Droga Krzyżowa Piesiewicza- Andrzej Gelberg

We wrześniu tego roku minie dziesięć lat od prowokacji dokonanej na Krzysztofie Piesiewiczu, w konsekwencji której wytoczono mu proces karny o zażywanie narkotyków i nakłanianie do tego innych. Ci inni, to były dwie kobiety, które odwiedziły go w domu na Żoliborzu.

Przypomnijmy fakty. Wiosną 2008 roku do samochodu, do którego akurat wsiadał Piesiewicz, podbiega kobieta. Jest bardzo zdenerwowana, jej pociąg odjeżdża za kilkanaście minut, prosi, żeby właściciel auta podwiózł ją do Dworca Centralnego. W czasie krótkiej, sympatycznej rozmowy, kierowca i pasażerka wymieniają wizytówki. Dwa miesiące później Piesiewicz odbiera telefon – niedawna pasażerka informuje, że właśnie przyjechała do stolicy, ale jest z koleżanką. Na pytanie, czy mogą obie wpaść do niego na kawę, pada odpowiedź: „zapraszam”.

Co działo się w domu Piesiewicza w czasie tej niespodziewanej wizyty? Tego dokładnie nie wiemy. Na materiale filmowym wyemitowanym przez niektóre stacje telewizyjne niecały rok później widzimy półprzytomnego Piesiewicza z krwistoczerwoną szminką na wargach i ostrym makijażem starej prostytutki, w dodatku ubranego w sukienkę. Wciągał przez nos „ścieżkę” białego proszku. Widok był zaiste bulwersujący i nic dziwnego, ze wywołał powszechne zdumienie – chodziło wszak o osobę publiczną, senatora pięciu kadencji.

Dziennikarze tabloidów rzucili się na temat, jak wygłodzone wilki na świeźe mięso. Szybko ustalono, że Piesiewicz był szantażowany, że „odkupił” od szantażystów za ciężkie pieniądze dyskietkę z nagraniem, a kiedy po raz drugi zgłosili się po następne – złożył doniesienie do prokuratury. W efekcie policja zrobiła zasadzkę w miejscu, w którym Piesiewicz miał przekazać drugą transzę, i przestępcy trafili za kraty. W czasie przeprowadzonego śledztwa zdołano ustalić, że organizatorzy tej „ustawki” mieli powiązania ze służbami specjalnymi PRL. Obie kobiety przyszły do domu Piesiewicza wyposażone w damską garderobę tudzież kosmetyki, a jedna z nich została przeszkolona w obsłudze profesjonalnej kamery.

Proces Krzysztofa P.

Prokuratura zajęła się nie tylko organizatorami wspomnianej „ustawki”, ale też ich ofiarą. Wszak cała Polska widziała, jak szacowny senator wciągał przez rurkę do nosa biały proszek. To musiała być kokaina – zawyrokowali stanowczo dziennikarze tabloidów. Ale skąd wziął się w domu Piesiewicza ów biały proszek? Prowadzący dochodzenie prokurator z niepojętych do dzisiaj powodów przychylił się do sugestii dziennikarzy i skierował sprawę do sądu, oskarżając Piesiewicza nie tylko o posiadanie ciężkich narkotyków, ale także o nakłanianie do ich zażywania innych, czyli zajmowanie się swoistą „dilerką”.

Proces Piesiewicza rozpoczął się w październiku 2012 i zakończył w grudniu 2013 wyrokiem uniewinniającym. Świadkami oskarżenia byli doprowadzani z więzienia organizatorzy „ustawki”, którzy, a raczej które, potwierdziły, że senator namawiał je do spróbowania białego proszku. Sąd nie uznał wiarygodności takich dowodów, tzn. zeznań dwóch odsiadujących wyroki kobiet. Opinie rzeczoznawców ze świata medycyny – psychologów, psychiatrów, specjalistów od wykrywania w organizmie różnego rodzaju używek – były dla Piesiewicza korzystne. Wszystkie te fakty nie przekonały prokuratora i wniósł rewizję od wyroku uniewinniającego. I sprawa, czyli dręczenie Piesiewicza, zaczęła się od początku.

Dla porządku warto przypomnieć, że organizatorzy „ustawki” otrzymali wyroki osiemnastu miesięcy bezwzględnej odsiadki, chociaż – i jest to swoiste kuriozum – prokurator (inny niż w sprawie Piesiewicza) żądał tylko 8 miesięcy i w dodatku „w zawiasach”.

Prawnik i scenarzysta

W procesach karnych, a takim jest przecież proces Piesiewicza, podnoszone są z reguły przez obronę tzw. okoliczności łagodzące. W naszym przypadku nie ma to najmniejszego sensu, wyrok sądu pierwszej instancji nawet się w tej sprawie nie zająknął. Zastanwaia jednak to, że w głowie prokuratora nie zaświtała myśl – moim zdaniem narzucająca się – że może wśród „rekwizytów” wniesionych przez dwie kobiety znalazła się również kokaina. Zdumienie natomiast budzi imperatyw kategoryczny prokuratora – swoisty trismus – żeby doprowadzić do skazania Piesiewicza.

Lista „okoliczności łagodzących” (przydałby się w tym miejscu podwójny cudzysłów) w sprawie Piesiewicza jest długa i znacząca. Był obrońcą politycznym działaczy Solidarności w latach stanu wojennego (Ursus, Huta Warszawa, podziemne Radio „S”, Jan Rulewski, Karol Modzelewski i wielu innych), oskarżycielem posiłkowym reprezentującym rodzinę księdza Jerzego Popiełuszki w procesie jego morderców oraz pełnomocnikiem Ryszarda Kuklińskiego w procesie rewizyjnym przed Sądem Wojskowym w Warszawie. Wymienione przykłady mogą świadczyć o odwadze i sile charakteru Piesiewicza, ale koniecznie trzeba dodać do tego jego głęboką wiedzę prawniczą, którą z dużą skutecznością potrafił wykorzystywać jako adwokat i potem – przez blisko dwie dekady – jako senator.

A gdy spotkał na swojej drodze Krzysztofa Kieślowskiego, okazał się również niezwykle utalentowanym scenarzystą. Powstał swoisty tandem dwóch Krzysztofów, który zaowocował powstaniem 17 filmów, z których najbardziej znane to „Dekalog”, cykl „Trzy kolory”, i „Podwójne życie Weroniki”. Filmy te były wielokrotnie nagradzane, również za scenariusz, a „Niebieski” doczekał się nominacji do Oscara, za scenariusz właśnie.

W stwierdzeniu, że Krzysztof Piesiewicz jest niezwykle zasłużony dla polskiej kultury i polskiej państwowości, nie ma ani odrobiny przesady.

Wszyscy są odwróceni

Teraz będzie akcent osobisty. Przyjaźnię się z Krzysztofem od ćwierćwiecza i od dekady obserwuję, jak potworna krzywda dzieje się temu człowiekowi. Tak bardzo zasłużony dla naszej kultury, dla naszej niepodległości i wolności, jest dzisiaj w swojej ojczyźnie zepchnięty poza nawias – ma status oskarżonego. A proces toczy się leniwie, rozprawy wyznaczane są co parę miesięcy, ambitny prokurator co rusz składa wnioski o kolejne ekspertyzy, Krzyś jest „prześwietlany” przez medyków na wszystkie możliwe sposoby, a kiedy ekspertyzy są nie po myśli prokuratora, to wymyśla kolejne.

Spotykamy się co pewien czas. W ciągu blisko dziesięciu już lat Krzysztof bardzo się posunął, zaczęło szwankować mu zdrowie, zamknął się w sobie. Na każdym spotkaniu wraca do dręczącego go pytania: „Dlaczego mi to zrobiono?” Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że 22 lipca 1989 r. (święto państwowe w PRL) nieznani do dzisiaj sprawcy zamordowali jego 82-letnią matkę. Krzysztof znalazł ją martwą w jej mieszkaniu następnego dnia, była skrępowana „węzłem katyńskim”, takim samym jak pięć lat wcześniej Jerzy Popiełuszko.

Czasami Krzysztof się ożywiał. Działo się to wtedy, gdy wyjeżdżał z Polski na zaproszenie jakiejś szkoły filmowej we Francji, Włoszech, USA. Parę lat temu wybrał się do Chin i w pekińskiej szkole filmowej otrzymał coś w rodzaju doktoratu honoris causa. Wszędzie za granicą nazwisko Piesiewicza ciągle coś znaczy, jest przyjmowany z szacunkiem i podziwem. Tylko nie w jego własnej ojczyźnie.

Ciągle się zastanawiam, jak pomóc Krzysiowi. Wielokrotnie przez minione lata rozmawiałem z prominentnymi osobami ówczesnej opozycji, dzisiaj sprawującymi władzę. Mówiłem im o krzywdzie jaka go spotkała, wszyscy kiwali głowami, większość prosiła, żebym go pozdrowił. Ale nic z tego nie wynikało, bo w tamtych czasach wyniknąć nie mogło. Teraz sytuacja się zmieniła.

 

I dlatego apeluję do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego – a czas zbliżających się świąt Wielkiej Nocy wydaje się szczególnie do tego stosowny – żeby zechciał zają się tą sprawą. Póki nie jest za późno.


 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej