Merkel czy Schulz. Kto lepszy dla Polaków?- Waldemar Żyszkiewicz

W dość powszechnym przekonaniu podzielanym przez polityków, komentatorów i zwyczajnych obywateli byłoby lepiej dla Polski, gdyby w jesiennych wyborach w Niemczech zwyciężyła Angela z Kasnerów Merkel. Wcale nie jestem o tym przekonany.

Socjalista Martin Schulz nie jest politykiem z mojej bajki. Nie tylko dlatego, że jest socjalistą, ale zdecydowanie bardziej dlatego, że jest typowym produktem współczesnej fabryki politycznych frontmenów. Bez wykształcenia, ale za to arogancki. Awanturnik z alkoholową przeszłością, pozbawiony nie tylko charyzmy, ale też elementarnego daru budzenia sympatii. Spektakularna antyteza kogoś, kto nadaje się na lidera w systemie demokratycznym.

Logika im przeszkadza

Zdolność do krytycznego myślenia oraz formułowania wniosków zgodnych z logiką, fizyką czy elementarną znajomością natury ludzkiej nie jest mocną stroną współczesności. Te same osoby, które w środę domagają się bezwarunkowego prawa do zabijania własnych potomków oraz przodków (czyniąc to pod hasłem dostępu do aborcji czy wspomaganej eutanazji), w piątek wybiorą się, żeby z zapałem protestować przeciwko likwidacji korników niszczących puszczę albo żeby zademonstrować swą radykalną niezgodę na przewożenie koni w nieludzkich (może raczej w niekońskich?) warunkach.

Prof. Andrzej Zybertowicz przywołał niedawno brawurową wręcz definicję lewactwa. Otóż, do tej elitarnej z założenia społeczności może zaliczyć się każdy szczerze przeświadczony, że granic między państwami w żaden sposób nie da się upilnować (i że, co więcej, robić tego nie warto), ale zarazem też absolutnie pewny, że nad klimatem w skali globu można zapanować, np. dzięki protokołowi z Kioto.

Konkretyzując, klimat ma się podobno poprawić dopiero wtedy, gdy kraje na dorobku, o energetyce opartej na własnych zasobach węgla kamiennego czy brunatnego, zostaną zmuszone do sowitego okupu na rzecz państw bogatszych, które chętnie pozbędą się w ten sposób technologicznych nowinek, kosztownych i niewydajnych, a często też szkodliwych dla środowiska, jak choćby te osławione farmy wiatrowe.

Suweren czy wajchowy?

Przywołałem kilka wyrywkowych przykładów, żeby pokazać, że myślenie zmitologizowane, pozbawione racjonalnych przesłanek, wcale nie musi odnosić się wyłącznie do sfery polityki. Choć trudno zaprzeczyć, że jego przejawy właśnie w tej dziedzinie są wyjątkowo spektakularne. Przykłady? Proszę bardzo: dyskryminacja uprawnień większości na rzecz mnożenia przywilejów dla grup zdecydowanie mniejszościowych.

W dodatku, zwykle idzie tu o mocno „wydziwione” prawa dla środowisk – z punktu widzenia tradycyjnych ideałów, obowiązujących normatywów i systemów wartości – niekompatybilne, dysfunkcyjne czy wręcz dewiacyjne. Jak np. forsowane właśnie w USA prawo do koedukacyjnych toalet w szkołach publicznych albo refundowanie ze środków publicznych zabiegu odsysania tłuszczu z warg sromowych w Szwecji, że już nie wspomnę o spodniach z klapką (to też po drugiej stronie Bałtyku), które umożliwiają siusianie po męsku marzącym o totalnym równouprawnieniu osobniczkom płci wymagającej.

Wszystko oczywiście w imię demokracji (liberalnej), która – można by sądzić – podejmowanie decyzji o sprawach dla społeczności istotnych wiąże z procedurami wyborczymi oraz ich praktycznymi konsekwencjami, a zatem nolens volens przyznaje to prawo grupom większościowym. Jeśli uzyskanie mandatu do sprawowania władzy zależy od wyników demokratycznych (podobno) wyborów, to fakt stygmatyzowania części poglądów oraz niektórych ugrupowań jako populistycznych (tzn. wychodzących naprzeciw oczekiwaniom elektoratu) powinien budzić zdziwienie i rodzić pytanie o realną naturę systemu, który dominuje obecnie w państwach Zachodu.

Merkel z sex appealem

Zdepopularyzowana dziś przez błędną, a nawet obłędną politykę wobec inwazji migrantów z Południa na kraje UE Angela Merkel ma jednak wciąż kilka istotnych przymiotów, od sporego doświadczenia w pełnieniu urzędu kanclerskiego poczynając. Dziwaczny, skłonny do awantur Schulz stanowi niezłe tło kontrastowe, na którym ludzkie i polityczne atuty następczyni Helmuta Kohla mogą tylko zyskiwać.

Po szybkim wyczerpaniu się premii za nową postać na pozycji lidera, co miało miejsce w lutym i marcu br., SPD pod przewodnictwem Martina Schulza zaczęła ponownie tracić poparcie wyborców. W pierwszej połowie sierpnia notowania niemieckich socjaldemokratów oscylowały w granicach 22–25 proc., podczas gdy koalicja CDU/CSU dysponuje podobnie stabilnym poparciem na poziomie 37–40 proc.

Względy wizerunkowe też przemawiają za bezlitośnie pragmatyczną Merkel. Nawet różne grymasy, na których coraz częściej przyłapują niemiecką kanclerz wścibscy reporterzy, budzą większą sympatię niż przenikliwe, ale martwe spojrzenie eksprzewodniczącego PE. Nie są też jego atutem siniejące wargi, z powodu których specjaliści od wizerunku zalecają Schulzowi używanie szminki...

W tej sytuacji ani słynny dekolt Merkel na otwarciu opery w Oslo, który blisko dekadę temu rozpętał dyskusję w niemieckiej prasie, ani nawet dawna fotka z plaży nudystów nad Bałtykiem, która (być może) przedstawia młodziutką Angelę Kasner całkiem saute, przydając pani kanclerz nieco sex appealu, raczej jej pomagają niż szkodzą.

Kanclerz lepszy dla kogo?

Za Schulzem, księgarzem z małą maturą oraz byłym burmistrzem miasteczka Würselen w Nadrenii Północnej-Westfalii, ciągnie się odium awantur w Parlamencie Europejskim, kiedy to – nadużywając swej zwierzchniej funkcji – eurodeputowanym o poglądach odmiennych niż jego własne odbierał głos, a nawet prawo do manifestacyjnego gestu, czyli np. prezentowania banerów z odnoszącymi się do przedmiotu sporu napisami.

W najsłynniejszej bodaj utarczce z premierem Włoch Berlusconim niemiecki socjaldemokrata potknął się o brak poczucia humoru na własny temat i po prostu przegrał. Ta obcesowość Schulza nie mogła mu przysporzyć sympatii polityków unijnych z innych frakcji, więc w Brukseli raczej za nim nie płakano.

Im bliżej do wrześniowej elekcji w Niemczech, tym silniej nad Wisłą słychać pytanie, który z głównych pretendentów do funkcji kanclerza byłby lepszy dla Polski. I wydaje się, że wskazanie na Merkel nie powinno nikogo zaskakiwać. Wystarczy mieć w pamięci liczne przejawy „ciepłych uczuć” Schulza dla naszego kraju.

Takie stawianie sprawy dowodzi jednak zbędnego etnocentryzmu, prowadząc nas do odpowiedzi błędnej i w konsekwencji dla Polaków niekorzystnej. Kanclerz Niemiec ma realizować interes niemiecki, nie polski. Zbyt długo dawaliśmy się nabierać na rzekomą przyjaźń oraz niemiecki mecenat nad naszymi interesami w Europie: ten życzliwy przez lata Verheugen, sympatyczna Merkel z wizytą u Kaczyńskiego w lutym tego roku... Wystarczy, o polski interes sami musimy zadbać.

Realne pytanie przedwyborcze brzmi zatem, kto na najbliższe lata byłby lepszym kanclerzem dla Niemiec. I Niemcy w swej masie, jak dowodzą stabilne wyniki sondaży, są przekonani, że będzie nim Angela Merkel, która najprawdopodobniej utrzyma się na urzędzie kanclerskim przez kolejną kadencję. Mimo pamiętnej nielojalności wobec Helmuta Kohla, mimo braku perspektywy strategicznej, mimo skrajnie nieracjonalnej polityki wobec inwazji nomadów, mimo przewagi zwykłego kunktatorstwa nad ideowością...

Zasada odpłaty, czyli grać na Schulza

Niemcy mają oczywiście pełne prawo, żeby wybierać wariant dla siebie optymalny, ale nie rozumiem, dlaczego Polacy mieliby im w tym jakoś pomagać. Zwykła analiza podpowiada, że raczej wręcz przeciwnie. Choćby dlatego, że zarówno politycy BRD jak i media niemieckie (także media niemieckie w Polsce), prowadzą nieustający, bezpardonowy atak na nasz rząd oraz większość parlamentarną, które w demokratycznych wyborach wybraliśmy sobie w roku 2015.

Wydaje się, że Martin Schulz nie ma pewnie w tym roku szans na wygraną z Angelą Merkel, ale załóżmy na chwilę, że to jednak on zostaje następnym kanclerzem. Nowy rząd niemiecki, zdominowany przez polityków SPD, mógłby dość łatwo (dzięki Gerhardowi Schröderowi) doprowadzić do zacieśnienia relacji gospodarczo-politycznych z Kremlem. Wtedy od razu wzrosłoby geopolityczne znaczenie, a tym samym zapotrzebowanie na mocny klin Trójmorza, zdolny skutecznie odgrodzić Niemcy od Federacji Rosyjskiej Putina.

Nie twierdzę wcale, że byłby to scenariusz szczególnie pożądany, spełniający odwieczne ludzkie tęsknoty za Arkadią. Raczej wręcz przeciwnie. Ale gra na wielkiej szachownicy wymaga determinacji i gotowości do przewidywania różnych wariantów rozwoju sytuacji.

 

Może zatem ów marsz ku czwartej kadencji warto protektorce Donalda Tuska maksymalnie utrudnić?

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej