Na rok przed rozwodem, czyli kto pozbiera truskawki-Paweł Pietkun

Z końcem marca przyszłego roku Wielka Brytania, „nowa ojczyzna” wielu Polaków, przestanie być członkiem Unii Europejskiej. Wielu Brytyjczyków zastanawia się, czy byłaby możliwa „reasumpcja referendalna”, co wydaje się więcej niż wątpliwe. Tymczasem negocjacje rozwodowe z Unią idą pełną parą, a pesymiści kraczą, że przyszłość Zjednoczonego Królestwa nie wygląda dobrze.

Z końcem marca przyszłego roku Wielka Brytania, „nowa ojczyzna” wielu Polaków, przestanie być członkiem Unii Europejskiej. Wielu Brytyjczyków zastanawia się, czy byłaby możliwa „reasumpcja referendalna”, co wydaje się więcej niż wątpliwe. Tymczasem negocjacje rozwodowe z Unią idą pełną parą, a pesymiści kraczą, że przyszłość Zjednoczonego Królestwa nie wygląda dobrze.

Zbliżający się Brexit zmienił nie tylko brytyjską ulicę, na której coraz rzadziej zdarzają się przypadki okazywania pogardy przybyszom z Europy Środkowej i Wschodniej, ale przede wszystkim gospodarkę, która już teraz – choć do formalnego wystąpienia Królestwa z Unii Europejskiej pozostał jeszcze rok – odczuwa skutki zmian. Były brytyjski premier John Major od tygodni apeluje o głosowanie w parlamencie, czy przeprowadzić drugie referendum w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo. Polityk jest jednym z najbardziej szanowanych członków Partii Konserwatywnej, który zaatakował to, co określa jako „nierealistyczną” strategię Brexitu.

Irlandzki problem

John Major domaga się, aby kraj wypowiedział się na temat Brexitu, jeśli warunki wynegocjowane przez rząd nie będą do zaakceptowania przez parlamentarzystów. Były premier zjadliwie krytykuje strategię rządu, określając ją jako „pozbawioną wiarygodności”. Podczas przemówienia w Londynie stwierdził, że parlament ma obowiązek brać pod uwagę „dobro obywateli”, a także ich wolę wyrażoną w pierwszym referendum. – To musi być decydujące głosowanie, w którym parlament może zaakceptować lub odrzucić ostateczny wynik lub odesłać negocjatorów, by szukać ulepszeń, albo ogłosić kolejne referendum – mówi John Major, szeroko cytowany przez media. I dodaje: – Nikt nie może naprawdę wiedzieć, jaka będzie wola ludzi. A więc niech parlament decyduje albo odda decyzję obywatelom.

Major, który jest jednym z autorów podstaw pokoju w Irlandii Północnej, uderza również w rząd w związku z jego ostatnim wezwaniem do zignorowania niebezpieczeństw związanych z przywróceniem kontroli granicznej.

– Potrzebujemy polityki chroniącej porozumienie Wielkiego Piątku i potrzebujemy tego pilnie. To nasz obowiązek, a nie Unii Europejskiej – oznajmia.

W Brukseli rzadko mówi się o problemie granicy Wielkiej Brytanii z Irlandią Północną, ale dzisiejsi 40-latkowie pamiętają jeszcze okres, kiedy na Wyspach Brytyjskich przeprowadzali zamachy bombowe wojownicy Irlandzkiej Armii Republikańskiej, zmierzającej do zjednoczenia irlandzkiej republiki z północną częścią wyspy znajdującą się – ich zdaniem – pod okupacją Londynu.

Dystansujący się od IRA politycy z Dublina zwracają uwagę na negatywny wpływ, jaki na irlandzką gospodarkę będzie miała brytyjska decyzja. Bo to, że ów wpływ będzie negatywny widać niezależnie od tego, jaki scenariusz gospodarczy rozpatrują rząd i ekonomiści. Wiadomo, że najbardziej ucierpią przemysł mleczarski i produkcja żywności, handel, płace i usługi, w tym transport powietrzny. Wielka Brytania jest jedynym krajem graniczącym z otoczoną przez morza i Ocean Atlantycki Irlandią. Oznacza to, że na formalnej granicy Londynu z Unią Europejską znów pojawią się uzbrojeni, a Irlandczycy z północy wrócą do retoryki niepodległościowej. Według rządowego raportu do 2030 roku Brexit może kosztować irlandzką gospodarkę 18 mld. euro. Najgorszą opcją będzie nałożenie na Wielką Brytanię taryf Światowej Organizacji Handlu. Jako sposoby na minimalizowanie skutków raport sugeruje szkolenia pracowników i zawieranie nowych umów handlowych. Bo to, że w dniu formalnego Brexitu w Irlandii zniknie 20 tys. miejsc pracy, jest pewne.

– Dokument powstał po to, aby służyć nam jako przewodnik i ochrona przed najgorszym – wyjaśnia irlandzka minister ds. biznesu Heather Humphreys, która nadzorowała badania. – Według najlepszego scenariusza nasza gospodarka będzie miała straty na poziomie 11 mld euro. Dalej Humphreys wylicza, że wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej wpłynie negatywnie na płace wszystkich pracowników. W przypadku niewykwalifikowanych robotników różnica wyniesie 8,7 proc. – Jednocześnie produkcja rolna może spaść o 20 proc., maszyn elektrycznych o 10 proc., a chemii farmaceutycznej o 5 proc. – wylicza szefowa resortu.

Zbliżający się Brexit wzmacnia również retorykę niepodległościową Szkotów, którzy w referendum w 2014 roku zdecydowali się pozostać częścią Wielkiej Brytanii, ale dzisiaj mówią, że chodziło im o kraj będący częścią Unii.

Kto pozbiera truskawki?

Już ten rok będzie dla brytyjskiej gospodarki bolesny – wiadomo, że wzrosną ceny żywności, że w angielskich sklepach będzie jej mniej niż zwykle.

Szkoccy farmerzy alarmują, że w związku z brakiem siły roboczej z Europy Wschodniej muszą wyrzucać tysiące ton świeżych warzyw i owoców. Winą za taki stan rzeczy Szkoci obarczają Brexit, przez który Polacy, Litwini, Rumuni i Bułgarzy trzymają się z daleka od szkockich pól. I tak, cytowany przez angielskie media rolnik z rejonu Fife w Szkocji informuje, iż z powodu braku rąk do pracy wyrzucił wystarczająco dużo warzyw, którymi przez rok mógłby karmić 15 000 osób. Naraziło go to na straty około 50 tys. funtów. Inny rolnik, w Angus, w rozmowie z „Herald Scotland” oznajmia, że cały region potrzebuje około 4 000 sezonowych pracowników rocznie i po prostu nie ma wystarczającej liczby lokalnych bezrobotnych mieszkańców, aby zebrać owoce, które uprawia. A i tak będą to mniejsze zbiory, bo miał za mało pracowników, żeby obsadzić wszystkie pola.

National Farmers Union przeprowadziło ankietę wśród szkockich rolników na temat „zagrożeń, jakie stoją przed ich farmami w wyniku ewentualnych niedoborów siły roboczej”, które, jak twierdzi, zostały spotęgowane negocjacjami w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej. Brytyjskie media od tygodni uprzedzają, że Brexit może spowodować zniknięcie z półek brytyjskich krajowych świeżych produktów. Eksperci podkreślają, że ucierpią przedsiębiorcy sektora rolniczego, bo do zbiorów owoców i warzyw nie będą mieli wystarczającej liczby pracowników, zwłaszcza sezonowych. Do tego coraz głośniejsze są ostrzeżenia pracowników branż usługowych – hotelarskiej i gastronomicznej – którzy również zauważają odpływ taniej siły roboczej z ich zakładów pracy. Warto pamiętać, że lata nasilonej imigracji z krajów Unii Europejskiej oduczyły młodych Brytyjczyków pracy na najniższych stanowiskach.

Niemały kryzys czeka również i tak znajdującą się w nie najlepszej kondycji brytyjską służbę zdrowia. NHS – odpowiednik polskiego NFZ – od miesięcy negocjuje z rządem możliwość dalszego zatrudniania personelu medycznego z Europy Środkowej i Wschodniej.

Podobnie szczególnych regulacji prawnych domagają się brytyjskie uczelnie, które w związku z Brexitem mogą stracić na znaczeniu na światowym rynku edukacyjnym. I nie chodzi tu o kilka milionów studentów z Europy, którzy płacili często niemałe pieniądze za brytyjskie dyplomy, ale przede wszystkim o pracowników naukowych, którzy prowadzili swoje badania w najbardziej znanych i prestiżowych uczelniach.

A Polacy wciąż kochają Londyn

Czy możliwe jest, aby Wielka Brytania cofnęła się z decyzji o opuszczeniu Unii Europejskiej? Coraz częściej wspomina taką możliwość także ikona rozwodu, Nigel Farage, były już szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, który przez lata prowadził kampanię na rzecz Brexitu i dzięki antyunijnej retoryce zbudował swoją polityczną karierę oraz siłę UKIP. Ponowne referendum byłoby możliwe, po zakończeniu formalnych negocjacji Londynu z Brukselą, jeżeli warunki rozwodu będą w sposób oczywisty niekorzystne dla Królestwa. Nie chce ustąpić jednak brytyjska premier Theresa May, której rozstanie z Unią nie było do końca na rękę, ale która dzisiaj mówi „Brexit to Brexit – wychodzimy i to nie podlega dyskusji”.

Polacy, którzy w dużej części kibicowali Brytyjczykom przy deklaracjach o wystąpieniu z UE, na razie nie planują globalnego powrotu i Brexitu się nie boją. Choć opuszczamy prowincję, w samym Londynie jest nas coraz więcej. Działacz społeczny i publicysta Wiktor Moszczyński wykazuje, że w Londynie naszych rodaków przybywa. Od lat niezmiennie najbardziej „polskimi dzielnicam” są: Ealing, Enfield oraz Croydon. W dzielnicy Ealing w 2007 roku mieszkało 6 974 Polaków, w 2012 roku – 9 118, a w tym roku już – 14 861. Z kolei w Enfield w 2007 roku rezydowało 1 376 Polaków, w 2012 – 3 455, a w 2018 roku – 14 861.

O tym, że Polakom Brexit niestraszny, można było się przekonać po przedstawionej przez Moszczyńskiego liczbie polskich dzieci w londyńskich szkołach. Do placówek stolicy Wielkiej Brytanii w zeszłym roku uczęszczało 7,5 proc. więcej polskich dzieci niż jeszcze w roku 2016 i czterokrotnie więcej niż 10 lat temu.

– Oznacza to, że polska społeczność w Londynie jeszcze nie poddała się presji związanej z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej – podkreśla.

Według ubiegłorocznych badań, wielu Polaków wciąż rozważa emigrację na Wyspy. Zdaniem ekspertów, ci „nowi” chcą zdążyć wyjechać jeszcze przed Brexitem, aby zagwarantować sobie możliwość stałego pobytu.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej