Młode Talenty- Stanisław Srokowski

KACPER SŁOMKA Chłód

Był chłodny angielski poranek. Około godziny szóstej Dawid Nalepa wyszedł z mieszkania w Bognor Regis. Długie czarne włosy związał w kucyk. Nie lubił ich wiązać, ale praca tego wymagała. Zmrużył błękitne oczy; pomimo wypicia kawy nadal był zaspany. Szedł, kończąc ćmić własnej roboty papierosa i drżał lekko, ponieważ niewyspanie potęgowało u niego uczucie chłodu. Ubrany był w czarne, ocieplane, zniszczone bojówki, trampki i czarną dresową bluzę. Niósł średniej wielkości wojskowy plecak od mil-teca, ściśnięty do najmniejszego rozmiaru. Wyglądał z tym wszystkim nieco komicznie, jednak to go nie interesowało. Około godziny szóstej na angielskiej ulicy trudno spotkać człowieka. Zresztą i tak nie przejmował się ludźmi, i nie dbał o modę czy elegancki wygląd. W tym był podobny do swojego ojca, Janusza Nalepy, który mieszkał w Polsce i również pracował fizycznie.
Dawid jednak był studentem. Do Anglii przyjechał pracować sezonowo. Nie przywiązywał wagi do rodzaju wykonywanej pracy; miała mu przynieść pieniądze. Nie doceniał jej też, a przynajmniej tak próbował sobie wmawiać. Był w ogóle typem freaka; udawał, że na niczym mu nie zależy; jednak zależało mu na wielu rzeczach i nie były to tylko pieniądze.
Cierpiał na chroniczny brak bliskości z kimkolwiek. Bliskości nie dawała mu rodzina; w dwudziestoletnim życiu nie przetrzymał żądnego związku z dziewczyną dłużej niż dwa, trzy miesiące. Spotykając się z przedstawicielkami płci przeciwnej, czuł już, że spotyka się z kimś niewłaściwym i zazwyczaj albo to była prawdą, albo przedstawicielka gdzieś znikała. Dom, nieważne czy w Polsce, czy w Anglii, był dla niego miejscem stresu, nerwów i cierpienia. Wszędzie czuł się nie na swoim miejscu, a ucieczki szukał w pracy lub nauce. „Wszystkie ludzkie działania, czynione w celu pozbycia się cierpienia, są jedynie zmianą jego rodzaju”. Dawid znał to powiedzenie i stosował je do siebie. Był cierpiącym w milczeniu humanistą, a że miał w sobie odrobinę egocentryzmu, to tym bardziej cierpiał. Niemal zawsze i wszędzie cierpiał, jedynie raz więcej, a raz mniej. Jak na dwudziestolatka, był wprost przepełniony cierpieniem.
Teraz szedł na Aldwick, w stronę Tesco express, bo tam właśnie miał po niego przyjechać pan Lubomir. Gdy stanął wreszcie pod Tesco, spojrzał na komórkę i zauważył, że zostało mu z dziesięć minut do spotkania. Odtroczył więc od plecaka swój wojskowy polar (szykował go do pracy, wiedząc, że tam jest jeszcze zimniej) i włożył, a raczej zarzucił go na siebie. Ktoś inny na jego miejscu byłby zły, że niepotrzebnie się spieszył i teraz będzie marznął. Dawid przyjął to z obojętnością. Dobrze wiedział, że i tak w pracy czeka go cały dzień chłodu. Wiedział też, że złość lub jej brak nie mają tu żadnego znaczenia, a Lubomir i tak przyjedzie. Był on bowiem człowiekiem solidnym i gdy się z kimś umawiał, to dotrzymywał słowa. Tyle o Lubomirze mógł Dawid powiedzieć. Konstatując powyższe fakty, zapalił jedynie drugiego papierosa. Zwykle nie palił wiele, jednak z rana (szczególnie, gdy wstawał wcześnie) czuł nieprzeparty głód nikotyny. Pozwalała mu ona się rozbudzić i przywrócić umysł do życia. Wypaliwszy papierosa, jeszcze raz spojrzał na komórkę. Pan Lubomir powinien już być. Dawid poczuł lekki niepokój.
W tym momencie jednak nadjechał czarny opel czy raczej, jak mówili Anglicy, vauxhall. Dawid szybko wskoczył do samochodu, siadając z przodu, obok pana Lubomira (tym razem jechał on bez żony).
− Dzień dobry.
− A dzień dobry, Dawidku − jak zwykle monotonnym głosem odpowiedział około sześćdziesięcioletni mężczyzna.
− To ja dam panu od razu, półtora funta, bo nie wiadomo, z kim będę wracał.
− No jasne, nie będziesz trzech dawał z góry.
Starszy mężczyzna zdjął lewą rękę z kierownicy i wziął pieniądze. Następnie podkręcił radio.
− Lubisz Niemena, młody? − spytał.
− Oczywiście, bardzo.
− Świetnie.
W radiu zadźwięczała muzyka.

Pod papugami...

− To oryginałka?
− Gdzie tam, pirat − odpowiedział Lubomir.
− Tak myślałem. Oryginałki Niemena są teraz strasznie drogie.
− Widziałeś gdzieś?
− Jeszcze w Polsce.
− Ach − westchnął starszy z mężczyzna − ty przecież jesteś tu na sezon, prawda?
− Prawda.
− Widzisz, ja tu mieszkam dziesięć lat. O tym, jak teraz jest w Polsce, wiem z telewizji i opowieści. A swoją drogą, po ile teraz w kraju chodzą płyty?
− Różnie. Oryginalną koncertówkę Nirwany kupiłem za trzydzieści złotych, ale Niemen chodzi nawet po osiemdziesiąt. Wiadomo, doceniają po śmierci.
− Niestety. Nawet nie wiesz, jakim ja byłem fanem Niemena...
− No.
− Nosiłem długie włosy, byłem na kilku jego koncertach. Dziwny jest ten świat. Wy pewnie tego nie pamiętacie.
− Bez przesady. Ten utwór zna każdy.
− No nie wiem, nie wiem...
Rozmowa na chwilę przycichła; starszy człowiek skupił się na jeździe. Po chwili jednak znów zagadnął Dawida:
− Wiesz, zapomniałem, co studiujesz. Polonistykę, tak?
− Filologię polską. Tak to się teraz nazywa.
− No tak, fakt. Teraz wszystko inaczej się nazywa, może poza matematyką. Właśnie, jak u ciebie z matematyką?
− Na szczęście nie muszę się nią już zajmować.
Kierowca się roześmiał.
− Czyli na pewno bym cię zagiął.
− Skoro pan tak twierdzi...
− Ty byś mnie pewnie zagiął na Kochanowskim albo jakimś innym Mickiewiczu.
− Może...
− Lubisz udawać skromnego.
− Nie. Po prostu nie lubię się chwalić. Nie zaprzeczam, lubię używać swojej wiedzy, jak również pokazywać ją ludziom, jeśli jest taka możliwość, bądź jeśli tego potrzebują. Ale chwalić się nie lubię.
Pan Lubomir potrząsnął głową. Nie dowierzał tego typu wypowiedziom, bo znał ludzi i potrafił wiele w nich wyczytać. Przy tym jednak powstrzymywał się od oceniania. Obserwował, zapamiętywał, ale nie oceniał. W lepszych czasach i okolicznościach mógłby być na przykład psychologiem, los jednak zagnał go do pracy fizycznej w Anglii.
Powoli zbliżał się już do fabryki w Runcton.
Fabryka w Runcton z daleka odcinała się od okolicy swoim surowym, ascetycznym i pozbawionym estetyki wyglądem. Parking ze żwiru i kamieni znajdował się między odrapaną palarnią a wielkim budynkiem, który był równie nijaki i szary jak monumentalny i przytłaczający swoim rozmiarem. Symbol kapitalizmu, wyrastający jak spalona ziemia wśród zielonych pól Anglii.
Wyszli z samochodu. Była godzina 6:30. Natychmiast skierowali się do biura. Po podpisaniu listy obecności, poszli jeszcze schodami w górę do kantyny. Kantyna była jedynym chyba w całej fabryce miejscem, które było (dosłownie i w przenośni) ciepłe. Pan Lubomir usiadł przy wyjściu, a Dawid skierował się dalej, tam gdzie na ścianie wisiał ekran telewizyjny. Do rozpoczęcia pracy było dobre czterdzieści minut; więc nalawszy sobie herbaty z termosu, postanowił przez chwilę popatrzeć na TV. Jak zwykle emitowano BBC, które w porannych wiadomościach po raz kolejny pokazywało sukcesy brytyjskich sportowców na olimpiadzie w Rio. Dawida śmieszyło zachwalanie jeźdźców czy bokserów. Denerwowało go gadanie o srebrze angielskich wioślarek (szczególnie, że wiedział, iż złoto zdobyły Polki), i tak zleciało kilka minut, po których postanowił jeszcze pójść na palarnię. Palarnia przywitała go anglojęzycznym gwarem. Przed wejściem do pracy zawsze zbierał się tu tłum, w którym Anglicy, choć najmniej liczni, byli jednak najgłośniejsi. Był to jeden z powodów, dla których Dawid nie darzył ich zbytnią sympatią. Sam zwykle wypalał tu swojego skręta po cichu i szedł do pracy, chyba, że był akurat pan Wojciech albo jego żona lub oboje. Dziś ich nie było, więc po szybkim skręcie poszedł do hali.
Wchodząc do szatni, zapiął się pod szyję. Wiedział, co go czeka w pracy. Zakładając czepek, i upychając kosmyki włosów pod nim, usłyszał ponaglenie jakiejś kobiety:
− Długo jeszcze z tymi włosami?
To nie była kierowniczka, ale ze zwykłymi pracownikami Dawid też wolał żyć w zgodzie. Odwrócił się i z lekkim grymasem odpowiedział:
− Już.
Potem poszedł po kalosze. Znalezienie swojego rozmiaru zajęło chwilę. Po umyciu rąk włożył jeszcze niebieski roboczy fartuch zapinany na guziki i wciągnął materiałowe rękawice. Teraz stał w tłumie cisnącym się pod drzwiami i słyszał urywane słowa:
− Ile jeszcze?
− Cztery minuty.
− Jest czas.
− Wychodzimy.
− Gdzie się śpieszysz? Za trzy minuty ci nie zapłacą.
− Za trzy minuty trzeba być na linii.
Nagle gwar został przekrzyczany głosem kierownika:
− Wychodzić!
Dawid zrobił znak krzyża. Nie był zbyt pobożny, ale czy to z przyzwyczajenia, czy jednak z wiary w moc Bożą, wolał zawsze się przeżegnać przed pracą. To dodawało mu sił.

( c.d.n.)

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej