Czesiek- Andrzej Gelberg

W czternastą rocznicę śmierci Czesława Niemena. W swoich szczenięcych latach, a była to pierwsza połowa lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie przepadałem za polskim big beatem. W gronie moich najlepszych kumpli namiętnie słuchaliśmy wtedy Radia Luxemburg, a naszymi faworytami byli: Brenda Lee, Neil Sedaka, Roy Orbison, Cliff Richard, Ray Charles, Bitlesi, Rolling Stones i oczywiście – Elvis Presley.

W czternastą rocznicę śmierci Czesława Niemena

W swoich szczenięcych latach, a była to pierwsza połowa lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, nie przepadałem za polskim big beatem. W gronie moich najlepszych kumpli namiętnie słuchaliśmy wtedy Radia Luxemburg, a naszymi faworytami byli: Brenda Lee, Neil Sedaka, Roy Orbison, Cliff Richard, Ray Charles, Bitlesi, Rolling Stones i oczywiście – Elvis Presley.

Z wymienionych powodów Czesław Niemen (wtedy jeszcze Wydrzycki) nie mógł się znaleźć na mojej top-liście. Potem, już po ukończeniu studiów, przestałem słuchać tzw. muzyki młodzieżowej, przenosząc swoje zainteresowania na jazz. Kiedyś w tamtym czasie zobaczyłem krótkometrażowy film dokumentalny Marka Piwowskiego „Sukces”. Pokazywał Niemena wraz z zespołem „Akwarele” w trakcie prób nagraniowych w studiu muzycznym. Niemen jest co pewien czas nagabywany przez ekipę filmową, jakoś tam odpowiada na zaczepki – w efekcie wychodzi z tego bełkot, a Czesław prezentuje się jak człowiek niespełna rozumu. Nie wiedziałem wtedy, o naiwny, jakie możliwości manipulacyjne ma twórca filmu przy stole montażowym. Reasumując, miałem do Niemena stosunek, oględnie mówiąc, ambiwalentny, i nie byłem zaskoczony, gdy tuż przed Wigilią roku 1981 zobaczyłem Niemena w telewizji w programie świątecznym. Środowisko artystyczne – w proteście przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego – ogłosiło bojkot telewizji, a Niemen jak gdyby nigdy nic, śpiewa kolędy.

Początek znajomości

Był chyba rok 1994, od kilku lat kierowałem „Tygodnikiem Solidarność”, gdy któregoś dnia sekretarka poinformowała mnie przez wewnętrzny telefon, że przyszedł pan Niemen. Już na pierwszy rzut oka wrażenie robił jego wystylizowany, ale jednak niecodzienny, kolorowy strój, z którego zapamiętałem białą wyhaftowaną koszulę, czarną kamizelkę i okrągłą, również wyhaftowaną czapeczkę. – Chciałem z panem porozmawiać – zaczął Niemen – bo całkiem niezasłużenie spotkała mnie przed laty ogromna przykrość. Mój program z kolędami nagrany w październiku 1981, puszczono dwa miesiące później, tuż przed Wigilią – i wielu ludzi pomyślało, że ja poparłem stan wojenny i Jaruzelskiego! A to nieprawda.

Zrobiło mi się głupio, bo przecież sam też tak pomyślałem, więc szybko spytałem: – czy już w wolnej Polsce nie zażądał pan od TVP odpowiedniego wyjaśnienia i przeprosin? – Napisałem do nich, ale nie otrzymałem żadnej odpowiedzi – Niemen wykonał rozbrajający gest bezradności, a ja pospiesznie zapewniłem go, że opiszę całą tę historię, opublikuję na łamach „Tysola” i egzemplarz tygodnika wyślę wraz z listem do prezesa TVP. Rządziła wtedy w Polsce koalicja SLD-PSL, prezes TVP był z ich nadania, więc może się zawstydzi? – snułem naiwnie. Nie zawstydził się.

Coś zaiskrzyło

Po tym pierwszym spotkaniu Niemen zaczął zaglądać do redakcji. Przychodził do mojego gabinetu i gawędziliśmy na różne tematy. Opowiedział mi trochę o swoim dzieciństwie i młodzieńczych latach, które spędził na Białorusi, ale dzielił się również ze mną swoimi fascynacjami literackimi, szczególnie dotyczącymi poezji. Ku memu zaskoczeniu świetnie był zorientowany w kierunkach malarstwa europejskiego i nieobcy był mu kanon myśli filozoficznej. Doprawdy byłem pod wrażeniem i kiedy już się bliżej poznaliśmy – przyznałem mu się ze wstydem, że na moje wcześniejsze wyobrażenia na jego temat silny wpływ miał film Piwowskiego.

Czesiek stale mnie prosił żebym wyjaśnił mu skomplikowane meandry i gambity na naszej scenie politycznej. Słuchał mnie zawsze z wielką uwagą, chociaż polityka w żadnym wypadku nie była jego pasją. Jego pasją była Polska. Rozmawialiśmy też dużo o redagowanym przeze mnie tygodniku. Z czasem Niemen zaczął publikować na jego łamach swoje wiersze, a także reprodukcje obrazów. Wszystko to budziło mój podziw, szacunek i zachwyt, chociaż na największą iluminację przyjdzie mi jeszcze poczekać.

Przychodziły tzw. nowe czasy i na rynku muzyki popularnej tryumfy święciło „disco-polo”, a w wykonaniu nieco bardziej profesjonalnych piosenkarzy i zespołów, utwory z tekstami wulgarnymi i turpistycznymi. Ta fala tandety i nihilizmu bardzo Cześka raziła, a na moje pytanie: co robić, jak się temu przeciwstawić? – usłyszałem prostą odpowiedź. – Zacznij promować takich solistów i takie zespoły, które popłyną pod prąd wspomnianej fali. I tak zaczęły się ukazywać na łamach „Tygodnika Solidarność” wywiady – pod hasłem: Tak trzymać! – z wybranymi przez redakcję i Niemena artystami. A gdy tych wywiadów zebrało się dziesięć, jury dokonało wyboru zwycięscy, który otrzymał wykonaną ze złota statuetkę w postaci dłoni z rozłożonymi palcami w kształcie litery „V”. Tym zwycięzcą został Wojciech Cugowski, a statuetkę mogłem mu wręczyć na Wielkim Koncercie w Sali Kongresowej, na którym wystąpiła, rzecz jasna, cała „dziesiątka”.

I tu wielki gest ze strony Cześka, który od kilku lat odmawiał koncertowania, ale w tym przypadku zrobił wyjątek i cała druga część Wielkiego Koncertu, to był jego recital. I co tu dużo gadać – „fruwały marynary”.

Herberta pamięcią żałobne misterium

28 lipca 1999 roku przypadała pierwsza rocznica śmierci Zbigniewa Herberta, którego z redakcją „Tygodnika Solidarność” łączyła więź szczególna – przez kilka ostatnich lat życia Książe Poetów właśnie na jego łamach publikował swoje wiersze, felietony, recenzje i obszerny wywiad, który odbił się głębokim echem, a jego fragmenty są do dzisiaj cytowane. Przygotowania rozpoczęliśmy na parę miesięcy wcześniej, wiedzieliśmy, że ta uroczystość powinna mieć charakter misterium. Reżyserii tego misterium podjął się Antoni Krauze.

Jak już wspomniałem Czesiek często wpadał do redakcji i na etapie wczesnych przygotowań do uroczystości poświęconej pamięci Herberta przyznał mi się, że przed laty na koncercie w Krakowie granym z zespołem Niemen Enigmatic zaśpiewał piosenkę z tekstem wiersza pt. „Pudełko”. – Wiem, że to było piractwo, ale zrobiłem to tylko jeden raz, a zwrócić się do pana Herberta o zgodę, jakoś się krępowałem. Nagrałem krakowski koncert na magnetofonie szpulowym i mam nadzieję, że odnajdę tę taśmę w swoim archiwum.

Po długich dyskusjach ustalony został scenariusz wspomnianego misterium. Uroczystość miała się odbyć na patio budynku, w którym mieści się dzisiaj hotel „Regina”. Każdy z zaproszonych gości otrzymywał świecę, którą osobiście zapalał i ustawiał na środku patio. Gdy dzień przełamywał się z nocą, z głośników umieszczonych przy wszystkich ścianach patio, usłyszeć można było głos Herberta recytującego swoje wiersze, ale także wiersze ulubionych poetów.

I to miała być część pierwsza misterium. Bo w części drugiej wystąpić mieli artyści, którzy mieli wyśpiewać piosenki do wierszy Księcia Poetów. A Byli to nie byle jacy artyści. Przemysław Gintrowski, Jacek Kaczmarski, Piotr Szczepanik, Czesław Niemen. Ale zaczęły się schody – Jacek Kaczmarski nie miał na bilet samolotowy z Australii, gdzie emigrował, natomiast Czesiek uznał, że wystarczy dostarczenie wspomnianej taśmy.

W przeddzień planowanej uroczystości zatelefonował do mnie późnym popołudniem Antoni Krauze informując, że dostarczone mu przez Niemena nagranie absolutnie się nie nadaje, jest kiepskiej jakości, a aranżacja i wykonanie zespołu Enigmatic zbyt hałaśliwe. Antek był wyraźnie zdenerwowany, poprosiłem żeby przyjechał do redakcji, o to samo poprosiłem Cześka. Gdy dotarłem na miejsce, byli już obaj. Antek szepnął mi w drzwiach, że Czesiek twardo obstaje przy taśmie. Nie byłem w stanie zapanować nad kłębowiskiem myśli i szukaniem argumentów, które trafią do Cześka. W końcu zaryzykowałem.

– Czesław – przybrałem uroczysty ton –z magnetofonu może mówić tylko Herbert, tylko Książe Poetów, natomiast wy, żyjący artyści, którzy kochacie jego wiersze, musicie dać siebie i swoją na jutrzejszym misterium obecność. Nie zdążyłem dokończyć, bo Czesiek był już w drzwiach. Usłyszałem tylko: – pędzę do studia, będę komponować.

A iluminację przeżyłem następnego dnia.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej