Rosyjskie kłamstwo w ofensywie- Wlademar Maszenda

Kariera Aleksandra Litwinienki, oficera KGB (później FSB) załamała się, kiedy odmówił wzięcia udziału w likwidacji Borysa Bieriezowskiego, oligarchy skonfliktowanego z Kremlem.

 

Kariera Aleksandra Litwinienki, oficera KGB (później FSB) załamała się, kiedy odmówił wzięcia udziału w likwidacji Borysa Bieriezowskiego, oligarchy skonfliktowanego z Kremlem.

Bieriezowski uciekł z Rosji
w 2001 roku, 12 lat później zmarł w Ascot (Wielka Brytania) w niewyjaśnionych okolicznościach, rzekomo popełnił samobójstwo. Litwinienko również uciekł z Rosji, także do Wielkiej Brytanii i wraz z przebywającym na emigracji w USA historykiem Jurijem Felsztyńskim, napisał książkę pod tytułem „Wysadzić Rosję”. Oskarżył w niej FSB o prowokacje mające uzasadnić rozpoczęcie drugiej wojny czeczeńskiej, która wybuchła w 1999 roku, po dojściu Putina do władzy.

Prowokacje FSB miały polegać na wysadzeniu budynków mieszkalnych w Moskwie, Dagestanie oraz na południu Rosji (zginęło łącznie kilkaset osób) jakoby przez separatystów czeczeńskich. Niezależnie od tego, czy była to zaplanowana prowokacja, czy też agenci nieudolnie prowadzeni przez FSB wymknęli się spod kontroli (lub obie te rzeczy naraz) Litwinienko, ujawniając szczegóły działania FSB, stał się wrogiem kremlowskiej ekipy, złożonej z dawnych oficerów KGB, łącznie z samym Putinem.

Litwinienko zapłacił za to życiem

Najpewniej również dlatego, by dyscyplinować personel FSB. W listopadzie 2006 roku, możliwe, że z polecenia brytyjskich służb specjalnych, a z pewnością za ich wiedzą, Litwinienko spotkał się w londyńskiej restauracji z dawnym znajomym, Andriejem Ługowojem, byłym pracownikiem KGB, później FSO ― Federalnej Służby Ochrony (odpowiednik polskiego BOR) oraz nieznanym mu wcześniej Dmitrijem Kowtunem, byłym funkcjonariuszem KGB, później biznesmenem. Po trzech tygodniach od spotkania Litwinienko zmarł w szpitalu i jest raczej pewne, że to właśnie Kowtun dosypał Litwinience do zielonej herbaty radioaktywnego polonu-210. Ślady tego rzadkiego pierwiastka znaleziono później w kilkudziesięciu miejscach w Londynie, wszędzie tam, gdzie obaj Rosjanie przebywali, a także w hamburskim mieszkaniu byłej żony Kowtuna.

Spożycie radioaktywnej substancji przez człowieka powoduje śmierć, a jej przewóz nastręcza trudności, zostawia ślady. Radioaktywne ślady po partacku rozsiewane przez Rosjan w Londynie i Hamburgu były groźne nawet dla postronnych mieszkańców.

Początkowo sądzono, że Litwinienko padł ofiarą klasycznej trucizny. Na ślad otrucia radioaktywnym polonem-210 wpadł Matthew Puncher, ekspert w dziedzinie dozymetrii i ochrony przed promieniowaniem w brytyjskim Instytucie Badań Energii Atomowej. W 2016 roku Puncher po powrocie z Moskwy (gdzie jako ekspert przebywał zawodowo, ale bez związku ze sprawą zabójstwa Litwinienki) popadł w depresję i popełnił dziwne samobójstwo, zadając sobie wiele ran dwoma nożami kuchennymi.

Moskwa oburza się rytualnie

A jesienią 2006 zaprzecza oskarżeniom o otrucie Litwinienki, choć fakty są nieubłagane. Scotland Yard w ramach śledztwa dotyczącego zamordowania Litwinienki chciał, co oczywiste, przesłuchać Ługowoja i Kowtuna. W grudniu 2006 roku władze na Kremlu niespodziewanie zgodziły się na wizytę 9-osobowego zespołu śledczego Scotland Yardu w Moskwie oraz na przesłuchanie Kowtuna i Ługowoja. W zasadzie nie musiały tego robić, przecież Kreml i tak zdecydował się iść w zaparte.

Zanim opiszemy, co zdarzyło się w Moskwie w grudniu 2006, przenieśmy się na chwilę do roku 2012. Rosja zupełnie niespodziewanie zgodziła się wpuścić na teren katastrofy smoleńskiej polskich ekspertów policyjnych z detektorami do wykrywania materiałów wybuchowych. W zasadzie Moskwa nie musiała tego robić, raczej chciała. Raporty techniczne MAK i KBWL LP (tzw. komisja Laska i Millera) już wcześniej zostały opublikowane, a jak dziś wiemy, także z sobą „zharmonizowane”. W ich świetle katastrofa miała być zwykłym wypadkiem lotniczym z winy załogi.

Jak się okazało w 2012 roku, policyjne detektory wykryły na wraku rządowego samolotu wiele wyraźnych śladów trotylu i nieco słabsze nitrogliceryny. Informację o tym opublikowała w październiku 2012 „Rzeczpospolita”, co stało się polityczną sensacją i skandalem zarazem, bo kierownictwo dziennika, które dopuściło do publikacji zostało natychmiast usunięte przez powiązanego z ówczesnym rządem właściciela pisma Grzegorza Hajdarowicza. Niemniej jednak informacje o wykryciu trotylu wzmocniły już wcześniej pojawiające się poważne opinie i hipotezy, że katastrofa pod Smoleńskiem nastąpiła w wyniku zamachu na rządowy samolot. Wróćmy teraz do wizyty śledczych Scotland Yardu w Moskwie w grudniu 2006 roku.

Zdumienie brytyjskich śledczych było gigantyczne

kiedy dowiedzieli się, że podejrzewany o trucicielstwo substancją radioaktywną Dmitrij Kowtun będzie przesłuchiwany w szpitalu wyspecjalizowanym w... leczeniu schorzeń popromiennych. W tym samym szpitalu 20 lat wcześniej leczono rannych po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Kowtun wystąpił przed angielskimi śledczymi z przesłoniętą twarzą i stroju ochronnym, zwykle używanym podczas prac przy reaktorach jądrowych, mówił niewyraźnie i w zasadzie nie jest pewne, czy to w ogóle był Kowtun. Przesłuchanie jego oraz Ługowoja, który sobie nawet pozwalał na żarty, niewiele wniosło, obaj podejrzani utrzymywali, że są niewinni. Po kilku latach londyński sąd zaocznie wydał w tej sprawie wyrok, uznając winę obu Rosjan. Gdyby pojawili się na terytorium brytyjskim, zostaliby pociągnięci do odpowiedzialności, obaj poszukiwani są międzynarodowymi listami gończymi. I tylko tyle sąd mógł zrobić.

Z różnych powodów, także historycznych, Rosjanie notorycznie kłamią w życiu codziennym, nawet jeśli nie muszą, a kiedy ― jak sądzą ― są do tego zmuszeni, wznoszą się na wyżyny kłamstwa i to skrajnie ofensywnego. W tym przypadku kłamią, że to Litwinienko chcąc otruć Ługowoja i Kowtuna sam padł tego ofiarą. Nie mogą jednak wyjaśnić, dlaczego w londyńskim hotelu, w którym nocowali, w samolocie z Rosji i w hamburskim mieszkaniu byłej żony Kowtuna znaleziono wiele śladów radioaktywnego polonu. I skąd Litwinienko miał wiedzieć, że Ługowoj i Kowtun przyjadą do Londynu i poproszą go o spotkanie?

W „Zbrodni i karze” Dostojewski pisze, że Rodion Raskolnikow, sprawca brutalnego zabójstwa lichwiarki, wiedząc, że jest podejrzewany o tę zbrodnię przez śledczego Porfirego Pietrowicza, sam się do niego zgłosił. Na spotkaniu uśmiechał się i żartował. Grając ze śledczym wznosił się na wyżyny kłamstwa i prób manipulacji, bynajmniej nie unikał tematu zabójstwa lichwiarki, przeciwnie, sam do niego nawiązywał.

Mylny trop

Analogia wizyty brytyjskich śledczych w Moskwie ze zgodą na wizytę polskich śledczych pod Smoleńskiem wydaje się oczywista. Ustalenia Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego MON (PPZWL MON) z wiosny 2017 roku wskazują, że niemal kompletna defragmentacja kadłuba rządowego tupolewa mogła być spowodowana jedynie ładunkiem termobarycznym. Takie ładunki, używane np. do niszczenia bunkrów, mają różną moc, od granatów do gigantycznych bomb lotniczych, a wszystkie tym się charakteryzują, że do zainicjowania eksplozji termobarycznej potrzeba niewielkiej ilości konwencjonalnego materiału wybuchowego. Może to być (choć nie musi), trotyl lub inny materiał wysokoenergetyczny.

W przeprowadzonym w 2017 roku przez PPZWL MON na wojskowym poligonie eksperymencie wysadzenia za pomocą eksplozji termobarycznej konstrukcji przypominającej budową kadłub samolotu rządowego (w pomniejszonej w skali) uzyskano defragmentację podobną do tej w Smoleńsku. Jednak spośród dwudziestu przebadanych po eksplozji próbek ślady konwencjonalnego ładunku znaleziono jedynie na jednej, a śladów osmaleń w zasadzie nie było. I to wyjaśnia mylny trop, jakim była zgoda Moskwy na wizytę polskich specjalistów policyjnych w 2012 na wrakowisku pod Smoleńskiem, no i te szalejące policyjne detektory, które wykrywały trotyl (najwyraźniej celowo naniesiony) niemal wszędzie. Prawdopodobnie trotyl został naniesiony na wrak podczas sławetnego „umycia” tego, co z niego zostało; trotyl bowiem dobrze rozpuszcza się w wodzie.

Oddajmy na koniec głos bohaterowi Dostojewskiego: „Po cóż świadczyć przeciw sobie”? ― pyta w myślach Raskolnikow. „Jedynie ciemni chłopi albo niedoświadczeni nowicjusze podczas przesłuchania zaprzeczają z miejsca wszystkiemu! Człowiek mądry i doświadczony potwierdza wszystkie zewnętrzne i niezaprzeczalne fakty, ale tłumaczy je innymi przyczynami, znajdzie zawsze coś, co przedstawi te fakty w zupełnie innym świetle”. 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej