Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani...- Jerzy Jacek Pilchowski

Trwa wojna na Bliskim Wschodzie. Izraelskie wunderwaffe to nakaz krytykowania wszystkich za wszystko i zakaz krytykowania Żydów za cokolwiek. Dobrym kijem do bicia nieposłusznych jest religia holokaustu.

Trwa wojna na Bliskim Wschodzie. Izraelskie wunderwaffe to nakaz krytykowania wszystkich za wszystko i zakaz krytykowania Żydów za cokolwiek. Dobrym kijem do bicia nieposłusznych jest religia holokaustu.

Ogłoszono więc miastu i światu, że holokaust był najważniejszym wydarzeniem w dziejach ludzkości i finansowanie Izraela jest absolutnym obowiązkiem wszystkich ludzi na ziemi.

Przez wiele lat ta broń była skuteczna. Jednak do czasu.

Kosztowne państwo

Po zakończeniu II wojny światowej, rozgorzała wśród Żydów dyskusja, czy utworzenie własnego państwa będzie dla nich dobre. Padały różne argumenty. Dziwne, że nie padały argumenty ekonomiczne. Chyba naprawdę nikt nie mógł przewidzieć, że w całej żydowskiej historii Izrael będzie pierwszym przedsięwzięciem, które przynosi finansowe straty. I nie mówimy o sumach na waciki. Utrzymanie luksusowej cytadeli, w której mieszka przeszło 8 milionów ludzi, jest bardzo drogie. Niewyobrażalnie drogie!

Początkowo Ameryka chętnie płaciła tyle, ile było trzeba. Nadeszły jednak lata pięćdziesiąte, czyli sprawa Rosenbergów i „antysemicki” makkartyzm. Żydzi musieli więc zmienić strategię i taktykę działania. W efekcie komunistyczną partię USA spotkał los bałwana na wiosnę. Szeregowi członkowie i sympatycy KP USA przeszli wtedy en masse do Partii Demokratycznej, a kadra kierownicza wykonała salto mortale i zwartym szykiem poszła do Republikanów, tworząc w tej partii frakcję znaną pod pseudonimem neokonserwatystów. Po wyciśnięciu wody, neokonserwatyzm opiera się na założeniu, że najwyższą formą antykomunizmu jest syjonizm. Z ich punktu widzenia jest to logiczne. Nad Izraelem wisi bowiem wielka czerwono-zielona chmura i istnieje konieczność systematycznego zwiększenia pomocy finansowej dla tego państwa.

Nieprawomyślne książki

Po przypływie nadchodzi zawsze odpływ. Pierwszą jego oznaką była książka Normana Finkelsteina „The Holocaust Industry”. Reakcja na jej opublikowanie (w roku 2000) była bardzo nerwowa i książka ta została na amerykańskich uniwersytetach symbolicznie spalona. Skutek był odwrotny od zamierzonego. Nakład poleciał ostro w górę i okazało się, że można źle pisać o Żydach i żyć dalej. Ba! Stać się sławnym i bogatym.

Nadszedł 11 września 2001, czyli zniszczenie WTC. Amerykanie zrozumieli wtedy, że na Bliskim Wschodzie trwa już początek trzeciej wojny światowej. Równocześnie doszło do poważnego kryzysu w stosunkach między USA i Izraelem. Jego powodem był brak odpowiedzi na proste pytanie: dlaczego Mossad nie ostrzegł CIA? Pomiędzy CIA i Mossadem istniała bowiem tajna umowa, zgodnie z którą CIA przekazuje Mossadowi informacje zdobyte przy pomocy podsłuchów i obserwacji satelitarnych, a Mossad przekazuje CIA informacje zdobyte w tradycyjny sposób. Przy pomocy tysiąca spiskowych teorii próbowano sprawę tę zamazać. Wobec wielu amerykańskich polityków i generałów nie było to jednak skuteczne. Byli nawet tacy, którzy mówili o tym otwartym tekstem.

Tak czy inaczej, Amerykanie postanowili zemścić się na inicjatorach zamachu. Równocześnie coraz wyraźniej było słychać tych, którzy mówili, że czas najwyższy znów myśleć racjonalnie. W roku 2002 wznowiono książkę, a raczej pracę naukową Kevina MacDonalda „The Culture of Critique”. Pierwszy raz opublikowano ją w roku 1998, ale została skutecznie przemilczana. Tym razem stała się bestsellerem.

Zaczęła się również moda na czytanie takich książek, jak np. wydana w roku 1979 praca Edwarda W. Saida „Orientalism”. Próbowano te publikacje zakrzyczeć (np., Alan Dershowitz „The Case for Israel”, 2003), ale po wydaniu (2004) książki Patricka J. Buchanana „Where the Right went Wrong” neokonserwatyzm wylądował na deskach i był liczony. Ostateczny nokaut nadleciał jednak dopiero w roku 2007. Ukazała się wtedy książka „The Israel Lobby and U.S. Foreign Policy” (John J. Mearsheimer, Stephen M. Walt). Od tego czasu jest oczywiste, że neokonserwatystów spotykał znów los bałwana na wiosnę.

Wojna z Libanem

Ideologiczne i polityczne przepychanki mają tylko ograniczony skutek. Liczą się fakty. Już wiosną roku 2006 było oczywiste, że zwycięzcą wojny w Afganistanie i Iraku będzie Iran. Prezydent Obama nie zgodził się bowiem na rozszerzanie tej wojny i rozpoczął proces stopniowego wycofywania Ameryki z Bliskiego Wschodu. Doprowadziło to Żydów do granic szaleństwa i latem 2006 Izrael napadł na Liban. Śpiewano przy tej okazji, że Hezbollah zostanie zlikwidowany. Przez pierwsze trzy dni wszystko szło zgodnie z planem. Czwartego dnia okazało się, że armia izraelska nie potrafiła nawet zająć doliny Bekaa, czyli odciąć Hezbollahu od dostaw broni i amunicji. Nowoczesna technologia okazała się znów mało skuteczna w starciu z pozbawionymi uczucia strachu „terytorialsami”.

Trudno analizować przebieg tej wojny. Fakty przysypano fejkami. Nie udało się jednak ukryć, że izraelska armia wróciła do domu na tarczy. Mało tego. Izrael poniósł też wtedy bardzo dotkliwą porażkę polityczną. Świat dyplomatycznie przemilczał apele o przyjęcie Izraela do NATO oraz wprowadzenie do Libanu sił międzynarodowych. W tym miejscu logika podpowiada nam że Mossad zaczął wtedy pracować nad planem zniszczenia Syrii 25 godzin na dobę.

Konflikt z Syrią i Iranem

Wojna domowa w Syrii wybuchła w roku 2011. Nikt oczywiście nie wie, kto sfinansował i uzbroił rebeliantów, którzy chcieli usunąć rząd Baszszara al-Asada i podzielić Syrię na kawałki. Specyfika Bliskiego Wschodu polega bowiem na tym, że realizacja bezbłędnych (z komputerowego punktu widzenia) planów kończy się zwykle zaangażowaniem Rosji oraz „produkcją” milionów nowych rekrutów dla takiego lub innego Hezbollahu. Z izraelskiego punktu widzenia darem niebios jest tylko to, że setki tysięcy młodych muzułmanów wyjechały do Europy. Dzięki temu łatwiej im teraz będzie znowu snuć marzenia, aby do zaprowadzenia „porządku” na Bliskim Wschodzie włączyło się NATO. Szanse na to nie są jednak duże, bo od czasu, gdy Żydzi wypięli się na Trockiego, europejska lewica ma ich głęboko w poważaniu. Nie mogą również liczyć na liberałów, których interesują tylko sprawy oddalone maksymalnie o 30 cm od czubka ich własnego nosa. Ale najgorszymi „nazistami” jest LGBT. Faceci w czarnych skórach z pejczami są bowiem dla gejów bardziej podniecający niż faceci w okularach.

Wróciliśmy więc w okolice roku 2006. Izrael może tylko poprawiać sobie samopoczucie bombardując Syrię i pokrzykując na Iran. Niewiele to jednak znaczy. Iran zbliżył się bowiem technologicznie do Izraela na taki dystans, że nawet F-16 przestały być nietykalne. A na błyskawiczne przezbrojenie lotnictwa na F-22 Raptor brakuje Izraelowi pieniędzy. Co gorsza, czekające cierpliwie na swój czas rakiety Hezbollahu są coraz bardziej celne i coraz trudniejsze do zestrzelenia.

Amerykański sprzymierzeniec

20 stycznie 2017 zaprzysiężono Donalda Trumpa. Jest to najbardziej proizraelski prezydent USA. Jak do tej pory. Każdy następny będzie (oczywiście) jeszcze bardziej proizraelski. Ups. Żarty żartami.

Trump ogłosił niedawno, że uznaje Jerozolimę za stolicę Izraela. Żydzi rozumieją jednak, że jest to pyrrusowe zwycięstwo. Utwierdza to bowiem muzułmanów w przeświadczeniu, że konieczne jest „ostateczne rozwiązanie kwestii izraelskiej”. Rozumiem bardzo dobrze, że czymś strasznym jest sam fakt napisania takich słów, ale nie mam innego wyjścia. Muzułmanie mają bowiem „inny rodzaj wrażliwości”.

Aby utrzymać militarną przewagę, Izrael potrzebuje pilnie ogromnej ilości pieniędzy. Oczywiście, amerykańska pomoc finansowa płynąć będzie dalej szerokim strumieniem. Nie oznacza to jednak, że strumień ten zamieni się w Amazonkę. „America first” to nie tylko hasło wyborcze Trumpa. Są to słowa określające aktualny stan świadomości większości Amerykanów. Sytuacja Izraela jest więc bardzo trudna. Tym trudniejsza, że wojna w Syrii zaczęła zasypiać i potrzebne są (natychmiast) duże pieniądze na jej obudzenie.

A w niedalekiej przyszłości Izrael będzie potrzebował jeszcze większych pieniędzy na zorganizowanie nowych fajerwerków, aby znów nakłonić Amerykę i Europę do ataku na Iran.

Czas na puentę… Przepraszam, że żyjemy.

Foto: Ibrahem Qasim/Wikimedia Commons/CC

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej