Ludzie kultury- Stanisław Srokowski ANIELA KOZŁUBSKA-DMYTRASZ

Urodziła się 9 marca 1938 w Jeziernie, woj. Tarnopol. We wczesnym dzieciństwie wraz z rodziną została wywieziona na Syberię, wielokrotnie otarła się tam o śmierć. Do Polski wróciła po sześciu latach i osiedliła się na Dolnym Śląsku, w Starych Bogaczowicach, pow. Wałbrzych, gdzie mieszka do dziś. Jest już na emeryturze, więc zajęła się pisaniem wspomnień. Pierwsza jej książka ukazała się w 2010 r. Opisała w niej losy rodziny oraz znajomych. To tragiczne, wstrząsające wydarzenia z Syberii. Przeczytajmy fragment historii, którą powinniśmy znać, bo to jest po części historia Polski. Tam, gdzie przebywają Polacy, przebywa i Polska, żyjąca w pamięci, marzeniach i snach.

BÓG JEST

(Fragment wspomnień)

 

Nadszedł wrzesień. Po ciężkiej chorobie Staszek zgłosił się do pracy. Przydzielili go do młyna, który mieścił się za miastem, w drugiej osadzie. Pracował tam nasz sąsiad z Polski, Dereń i Staszek u niego zamieszkał. Miał dwoje dzieci: synka i malutką córeczkę, która mu zmarła. Ciężko przeżyli ową stratę i nigdy przez nich nie została zapomniana. Jasia pisała często listy. Chodziły do szkoły, wprawdzie rosyjskiej, jednak dyrektor zakładu jakimś cudem dostarczał polskie książki. Krążyły z rąk do rąk, najbardziej rozchwytywane były: trylogia Henryka Sienkiewicza, „Krzyżacy” oraz cała seria Kraszewskiego. Niedzielne popołudnia spędzane były na czytaniu książek. Uczyły się robótek ręcznych oraz pomagały kucharkom. Same woziły wodę i drewno, pomagały również w pralni. Codziennie po kilka godzin spędzały czas w szkole. Pewnego razu na lekcji wychowawczej nauczycielka zapytała: „Czy jest Bóg?”.

Rosyjskie dzieci wołały: „Nie ma Boga!”. Jedna z polskich dziewcząt wstała i stanowczo powiedziała: „Jest Bóg”. Wywiązała się dyskusja pomiędzy młodzieżą rosyjską a polską. W klasie nastąpiła wrzawa. Nauczycielka przerwała dyskusję, kazała rosyjskim dzieciom iść do domu, a pozostałe miały zostać. Po ich wyjściu zapanowała grobowa cisza. Dziewczęta szeptały: „Co teraz z nami będzie?” Nauczycielka zwróciła się do pozostałych:

– To, co teraz wam powiem, niech zostanie między nami. Jestem pochodzenia polskiego, przybyłam tu, jeszcze będąc dzieckiem. Ukończyłam szkołę i nigdy nie zapomniałam, że Bóg jest. Tylko On uchronił mnie i moją rodzinę od niechybnej śmierci głodowej. Moja rodzina i ja jesteśmy wierzący, ale o tym nikt nie wie. Gdyby się władze sowieckie dowiedziały, zabraliby nas do więzienia, a tam czekałaby nas niechybna śmierć. Radzę wam, byście wiarę zachowali dla siebie i głośno nie wyznawali swoich przekonań. Zapewne chcecie wrócić do swojej ojczyzny i to się niechybnie stanie, a zatem módlcie się i wierzcie, bo Bóg istnieje. Teraz idźcie do zakładu i tego, co wam powiedziałam, nie zdradźcie nikomu.

Od tej pory wywiązała się miedzy nimi wielka przyjaźń. Całym sercem pokochali tę młodą syberyjską nauczycielkę. Połączyła ich wiara i wspólna tajemnica. Jasia nigdy o tym nie pisała w liście, dopiero przy spotkaniu opowiedziała nam o tym zajściu. Bała się pisać, gdyż nawet dziecięce listy przechodziły cenzurę.

Wojna toczyła się. Syberia pustoszała z mężczyzn. Kobiety z wysiłkiem pracowały przy warsztatach pracy. Rosjanom również nie było lekko. Pustoszały nawet więzienia, więźniowie ochotniczo zgłaszali się na front, by odkupić swoje winy wobec Rosji i Stalina. Na ustach wszystkich był generał Anders. Czekali jak na Mojżesza, który wyprowadzi nas Polaków z „domu niewoli”.

Wiadomość przyszła jak grom. Anders wyprowadził wojsko i ich rodziny do Iranu. Rosja ogłosiła go zdrajcą. Dla nas, pozostałych Polaków, rozpoczęły się sądne dni. Rozpoczęła się niewola, nałożono komendanturę i ciężką przymusową pracę. „Zginiemy z głodu i mrozu, któż się za nami ujmie?” – Te słowa były na ustach wszystkich i potęgowały tylko żal i smutek. Byliśmy opuszczeni, zaszczuci, za najmniejsze przewinienie czekała każdego tiurma. Nawet paczki z UNR-y przechodziły kontrolę i były coraz mniejsze.

Marysia popadła w tarapaty. Kilka świń, które karmiła, zdechło. Posądzono ją o kradzież karmy. Oczywiście była to prawda. Często przynosiła turnieps, a nawet ziemniaki, ale nikt jej nie przyłapał, więc się zaciekle wypierała. Byłoby z nią krucho, gdyby nie brygadzista, stary kitajec, który się za nią ujął i wszystkiemu zaprzeczył. Naczelnik tym razem za karę przydzielił ją do transportu. Jej zadaniem było jeździć po towar około stu kilometrów. Towarzyszyła jej Rosjanka imieniem Katia. Przeważnie jeździły po ryby. Ona pokazała Marysi, jak zwędzić ryby, żeby kilogramów nie ubyło. Polewała je wodą, która zamarzała, a ryby wędrowały za kufajkę. Zamiast turniepsu Marysia przynosiła smakowite rybki. Jakaż to dla nas była uczta. Czasami z trasy wracała po kilku dniach, ale nigdy z pustymi rękoma.

Zima zbliżała się nieubłaganie, a z nią długie noce. Silne wiatry, śnieg. Mróz skuł rzekę. Tadzio w nocy wychodził i w nocy wracał. Czekałam z Wandzią na niego jak na ojca. Siedział wieczorami przy kaganku i uczył nas pisać. Wandzia starsza, przeważnie ona pisała, ja przyglądałam się i przy tym też się uczyłam. Poznawałam litery, liczby, próbowałam składać sylaby i łączyć je w słowa. Tadzio narysował nam warcaby i młynek. Całymi godzinami grałyśmy na łóżku. Wandzia marzyła o prawdziwej szkole. Była w tym wieku, że powinna już pójść, niestety z braku odzieży nie mogła uczęszczać. Zresztą mama nie chciała jej puścić do rosyjskiej.

– Uczcie się po polsku, tu i tak nie będziemy, masz dopiero siedem lat – mówiła.

Pod nieobecność starszych wychodziłyśmy na dwór. Robiłyśmy zakłady, która z nas dłużej postoi boso na dworze, zje więcej chleba. Nasze stopy wtapiały się w śnieg, a my dzwoniąc zębami, przetrzymywałyśmy jedna drugą. Najczęściej ja kapitulowałam i ze łzami w oczach oddawałam część swojego chleba. Wandzia, widząc, że płaczę, oddawała mi go z powrotem. Tuliłyśmy się wówczas do siebie i tak zwarte, kołysałyśmy się w rytm jakiejś piosenki.

Gdy nastawała ciemność, wszyscy domownicy wracali do domu. Siadali przy piecu i rozmawiali o wojnie albo snuli opowiadania o Polsce. Słabe światło łojówki oświetlało naszą biedę. Małe zamarznięte okienko świeciło różnymi wzorami. Był już listopad. Śnieżyca szalała na dworze. Duże polana trzeszczały w piecu.

Dochodziły wieści, że Anders stracił mnóstwo ludzi. Głód i choroby zdziesiątkowały naród. Dla nas zbliżająca się zima zapowiadała się niemniej ciekawie. Jedyna nadzieja to „ciocia Unra”.

Przybył nowy transport zesłańców. Byli to Ukraińcy. Krążyły wieści, że są z bandy UPA. Pracowali razem z Polakami. Chcąc przypodobać się rosyjskiej władzy, postanowili urządzić „czerwoną noc”. Tu zesłańcy byli wszyscy równi i wszelkie mordy, rzezie były kategorycznie zabronione. Rosjanie uprzedzili nas o tym zamiarze. Każdy dostał polecenie pilnować swojego domu, natomiast Rosjanie szybko rozpracowali organizatorów „czerwonej nocy” i wywieźli ich nie wiadomo dokąd, przypuszczalnie na Kamczatkę.

Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Dla polskiej społeczności to szczególne święto. Tadzio strugał nam zabawki, z listów Jasi kleiłyśmy łańcuszki. Będzie choinka i wielka radość. W długie, niekończące się wieczory pochłaniała nas praca. Wola Lomanowa dostarczyła farbki, z zaciekawieniem śledziła nasze prace przy ozdobach choinkowych. Pastuszkowie o roześmianych buziach kolorowe pajacyki na sznurku rzędem czekały, aż zawisną na choince, zezowata krówka stała przy żłóbku, w którym leżał Pan Jezus wycięty z obrazka. Wszystkie te wspaniałości złożone na zamarzniętym oknie czekały razem z nami na święta. Nikt nie zauważył, że racje chleba zostały zmniejszone, a głód zawsze nam dokuczał i nieznane nam było uczucie sytości.

Dzień przed Wigilią mama wybrała się do Staszka.

– Pójdę do niego, może będzie miał trochę mąki, przecież w młynie pracuje, a może przyjdzie na kolację, tak dawno nie byliśmy razem – mama mówiła sama do siebie.

Narzuciwszy grubą, kraciastą chustę wyszła w mroźny jeszcze mroczny ranek. Staszka zastała przy pracy. Na widok mamy bardzo się ucieszył.

– Jak to dobrze, że mama przyszła. Mam dla was trochę mąki i owsa, jest u Dereniów – oznajmił.

– Czy przyjdziesz na święta? – zapytała – Tak bardzo bym chciała, żebyśmy chociaż raz byli razem.

– Niestety nie mogę, będę pracował, a już nie chcę się narażać. Oni świąt nie uznają, mogę nie zdążyć na czas do pracy. Będę tu, u Dereniów.

Mama jeszcze chwilę z nim porozmawiała i następnie udała się do znajomej po prowiant. Zabrawszy woreczek mąki i tyleż owsa, wróciłado domu. Zmrok zapadał, prószył śnieg. Brodząc po kolana w śniegu, zbliżała się do Jenisiejska, gdy nadjechały sanie, które ją podwiozły.

Nie wiem, co mama wyprawiała z tym owsem, dość, że na kolację jedliśmy owsiankę.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej