Warcholstwo w III RP- Andrzej Gelberg

Słowo „warcholstwo” trąci dzisiaj trochę naftaliną i jest praktycznie nieobecne w obiegowej polszczyźnie. Ostatni raz użyli go w kampanii medialnej komunistyczni propagandyści w roku 1976, nazywając „warchołami” protestujących robotników Radomia i Ursusa.

W słowniku wyrażeń bliskoznacznych wspomnianemu terminowi towarzyszą: „awanturnictwo”, „sianie zamętu”, „sobiepaństwo”. Trzeba w tym miejscu zauważyć, że samo warcholstwo – rozumiane jako lekceważący stosunek do ustanowionego w Rzeczpospolitej Obojga Narodów prawa – najbardziej rozpleniło się po całym kraju od czasów pierwszych elekcji.

Szlachta, która w imię wolności niezmiennie domagała się rozszerzania dla siebie przywilejów zagwarantowanych przez prawo, otrzymywała je, co tylko zwiększało jej apetyty. Doprowadziło to w konsekwencji do takiego osłabienia państwa, że nawet sanacyjna praca Sejmu Czteroletniego i uchwalona rzutem na taśmę Konstytucja 3 Maja, nie były w stanie uratować Polski przed rozbiorami. Warto jednak podkreślić, że dezynwoltura wobec świeżo ustanowionego prawa, łączyła się najczęściej z obroną prawa wcześniejszego i Targowica może tu być wręcz podręcznikowym przykładem. Targowiczanie występujący przeciwko Konstytucji 3 Maja i zwracający się o protektorat do carycy Katarzyny II, byli rzecz jasna warchołami, ale aplikacja w tej sprawie „awansowała” ich do pocztu zdrajców polskich.

Gdy utraciliśmy na ponad sto lat niepodległość, trudno było oczekiwać od wcześniejszych obywateli Rzeczypospolitej, że będą ze szczególnym szacunkiem i estymą odnosić się do prawa narzuconego przez zaborców. Postawa patriotyczna uzewnętrzniała się nie tylko w organizowaniu powstań (zabór rosyjski), ale także w omijaniu i bojkotowaniu narzuconych nakazów i zakazów. Podobną postawę przyjęli Polacy pod okupacją niemiecką i sowiecką w czasie II wojny światowej, a także – częściowo i w ograniczonym zakresie – w PRL.

W wolnej Polsce

Z takim bagażem z przeszłości – dezynwoltury, anarchii i warcholstwa wobec prawa – przyszło nam się zmierzyć po roku 1989 w odrodzonej i niepodległej Rzeczypospolitej. Wiadomo było, że nie będzie łatwo, ale na samym początku, u zarania III RP, nie sądziliśmy że największym hamulcowym stanie się aparat sprawiedliwości, a w szczególności sądy(karne, cywilne, rodzinne, gospodarcze). I że dopiero po ponad ćwierć wieku będziemy próbowali dokonać sanacji aparatu sprawiedliwości, napotykając zresztą na potężny opór.

Zostawmy jednak sądy, które w minionym ćwierćwieczu zaliczyły niejedno prawne warcholstwo i przyjrzyjmy się trzem przypadkom dotyczącym przedstawicieli najwyższych elit III RP. Wszyscy troje bezspornie i z premedytacją złamali prawo. Do dzisiaj bez żadnych konsekwencji.

Pierwszy to Lech Wałęsa, w latach 1990-95 prezydent Rzeczpospolitej. W czasie swojej prezydentury zażądał od ówczesnego ministra spaw wewnętrznych Andrzeja Milczanowskiego teczki tajnego współpracownika o kryptonimie „Bolek” – i teczkę tę otrzymał mimo braku przepisów o możliwości jej wypożyczenia komukolwiek. Po jakimś czasie teczka ta została zwrócona, jednak kilkanaście kartek zostało z niej wyrwanych. Było to oczywiste przestępstwo, które powinno było być ścigane z urzędu. Nic takiego się nie stało i dzisiaj przestępstwo to uległo przedawnieniu, a wysiłek zatarcia przeszłości na nic się zdał, wobec ujawnienia archiwum Kiszczaka.

Drugi przypadek wydaje się błahy i dotyczy Donalda Tuska z czasów, kiedy był premierem. Otóż zachęcał on wtedy obywateli RP do niepłacenia abonamentu radiowo-telewizyjnego, nazywając go „anachronicznym podatkiem”. Nazywając rzecz po imieniu – zachęcał do łamania obowiązującego zresztą do dzisiaj prawa i wielu do tego namówił. Media publiczne mają od tego czasu kłopoty z własnym budżetem, natomiast telewidzowie, których Tusk namówił do niepłacenia – z komornikiem. Czy apel Tuska powinien natychmiast obudzić aktywność prokuratury? Niekoniecznie. Ale w każdym kraju o utrwalonej demokracji apel premiera do łamania prawa kończyłby jego polityczną karierę.

I wreszcie trzeci przypadek: Hanna Gronkiewicz-Waltz, prezydent Warszawy. Wzywana w charakterze świadka przez nadzwyczajną komisję sejmową do spraw reprywatyzacji w Warszawie – manifestacyjnie odmawia stawienia się przed komisją w celu złożenia wyjaśnień. Komisja za każdą absenćję karze panią prezydent mandatem w wysokości 3 tys. złotych, ale to nie robi na niej specjalnego wrażenia.

Mamy w tym przypadku do czynienia ze szczególnie aroganckim warcholstwem prawnym, w dodatku w wykonaniu nauczyciela akademickiego z tytułem profesora nauk prawnych. Na początku pani prezydent wyjaśniała swoją absencję tym, że kwestionuje prawomocność powołania przez sejm komisji i wyboru jej członków. Ponieważ jej argumentacja była mało przekonująca, skierowała zapytanie do NSA, czy powołanie przez sejm komisji do spraw reprywatyzacji w Warszawie nie tworzy konfliktu kompetencyjnego z jej zakresem obowiązków? Gdy NSA stwierdził, że nie ma takiego konfliktu, pani profesor wykonała kazuistyczną ekwilibrystykę, stwierdzając, że orzeczenie NSA utwierdziło ją w przekonaniu, iż to ona ma rację i dlatego nie planuje pojawienia się przed komisją. Oczywiście i w tym przypadku prokurator nie ma nic do roboty, bo uporczywa absencja pani prezydent jest zaledwie wykroczeniem. Ale może się zakończyć, gdy wysoka komisja straci stoicki spokój i odporność na ostentacyjne lekceważenie i zaordynuje (a ma takie prawo) doprowadzenie Hanny Gronkiewicz-Waltz przed swoje oblicze.

 

Bo przeciąganie struny nigdy się nie opłaca, o czym przkonał się Samuel Zborowski (przedstawiciel wpływowej rodziny magnackiej), który za panowania Stefana Batorego zlekceważył, też ostentacyjnie, ciążący na nim wyrok banicji – i wrócił do kraju. A cena była wysoka.

 


 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej