Okupacja medialna- Jerzy Pawlas

Ponad jedna trzecia społeczeństwa nie chce niemieckich reparacji. Prawie trzy czwarte obywateli europejskich polskiego pochodzenia jest euroentuzjastami, mimo że UE staje się niemieckim imperium ekonomicznym. Taki stan świadomości społecznej jest trudny do wyobrażenia w innych państwach.

Ponad jedna trzecia społeczeństwa nie chce niemieckich reparacji. Prawie trzy czwarte obywateli europejskich polskiego pochodzenia jest euroentuzjastami, mimo że UE staje się niemieckim imperium ekonomicznym. Taki stan świadomości społecznej jest trudny do wyobrażenia w innych państwach.

Tylko media publiczne zdawkowo informowały o toczącym się w Warszawie Narodowym Kongresie Trzeźwości. Tymczasem problem alkoholizmu to tragedia społeczna o niespotykanej skali – 1 mln uzależnionych, a 4-5 mln zagrożonych z powodu choroby alkoholowej członka rodziny. Wypadałoby ją dostrzec, nie tylko ze względu na wymogi koncesji (rzetelna informacja), ale także z przyczyn komercyjnych (oglądalność), bo przecież dotyczy powszechnego zjawiska.

Omnipotencję i dyktat mediów widać na przykładzie ahistorycznego sformułowania „polskie obozy śmierci”, którym uległ nawet amerykański prezydent. Walka z tym kłamliwym określeniem wydawała się beznadziejna, dopóki Karol Tendera, więzień Auschwitz, nie pozwał niemieckiej stacji ZDF (która i tak nie realizuje wyroku, skazującego ją na przeprosiny), dopóki nie powstała Reduta Dobrego Imienia i Polska Fundacja Narodowa.

Niemieckie koncerny medialne (nie mówiąc o handlu, przemyśle czy bankach) przejęły znaczną część polskiego rynku. Właśnie na Ziemiach Odzyskanych elektorat głosuje zgodnie z niemieckimi sugestiami polskojęzycznych mediów.

UOKiK obawia się, że nabycie przez Polską Grupę Energetyczną elektrowni i elektrociepłowni od francuskiej EdF może mieć wpływ na konkurencyjność rynku. W 2013 roku UOKiK nie miał żadnych obaw, zezwalając na przejęcie przez Polska Press od brytyjskiej Mecon Group gazet regionalnych i portali (50 proc. rynku). W rezultacie w niemieckich rękach znajduje się 90 proc. z nich.

Jakoś w zapale złodziejskiej transformacji nikt nie zauważył, że 80 proc. polskiego rynku prasy (w tym 90 proc. regionalnej) znalazło się w zagranicznych rękach, nie mówiąc o mediach elektronicznych (choćby RMF, ZET, TVN). I u nikogo też nie wywołał refleksji fakt, że gdy w 2005 roku brytyjski Mecom przejął część udziałów Berliner Verlag (wydawca „Berliner Zeitung”) spowodowało to takie oburzenie, że inwestor musiał się wycofać. Niemcy chcą mieć w mediach rodzimy kapitał, co nie przeszkadza niemieckim mediom polskojęzycznym wmawiać polskim odbiorcom, że kapitał nie ma narodowości.

Preferencje i niedorozwój

Tak jak powstały w stanie wojennym Trybunał Konstytucyjny bronił postkomunistycznego układu okrągłostołowego (m.in. relatywizacja lustracji, sprzeciw wobec powołania śledczej komisji bankowej za premierostwa Leszka Balcerowicza), tak wpisana do konstytucji (autorstwa SLD-UW-PSL-UP) Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zapewnia dominację w mediach opcji lewicowo-liberalnej. Tymczasem miała stać na straży wolności słowa, prawa do informacji oraz interesu publicznego.

Ten ostatni KRRiTV zrealizowała z nawiązką w 2016 roku, przyznając – przed terminem – koncesję na dalsze 10 lat rozgłośniom RMF i ZET. Warto tutaj wspomnieć perypetie Radia Maryja. Gdy w końcu otrzymało koncesję, to uciążliwą i kosztowną w eksploatacji (ponad 120 nadajników małej mocy, podczas gdy FMF i ZET mają po ok. 50 nadajników dużej mocy). Za przyznaniem miejsca na multipleksie cyfrowym dla TV Trwam manifestowano w 250 miastach, zebrano ok. 3 mln podpisów. W ten sposób KRRiTV pojmowała swe konstytucyjne obowiązki, betonując lewicowo-liberalny ład medialny.

Jeszcze na początku 2016 roku – niejako z rozpędu – rządowe reklamy zasilały prasę („Gazeta Wyborcza” – 2 mln zł, „Dziennik Gazeta Prawna” – 1,2 mln zł). Dostało się też tygodnikowi „Wprost” (ok. 600 tys. zł z resortów, ok. 900 tys. zł ze spółek skarbu państwa). Ze sponsoringu tych spółek skorzystał obficie „Fakt” (1,7 mln zł), „Gazeta Wyborcza”(1,2 mln zł), „Dziennik Gazeta Prawna (0,5 mln zł). Także Polsat (ok. 10 mln zł), TVN (1,2 mln zł). Ta nadzwyczajna hojność zadziwia tym bardziej, że rządowe, spółkowe i samorządowe pieniądze były przyjmowane głównie przez zagraniczne koncerny.

Kiedyś niemieccy zaborcy zabraniali polskim dzieciom używania ojczystego języka, chociaż nie mogli im zakazać myśleć po polsku. Teraz polscy czytelnicy czytają niemieckie gazety w swoim ojczystym języku i wielu z nich myśli po niemiecku. Kiedyś mówiło się, że prawda musi służyć człowiekowi. Teraz post-prawdę kolportuje się do post-narodu.

Trzeba mieszać prawdę z kłamstwem i plotką, informację z komentarzem i faktami medialnymi, by łatwiej manipulować odbiorcą. W konsekwencji wszystkie oligopolizujące na naszym rynku medialnym koncerny zagraniczne propagują podobne treści. Nawet TVP odmawia emisji spotu, informującego rodziców o szkodliwości genderyzacji szkolnictwa. Uczyniła to wbrew konstytucyjnym zapisom o ochronie dziecka przed demoralizacją.

Biznes i indoktrynacja

Charakterystyczne, że ponad 75 proc. naszego rynku prasy opanowali niemieccy wydawcy (Bauer, Ringier Axel Springer, Verlagsgruppe Passau) i ta monopolizacja – jako żywo – przypomina czasy peerelowskie z tą różnicą, że mamy do czynienia z obcym kapitałem. Ciekawe, że tzw. obrońcy demokracji (też sponsorowani z zagranicy) nie protestują, choć bez wątpienia monopol medialny ogranicza wolność słowa i pluralizm, utrudnia szeroką debatę publiczną. Totalna opozycja się nie oburza, że to zamach na media, na prawa i wolności obywatelskie. I zarówno jednym jak i drugim nie przeszkadza zarabianie na indoktrynacji rodaków. Na nic też ostrzeżenie Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Monopolizacja rynku medialnego „to wielkie zagrożenie dla niezależnych dziennikarzy i wolności myśli”. W końcu uliczni bojownicy o wolność i demokrację nawet nie zauważyli, że w krajach posowieckich monopol zagranicznych koncernów medialnych zastąpił medialne totalniactwo.

Poszukujące sensacji (i żyjące z niej) tabloidy w naszym kraju przejawiają nietypowe zaangażowanie polityczne. „Fakt” wypisuje paszkwile na rządzącą partię (seriale tekstów przeciwko Antoniemu Macierewiczowi czy Jackowi Kurskiemu). Czytelnicy mają odnieść wrażenie, że elektorat dokonał tragicznej pomyłki, wybierając PiS. Tymczasem sensacja – biznes ustępuje miejsca polityce. Wydawca portalu Onet.pl (RAS Polska) zrezygnował z emisji spotów „Sprawiedliwe sądy”, zaś już uzyskane pieniądze przeznaczył na obronę wolności słowa w naszym kraju.

Odbiorca bez właściwości

Nadawcy zapewne nie znają (a przed wszystkim nie szanują) odbiorców, skoro serwują im dowolne kłamstwa, kolportują obce wzorce kulturowe, deprawują i trywializują, sprowadzając rzeczywistość do komiksów czy tabloidów, a w dodatku dekonstruując ich tożsamość cywilizacyjną i narodową. Z braku pomysłu – zapełniają czas antenowy serialami realizowanymi w warunkach peerelowskiej cenzury. Markują pluralizm, gdy w studiach gadające głowy zakrzykują przedstawicieli rządzącej partii, jakby była mniejszością. A gdy trzeba zdyscyplinować odbiorców, sprawdzone są – pedagogika wstydu i terror politycznej poprawności.

Z drugiej strony, nie można zapomnieć o Marshallu McLuhanie, proroku epoki mediów elektronicznych, gdy mówił, że telewizja umożliwia znalezienie się odbiorcy w rzeczywistości, ale niestety urabia w nim postawę konformistyczną. Gdy odbiorca nie płaci abonamentu, to nie wiadomo, czy dlatego, że media publiczne nie spełniają jego oczekiwań, czy idzie za wskazaniem Donalda Tuska, który obiecywał zlikwidować ten „haracz”. W każdym razie na pewno nie jest w jego interesie, by media przeznaczały 2,5 tys. godzin czasu antenowego na reklamę alkoholu (zarabiając 550 mln zł).

Tak więc, media po staremu „robią oglądalność” (i pieniądze) nie znając swych odbiorców. Ci zaś się nie ujawniają. Próbę ich upodmiotowienia podjął senator Jan Szafraniec, organizując w 1993 roku Stowarzyszenie Ochrony Radiosłuchacza i Telewidza. Bez powodzenia. Tymczasem w innych krajach odbiorcy zrzeszają się, działając jak stowarzyszenia konsumenckie (np. bojkotując programy nie spełniające warunków misji).

Dekoncentracja czyli udomowienie

Biznes medialny nie jest bezinteresowny – kształtuje pożądaną świadomość, określone postawy obywatelskie. Ludzie, którzy nie rozumieją rzeczywistości, w jakiej żyją (bo taką przekazują media), nie będą się interesowali losem swego kraju. To już dawno zrozumiano w innych państwach. Nie bez przyczyny mówi się – obok patriotyzmu gospodarczego – o patriotyzmie medialnym. Stąd ograniczenia kapitału zagranicznego w rynku medialnym (np. w Portugalii 10 proc. , we Francji 20 proc. , w Rosji 20 proc. ). Nawet UE rozumie specyfikę rynku medialnego, wskazując państwom członkowskim interes publiczny w dywersyfikacji właścicielskiej mediów, sugerując przepisy antymonopolowe.

Rodzimym reformatorom nie pozostaje więc nic innego, jak ucywilizować wreszcie nasz rynek medialny. Ustawa dekoncentracyjna rodzi się jednak w bólach, bo choć pomysłów jest wiele, to brakuje radykalizmu. W końcu nasz kraj nie może być neokolonią medialną, nie może być terenem ekspansji niemieckiego imperializmu medialnego.

Ludzie mają w bankach 700 mld zł oszczędności, przedsiębiorcy – 200-300 mld zł. Jest kapitał, więc nie ma się co martwić, kto kupi gazety czy rozgłośnie. Skoro na mediach dorabiają się zagraniczne firmy, to mogą także krajowe.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej