut odnoszący się do problemów tożsamościowych Donalda Franciszka T. wydaje się młodym Polakom najważniejszy, najbardziej obciążający.

Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych rojeń? Polskość to nienormalność – takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu – brzmi najczęściej cytowany fragment.

Łatwo zrozumieć, dlaczego
wyrwana z kontekstu, raczej szpanerska niż przemyślana, nieudolnie wzorowana na Gombrowiczu wypowiedź młodego Tuska w ankiecie miesięcznika „Znak” z roku 1987, budzi emocje wśród przedstawicieli pokolenia, które po ćwierćwieczu zohydzania polskości triumfalnie wraca do przeżywania patriotyzmu w nowej formie.

Trudno jednak podzielać przekonanie, że werbalne kwestionowanie polskości przez trzydziestoletniego gdańszczanina to coś najgorszego, co spotkało Rzeczpospolitą i jej obywateli ze strony Donalda Tuska.

Landyzacja pod maską samorządności

Znacznie większy ciężar gatunkowy ma polityczna wymowa referatu wygłoszonego przez Tuska pięć lat później, w czerwcu 1992, podczas II Kongresu Kaszubskiego. Trzydniowa impreza zorganizowana w Gdańsku przez Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie pod hasłem „Przyszłość Kaszubszczyzny” rozpoczęła się zaledwie w tydzień po nocnym odwołaniu premiera Jana Olszewskiego, w którym – co poświadcza „Nocna zmiana”, jeden z najważniejszych dokumentów filmowych epoki – wziął również udział rezolutny Donald Tusk.

35-letni wówczas poseł i od roku przewodniczący Kongresu Liberalno-Demokratycznego, w wystąpieniu, zatytułowanym „Pomorska idea regionalna jako zadanie polityczne”, sformułował strategię i taktykę dekompozycji Polski jako państwa unitarnego na rzecz państwa regionalnego, z wyraźnym położeniem nacisku na odrębny od polskiego interes Pomorza i Kaszub.

Trzeba przyznać, że zrobił to zręcznie. Wbrew temu, co sugerowano, a sprawa była swego czasu w sieci dość głośna, tekst upubliczniony w materiałach pokonferencyjnych nie zawiera postulatów utworzenia pełnej autonomii z własną walutą czy wojskiem, ale i bez tego jest całkiem przejrzysty oraz niepokojący.

Przywołując nazwisko zasłużonego dla idei regionalizmu, ale także dla Solidarności pisarza Lecha Bądkowskiego i szermując kategorią ‘samorządności’, nie jakiejś tam autonomii, rytualnie pomstując na peerelowski centralizm oraz biurokrację, a także oczywiście na polskie „nacjonalistyczne resentymenty i ksenofobie”, Tusk m.in. powiedział:

Tak więc pierwszym etapem wybijania się Pomorza na samorządność (podobnie jak innych aspirujących do tego regionów) będzie nie bunt prowincji przeciw centrum, ale aktywne uczestnictwo w reformowaniu centrum. (...) Konieczne jest uczestnictwo regionalistów w debacie konstytucyjnej i w pracy nad innymi aktami legislacyjnymi. Tak długo bowiem, jak trwać będzie w Polsce centralistyczny model władzy, jak długo większość decyzji zapadać będzie w Warszawie – marzenie o państwie regionalnym pozostanie utopią. [podkr. wż]

Ten fragment, mimo użycia terminu ‘bunt’, nie brzmi jeszcze zbyt alarmistycznie. Ale w połączeniu z frazą: nie będzie samorządnego regionu pomorskiego – i żadnego innego – bez zasadniczych zmian ustrojowo-gospodarczych w skali całego kraju. Ich zdynamizowanie i ukierunkowanie to jeden z głównych postulatów regionalistów – powinien zapalić światełka ostrzegawcze.

Przekładając z kongresowo-kaszubskiego na polski: młody jeszcze wtedy polityk Tusk pod osłoną idei samorządności i regionalizmu sformułował postulat przeprowadzenia zmian, które – gdyby udało się je w pełni zrealizować – skutkowałyby rozbiciem unitarnego państwa i podziałem jego terytorium. Postulowana landyzacja terytorium kraju wychodziła (oczywiście przypadkiem) naprzeciw lansowanemu wtedy przez Berlin/Brukselę konceptowi transgranicznych euroregionów.

Pomorski taktyk i technolog władzy

Szukając skutecznej taktyki, która prowadziłaby do celu, Donald Tusk, w latach 80. zarabiający na życie w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych „Świetlik”, podczas czerwcowego kongresu zalecał Kaszubom metodologiczną dyskrecję poczynań: Wiele wskazuje na to, że inteligentnie prowadzona kampania antybiurokratyczna podnosząca walory samorządności, także w wymiarze finansowym (podatki) powinna być dobrze przyjęta przez szerokie grupy społeczne. Przesadne podkreślanie kaszubskości ruchu regionalnego nie będzie sprzyjało powodzeniu tej kampanii.

Analizował również polityczno-organizacyjny charakter wyzwań: Doświadczenie ostatnich lat pokazuje wyraźnie, że każda zmiana nawet fragmentu rzeczywistości wymaga przyłożenia odpowiedniej siły. Stąd moje przekonanie o konieczności przekształcenia ruchów regionalnych w skuteczne ruchy polityczne. Skuteczne, a więc z powodzeniem ubiegające się o władzę. (...) Chodziłoby przede wszystkim o stworzenie źródeł finansowania, skuteczną akcję edukacyjną, budowę przyszłościowego, ale realnego programu gospodarczego dla Kaszub i Pomorza, inspirowanie zmian legislacyjnych z przygotowaniem projektu nowej konstytucji włącznie.

Przyszły technolog władzy wskazywał na istotną rolę kontaktów z działaczami z innych regionów: Podjęcie ściślejszej współpracy z innymi związkami regionalnymi i pomaganie nowo powstającym, (np. Liga Warmińsko-Mazurska). Ogólnopolski charakter naszych przedsięwzięć, obok innych walorów, oddali zarzut etnicznej irredenty. Doświadczenia wielu z nas dowodzą, że w polskim społeczeństwie wciąż silne są nacjonalistyczne resentymenty i ksenofobie, a regionalizm często obarczany jest publicznie najprzeróżniejszymi grzechami, wśród których antypolskość i filogermanizm pojawiają się najczęściej.

Pewne wyobrażenie, jak wyglądałoby to dzisiaj, gdyby „Pomorską ideę regionalną” udało się wtedy Tuskowi przeprowadzić do końca, dają jawnie uzurpatorskie praktyki prezydentów kilku większych polskich miast, np. w sprawie migrantów, bez żadnych skrupułów adresowane politycznie do Berlina, a nie do Warszawy. Ale warto również dodać, że z czołobitnością obecnego prezydenta Gdańska, Adamowicza wobec wskazań niemieckiej polityki historycznej niewielu „regionalistów” mogłoby skutecznie konkurować.

Na szczęście ani przedstawiciele Śląska, ani Wielkopolski nie podchwycili wtedy propozycji kolejnego rozbicia dzielnicowego Polski. Waldemarowi Pawlakowi nie udało się sformować gabinetu, rząd Hanny Suchockiej przetrwał tylko 16 miesięcy, a w wyborach jesienią 1993 roku ugrupowanie, któremu przewodził Tusk, dostało od wyborców tylko niespełna 4 proc. głosów. Polacy już się poznali na tzw. Kongresie Liberałów Aferałów, co oznaczało dla nich pilną potrzebę kolejnej metamorfozy.

Tusk na kominie

Z pewnego punktu widzenia, referat na kaszubskim kongresie był majstersztykiem ideologicznej perswazji oraz politycznej kuchni, aż chciałoby się wykrzyknąć z podziwu: Autor! Autor! Co wszakże kontrastuje nieco z wizerunkiem, jaki wczesnemu Tuskowi wystawiali koledzy posłowie z innych ugrupowań. Ekipa liderów Kongresu Liberalno-Demokratycznego miała, raczej zasłużenie, opinię mocno zabawowej. Nawet wiceprezesowanie w Unii Wolności, hybrydzie politycznej, która powstała z połączenia Unii Demokratycznej oraz KL-D, nie wskazywało jeszcze na ujawnioną później przez pogromcę Grzegorza Schetyny wielką zręczność i determinację w korzystaniu z profesjonalnego marketingu. Zwolennicy urodzonego w Gdańsku polityka z Sopotu chętnie nazwą to charyzmą, jego przeciwnicy – uzależnieniem od wizerunku.

Emblematycznym dowodem niekiedy wręcz ekstrawaganckiej dbałości o sposób zaprezentowania się współczesnemu audytorium pozostaje dla mnie słynna fotka już z brukselskich czasów Donalda Tuska. Nasz były premier, nieodrodne dziecko globalnej wioski (o tym, co udało mu się zrobić z Polską w latach 2007–2015 napiszę innym razem) brawurowo połączył praktykowanie modnego stylu życia z potrzebą oddania czci dwudziestu ofiarom terrorystycznego zamachu na brukselskiej stacji metra Maelbeek.

To zdjęcie mówi o nim więcej niż niejeden doktorat z politologii. Zgrabna sylwetka (wie o tym), t-shirt ze stosownym napisem, strój w barwach polskich, opalone nogi, modne stópki... I to nie była żadna złośliwość wścibskich paparazzich, król Europy (EUC President) sam „zapolował na okazję”, po czym wywiesił fotkę na swym oficjalnym twitterowym koncie. Świetne dopełnienie znanego już wcześniej rytualnego „haratania w gałę”, ale także „znikania na trzy dni w szafie”, gdy działo się coś poważnego.

 

Tak, znikanie z pola widzenia to ważny przymiot Donalda Tuska. Podobno był taki czas w jego życiu, że sprzedawał chleb w przejściu podziemnym. Dopiero później nastał okres malowania kominów w spółdzielni „Świetlik”. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że nigdy nie widzieli Tuska na kominie. Ciekawa sprawa, ale już raczej dla profesjonalistów.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej