DEKONCENTRACJA CZY REPOLONIZACJA?- Michał Mońko

No i mamy kolejną reformę mediów, prowadzoną przez ludzi, którzy dopiero co próbowali bezskutecznie zreformować media publiczne. Tym razem chodzi o dekoncentrację – ale czego? Bo jedni reformatorzy mówią o dekoncentracji mediów, inni o repolonizacji mediów, a jeszcze inni mówią o dekoncentracji struktur właścicielskich i o likwidacji monopoli medialnych.

Można spytać, czy reformatorzy wiedzą, o czym mówią albo czy wiedzą, na co się porywają?

Promotorem reformy jest Rada Mediów Narodowych kierowana przez Krzysztofa Czabańskiego. Ciężar reformy wzięło na siebie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa. Powstał już zespół reformatorów, w którym wybija się na czoło znawczyni mediów i samorządności, posłanka Bubula.

Szefem zespołu dekoncentracji mediów jest Paweł Lewandowski, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego. W 2011 skończył studia na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego, z zawodu politolog. Dekoncentracja, wedle wiceministra, ma być zarazem repolonizacją. To, można rzec, dwie pieczenie na jednym ogniu.

Ale nawet pieczeń na jednym ogniu, gdy chodzi o repolonizację mediów, wymaga potężnych pieniędzy, no i siatki doskonałych dziennikarzy, zdolnych poprowadzić „po polsku” zrepolonizowane gazety i tygodniki. A tymczasem kadry Telewizji Republika już się wyczerpały przy obsadzie telewizji przy ulicy Woronicza.

O zadaniach, które stoją przed zespołem reformatorów wiceminister Lewandowski mówi w taki sposób, że można zastanawiać się, czy minister sam rozumie, o czym mówi. „Efektem dekoncentracji może być repolonizacja. Jeżeli mamy koncentrację bardziej na poziomie narodowości kapitału niż na poziomie posiadacza, który jest ponadnarodową organizacją, to skutkiem będzie repolonizacja i takiego efektu można oczekiwać”.

Subsydiowana prasa

Skutkiem dekoncentracji i zarazem repolonizacji może być także upadek stacji radiowych i telewizyjnych, a także gazet i wielu tygodników. Tego reformatorzy nie biorą pod uwagę. Bo trzeba wiedzieć, że znaczna część mediów, szczególnie drukowanych, należy do sfery zupełnego ubóstwa. To kwestia niedoinwestowania i braku umiejętności zarządzania gazetami.

Znam takie gazety, które płacą za stronę reportażu ze zdjęciami 30 złotych. Znam gazety, które płacą od czasu do czasu albo w ogóle nie płacą. Należy wiedzieć, że 80 procent dochodów gazety pochodzi z reklam. Znam też takie gazety, w których pisze się za darmo. Wydawane jest nawet pismo „Bezwierszówki”. Piszą w nim znakomici dziennikarze.

Rynek mediów w Polsce jest zaniedbany jak nieplewiony ogród, w którym panoszą się silne chwasty, zagłuszające szlachetne roślinki. Do zachwaszczenia rynku dopuściła KRRiT, zbędni ludzie okupujący zbędną instytucję.

Dzisiaj uporządkowanie medialnego ogrodu wymaga nie lada zabiegów. Reformatorzy rynku prasowego mogliby zastosować w Polsce model regulowanej gospodarki rynkowej, reprezentowany przez system prasowy w Szwecji. Polega on na obniżeniu barier wejścia na rynek i na subsydiach dla małych wydawnictw prasowych.

Press Subsides Board (Rada Subsydiowania Prasy) zapewnia tanie pożyczki grupom, które nie mają finansów na wprowadzenie swojej gazety na rynek. Na początek wystarczy przedłożenie sensownego projektu. Rada była już akuszerem wielu gazet, z których większość przetrwała i ma się dobrze.

Ważną cechą szwedzkiego systemu jest tworzenie rynku, na którym wszyscy uczestnicy mają równe szanse. Niskonakładowe gazety otrzymują rekompensatę w postaci selektywnej pomocy, ponieważ wielkie gazety, leaderzy rynku, korzystają już z efektu skali, mają wielu reklamodawców.

Rynek jest tak skonstruowany, że przeciwdziała politycznemu faworyzowaniu grup poprzez przydziały grantów. Rada Subsydiowania składa się z przedstawicieli wszystkich partii politycznych. Z systemu grantów korzystali zarówno skrajni lewicowcy jak i skrajni prawicowcy.

System, na którym oparty jest rynek prasowy w Szwecji, da się zastosować do rynku przekazu telewizyjnego i radiowego. Podobna do szwedzkiej Rada Subsydiowania może wspierać niedoinwestowane grupy, których istnienie i głos w sprawach publicznych leży w interesie społeczeństwa, a ich działalność jest niezbędna dla zdrowej konkurencji medialnego rynku i właściwej reprezentacji najważniejszych interesów danego kraju.

Kontrolują czy nie wypełniają swych zadań

Czy reformatorzy zespołu wiceministra Lewandowskiego odwiedzili Europę, żeby na miejscu poznać zróżnicowane rynki mediów? Kilkakrotnie odwiedzałem europejskie rynki mediów i nie wyobrażam sobie polskiej reformy, bez zapoznania się z rynkami mediów w Niemczech, Wielkiej Brytanii, Szwecji, Norwegii i Francji, Holandii.

Minister kultury i dziedzictwa narodowego, równocześnie wicepremier rządu, Piotr Gliński, mówi ogólnie o regulacji rynku mediów, nie powołując się na rozwiązania w krajach Europy czy Kanady, Australii i Japonii: „Nie spodziewam się, że będzie to regulacja radykalna, ale musimy ucywilizować rynek, na którym organy kontrolują zbyt wielkie obszary rynku”.

Czym jest „regulacja radykalna”, co znaczy „ucywilizować rynek”, jak należy rozumieć stwierdzenie, że „organy kontrolują zbyt wielkie obszary rynku” – tego wicepremier nie wyjaśnia. Spróbujmy więc rozwikłać zagadkę organów. Konstytucja z 1997 roku wymienia „organy władzy państwowej”.

W przypadku mediów, organem władzy konstytucyjnej w Polsce jest Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Nadto są dwa organy zwykłe: Rada Mediów Narodowych oraz Urząd Kontroli Elektronicznej.

Można spytać, czy te organy „kontrolują zbyt wielkie obszary rynku”, czy może najzwyczajniej nie wypełniają swych zadań? Odpowiedz jest prosta. Organy mediów w Polsce nie kontrolują rynku mediów, a zatem nie wypełniają swych zadań. Gdyby, przykładowo, KRRiT sprawowała kontrolę, rynek mediów nie byłby ogrodem nieplewionym, nadto pełnym nornic i kretów.

Prasowe oligopole

Przypadłością reformatorów jest to, że nie dostrzegają oni tego, co jest, ale dostrzegają to, czego nie ma. Przykładowo, Jarosław Selin, wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego, dawniej lektor telewizyjny, dostrzega na rynku mediów monopole.

„W kapitalizmie zasada walki z monopolem jest zupełnie naturalna, są specjalne urzędy, które temu służą, żeby takie monopole rozbijać i żeby była większa konkurencja – to też dotyczy mediów, zwłaszcza mediów prasowych”.

Monopole medialne w Polsce? A to ciekawe! Bo w Polsce rynek mediów nie jest zmonopolizowany. Raczej mamy tu do czynienia z oligopolem, czyli rynkiem 3-5 dużych graczy dominujących branżę. I, jak to bywa w oligopolu, decydujących o podaży. To, co może złego dziać się w oligopolu, to wszelkiego rodzaju zmowy, nie tylko cenowe, ale i polityczne.

Posłanka Barbara Bubula, dawniej w PC, dziś w PiS, z zawodu nauczycielka, samorządowiec, widzi na polskim rynku monopole zagraniczne i chce odebrać im gazety: „Znajdzie się sposób na rozbijanie monopolu zagranicznych grup medialnych, na przykład, na odbieranie im gazet”.

Rynek mediów w Polsce, w zależności od tego, jak zostanie skategoryzowany (wąsko bądź szeroko), może być rynkiem oligopolu, może też być rynkiem konkurencji monopolistycznej, gdzie jest wielu oferujących zróżnicowaną usługę lub produkt, gdzie jest duża łatwość wejścia i wyjścia z rynku, a konkurencja ma charakter niecenowy.

Reformatorzy rynku mediów, jak się zdaje nie wiedzą, z jakim rynkiem mają do czynienia. Nie wiedzą, co właściwie mają reformować. Zdaje się czasami, że reformatorzy mylą zasady rynku serów dojrzewających i rynku oleju opałowego z zasadami rynku mediów. Nie są też w stanie określić, co jest przedmiotem wymiany na rynku?

W gospodarce rynkowej i w ustrojach demokratycznych najistotniejszym kryterium jest konkurencyjność. Na rynku oleju i smaru konkurencja jest zbawienna dla klienta, bo skutkuje lepszą jakością i niższą ceną. Ale rynek mediów jest zupełnie czymś innym niż rynek oleju i smaru.

Koncentracja i konkurencyjność

Nie należy też mylić dwu pojęć: koncentracji i konkurencyjności. Koncentracja to skupienie w jednych rękach różnych i licznych mediów: prasy, stacji radiowych i telewizyjnych, portali internetowych, wydawnictw, agencji reklamowych, sieci kablowych, nawet telefonii komórkowej. Natomiast konkurencja to brak monopolu, to wybór spośród wielu świadczących podobną usługę.

Z wielu modeli dekoncentracji wybrany zostanie najpewniej model francuski, bo właśnie na ten model zwrócił uwagę prezes PiS, Jarosław Kaczyński. O francuskiej dekoncentracji mediów pisałem już dziewiętnaście lat temu ekspertyzę dla Sejmu. Drukowałem też na ten temat dużą rozprawę w miesięczniku „Odra”, gdy pismo to dopuszczało jeszcze do druku także opinie odmienne od głoszonych w „Gazecie Wyborczej”.

Francja, podobnie jak Holandia, Norwegia, Szwecja i Niemcy, należy do krajów, w których modele dekoncentracji uwarunkowane są ściśle historią. Dekoncentracja w Niemczech odbyła się po wojnie raz a dobrze w ramach rozliczania się z nazistowskimi mediami. Dekoncentrację mediów w Norwegii reguluje Media Ownership Act (1997). Gdy idzie o prasę, wzorem mogą być rozwiązania holenderskie i szwedzkie.

Francja do roku 1982 miała media elektroniczne państwowe, a nie publiczne, co było powojenną reakcją rządu na wojenną kolaborację francuskich stacji radiowych i paryskiej telewizji. Łączenie własności różnego typu mediów (tzw. cross media ownership) reguluje we Francji zasada „dwa z czterech”: prasa – telewizja naziemna – telewizja kablowa – radio. Znam szczegóły, ale nie ma tu na nie miejsca.

Francuskie rozwiązania nie są modelem do realizacji w Polsce ze względu na to, że model ten jest uszyty na miarę Francji, a nie Polski. Pewne elementy rozwiązań na rynku nadawców można wziąć z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Norwegii. A gdybym miał polecać rozwiązania na rynku prasy, to bym polecał rozwiązania szwedzkie i holenderskie.

Rynek mediów jest rynkiem szczególnym, a to dlatego, że oferowany na nim produkt modeluje umysły i może być wykorzystywany dla realizacji dobra publicznego albo dla dobra „grupy trzymającej władzę”. Zysk na rynku mediów ma tu też wymiar niefinansowy. To władza. Dlatego ważna jest mądra kontrola nad tym rynkiem. Kontrola ta nigdy dotąd nie była sprawowane i nie jest sprawowana przez ministrów KRRiT.

 

Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że niezbędnym wymogiem demokratycznego systemu mediów jest to, by odzwierciedlał on interesy wszystkich ważnych sił społecznych, a nie jednej gazety albo jednej stacji telewizyjnej.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej