SŁOWA WOJNY- Michał Mońko

Słowa zawsze pomagały obalać trony albo utrzymać tyranów u władzy. Pomagały wyartykułować nadzieję i marzenia ludzi albo pchały miliony w otchłań wojny. Niszczącą sztukę słowa opanowali wielcy demagogowie dwudziestego wieku: Lenin, Trocki, Hitler, Goebbels. Dar słowa czyni człowieka bardziej odpowiedzialnym za przelaną krew niewinnych niż armaty i broń.

Słowa zawsze pomagały obalać trony albo utrzymać tyranów u władzy. Pomagały wyartykułować nadzieję i marzenia ludzi albo pchały miliony w otchłań wojny. Niszczącą sztukę słowa opanowali wielcy demagogowie dwudziestego wieku: Lenin, Trocki, Hitler, Goebbels. Dar słowa czyni człowieka bardziej odpowiedzialnym za przelaną krew niewinnych niż armaty i broń.

W przemówieniu do narodu, napisanym przez Teda Sorensena w 1961 roku dla Johna F. Kennedy’ego, padły słowa o wojnie: „I oto znowu wzywa nas dźwięk trąbki. Ale nie po to, byśmy chwycili za broń, choć broń nam jest potrzebna. Nie do bitwy, choć jesteśmy do niej gotowi – wzywa nas, byśmy dźwigali ciężar długiej niejasnej, nieokreślonej walki, rok za rokiem”.

Słowa celniejsze niż rakiety

Czterdzieści lat później 20 września 2001 roku prezydent George Bush powiedział do Kongresu: „Nasza odpowiedź na zamach to coś więcej niż natychmiastowy odwet i pojedyncze uderzenia. Amerykanie niech nie oczekują jednej bitwy, ale długotrwałej kampanii – kampanii, niepodobnej do żadnej, którą kiedykolwiek widzieli. Nasza odpowiedź może zawierać dramatyczne uderzenia oglądane w telewizji i ukryte operacje, utajnione nawet wtedy, kiedy zakończą się sukcesem”.

Wojna po jedenastym września 2001 roku – to przede wszystkim wojna na słowa. Aby zmobilizować narody do dziwnej wojny, trzeba wymyślić słowa wojny, trzeba tak mówić o wojnie, by utrzymać ludzi w stałym napięciu, w ciągłym zaangażowaniu i nie pozwolić, by ich energia i gotowość do poświęceń i walki szybko się wyczerpały. Słowa, które są bronią celniejszą niż rakiety, mają podtrzymywać społeczeństwa w gotowości i mają wyzwalać ich stałe poparcie dla niekończącej się wojny.

Trąbka wzywa dziś Amerykanów nie na linię frontu, ale do nieokreślonej w czasie i w przestrzeni walki dzień za dniem, rok za rokiem. To nie jest starcie wojsk, to ma być raczej nawyk umysłu, pewien stan umysłu, stan wojenny świadomości.

„Przywódca państwa w stanie wojny ma dziś przed sobą trudne zadanie: „Musi on walczyć i jednocześnie przekonywująco definiować wojnę, która nie ma precedensu w amerykańskiej historii” – pisze Jon Ellis Meacham, redaktor naczelny i wiceprezes w Random House, redaktor Time Magazine, były redaktor naczelny „Newsweeka”, zdobywca nagrody Pulitzera za biografię Andrew Jacksona.

Retoryka wojny

Powodzenie operacji czasem bardziej zależy od retoryki, od użytych słów, aniżeli od działań operacyjno-taktycznych. Na użytek wojny tworzy się nowy słownik, a starym słowom nadaje się nowe znaczenia. Działania zbrojne są na nowo kategoryzowane. Przyjęcie takiej czy innej kategoryzacji wymaga podjęcia adekwatnych działań, które z kolei trzeba odpowiednio przedstawić społeczeństwu za pomocą słów i obrazów.

„Debata nad skutecznością wojny jest najczęściej sporem wokół tego, czyja kategoryzacja wieloznacznych wydarzeń jest słuszna – twierdzi Elliot Aronson, amerykański psycholog społeczny, autor książki „The Social Animal”. – Jeśli bowiem rozstrzygnie się, jak należy skategoryzować dane wydarzenie czy osobę, to staje się jasne, jakiego rodzaju działania powinno się podjąć”.

W wojnie naszych czasów najczęściej wrogiem nie jest państwo ani jakiś naród, choć wróg jest zawsze jasno zdefiniowany. Nie tylko przestrzeń działań wojennych, ale i czas nie są ograniczone. Wojna nie rozpoczyna się na wyraźny znak i nie mieści się w określonych ramach początku i końca. Czas wojny jest nieokreślony, niezdefiniowany. Działań zbrojnych nie poprzedza uroczyste, ceremonialne wypowiedzenie i nie kończy ich D-Day. Ot, nagle spadają bomby, rakiety.

Tradycyjne wojny były zmaganiami z kimś, a nie z czymś. Wojny z czymś różnią się od wojen przeciw komuś. Wojny z czymś nie rozgrywają się między państwami albo koalicjami krajów. Nie ma w nich starć na otwartym polu bitwy ani walczących armii, a przeciwnik często pozostaje w głębokim ukryciu. To wojny bez końca, otwarte, obliczone na wiele lat. W tych wojnach cele wojenne są bardziej nieuchwytne, bardziej iluzoryczne niż wojna aliantów z Niemcami czy z Japonią.

Dzięki wojnom z czymś, a nie przeciw komuś, słowo wojna stało się w odczuciu społecznym bardziej przyjazne, bliskie. Nabrało pozytywnego znaczenia, straciło też coś ze swej mocy, potęgi i magii. W tych wojnach nie ma wielkich pojedynczych bitew. Są długotrwałe kampanie. Są to wojny na słowa, zmagania wygrywane za pomocą języka wojny. Kłamstwo i podstęp zyskują rangę cnót. Zabić fotoreportera, który chce zniweczyć trud kłamcy – to chwalebny uczynek żołdaka. Wysadzić w powietrze polityka, który chce powiedzieć prawdę sędziom – to nakaz chwili, ocalenie.

Wojna bez reguł

Wojna wyrywa człowieka ze stagnacji czasów pokoju. Burzy życie nastawione na realizację bezpiecznego posiadania. Burzy ład codzienności. Nikt nie zostaje na uboczu w wojnie naszych czasów.

To wojna bez jakichkolwiek oznak rycerskości i bez reguł klasycznej walki, znanej z podręczników historii. Takie wojny nie kończą się wyraźną kapitulacją którejś ze stron i paradą w Dniu Zwycięstwa. Wojna nieokiełznana ludzkimi normami wynosi na piedestał czyny i postawy potępiane przez moralność i prawo życia pokojowego. Zabijanie, niszczenie, odpowiadanie ciosem na cios staje się jedyną regułą w tej wojnie bez reguł.

Odpowiednie skategoryzowanie wojny to zadanie przywódcy narodu, a w istocie zadanie specjalisty z zakresu performingu politycznego. Błędnie skategoryzowana wojna jest podobna do wadliwie zaprojektowanego gmachu, który grzebie pod swymi gruzami projektanta. Dobrze skategoryzowana wojna promuje polityka i maksymalizuje poparcie dla jego działań.

Gdy Franklin D. Roosevelt wzywał Amerykanów do wojny, mówił w Kongresie: „Demokratyczny sposób życia jest dziś bezpośrednio zagrożony w każdym zakątku świata. (…) Potrzeba chwili jest taka, by nasze działania i nasza polityka były nakierowane prawie wyłącznie na stawienie czoła temu złu, które nadchodzi. (…) W przyszłości, którą zamierzamy uczynić bezpieczną, chcemy świata opartego na fundamentach ludzkich wolności”.

Zaproponowane przez Franklina D. Roosevelta filary wolności już w końcu wojny nie wytrzymały ciśnienia imperialnej Rosji. Ameryka zdradziła kraje Europy Wschodniej na konferencjach w Teheranie i w Jałcie. Dzisiaj, nie inaczej niż wczoraj, wojna jest przedłużeniem polityki. Zmieniło się tylko to, że ludzie przywykli oglądać wojny w telewizji i nie potrafią przez dłuższy czas zmagać się z wojną na żywo.

„Wojna z terroryzmem podobna jest do wojny z narkotykami w tym sensie, że w walce z narkotykami państwo wygrywa zaledwie kilka bitew, nigdy wojnę – pisze Martin Masse w piśmie »Le Quebecois Libre«. Wygranie wojny jest niemożliwe dopóty, dopóki istnieć będzie popyt na narkotyki. Dopóki istnieć będzie zapotrzebowanie na terror, istnieć będzie terroryzm”.

Walka z ukrytym wrogiem

Franklin Delano Roosevelt w swoim słynnym wystąpieniu w 1933 roku wydał wojnę strachowi: „Jedyną rzeczą, której musimy się bać, jest strach”. Eisenhower wymyślił wojnę z głodem. Lyndon Johnson wydał wojnę biedzie. JFK prowadził zimną wojnę z komunizmem. George W. Bush, kategoryzując wojnę jako walkę nie przeciw komuś, ale z czymś, nie odkrył prochu.

W chwili uniesienia Barack Obama stwierdził, że jego zwycięstwo w wyborach to ten moment, w którym „poziom oceanów zaczął podnosić się coraz wolniej i rozpoczął się proces leczenia naszej planety” – pisze Tim Montgomerie, brytyjski działacz polityczny, współzałożyciel Centre for Social Justice (Centrum Sprawiedliwości Społecznej).

W sobotę 23 września 2017 amerykańskie bombowce B-1B Lancer, eskortowane przez myśliwce, przeleciały w międzynarodowej przestrzeni powietrznej nad wodami na wschód od Korei Północnej. Pentagon poinformował, że była to nowa demonstracja opcji militarnych, dostępnych dla prezydenta Donalda Trumpa.

Wykorzystanie zasady redundancji i entropii w perswazji polega na tym, by to, co nowe przekazać w sposób pozornie konwencjonalny, przewidywalny, a nawet oczekiwany przez odbiorców. Amerykanie już zasiedli przed telewizorami i, obżerając się popcornem, czekają na ekscytującą relację z wojny na Dalekim Wschodzie. Tym razem chodzi o zniszczenie państwa, które terroryzuje świat bombą atomową.

Wojna z terroryzmem będzie – jak się zdaje – wojną permanentną, czymś, co będzie utrzymywać cały biurokratyczny i policyjny aparat wojny. Nie będzie tu szło o rozgromienie, zajęcie terytorium bez ponoszenia poważniejszych strat. Istotne będzie wmówienie opinii publicznej, że wojna trwa i potrzebuje wciąż społecznej i politycznej aktywności, potrzebuje materialnego i moralnego wysiłku, akceptacji.

Tymczasem zmagania z ukrytym wrogiem rozciągną się w czasie, może na przestrzeni życia całych pokoleń.

„I wcale nie dlatego, że tyle właśnie trzeba czasu, by całkowicie wyeliminować terroryzm, jak twierdzili niektórzy politycy i mędrcy, ale dlatego, że z każdym dniem wojna z terroryzmem traci impet – pisze Martin Masse. – Żeby nie była przegrana, musi być wciąż na nowo rozniecana. Na czoło wysunie się nie tylko przemysł wojenny, ale przede wszystkim przemysł perswazyjny, produkujący słowa wojny w imię szlachetnych celów.

Istnieje niebezpieczeństwo, że wojna stanie się pokojowym przyzwyczajeniem. Ludzie będą przekonani, że aby zwyczajnie, pokojowo żyć w wolności – muszą permanentnie prowadzić wojnę. 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej