Wspomnienia o Wacławie Pomorskim

Wspomnienia o Wacławie Pomorskim – wieloletnim korespondencie Radia Wolna Europa w Wiedniu Ojcu chyba wstydu nie przyniosłem – Lechosław Gawlikowski Wacław Stanisław Pomorski, wrocławianin z wyboru, urodził się 15 V 1924 r. w Kielcach i tam spędził młode lata. Wywodził się z rodziny urzędniczej, a jego ojciec Antoni był pracownikiem Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego. Jak po latach wspominał, ojciec pracę swą cenił i traktował jako patriotyczny obowiązek. Zwykł był też do mawiać do syna: „Pamiętaj, abyś mi nigdy wstydu nie przyniósł”.

Wspomnienia o Wacławie Pomorskim – wieloletnim korespondencie Radia Wolna Europa w Wiedniu

Ojcu chyba wstydu nie przyniosłem – Lechosław Gawlikowski

Wacław Stanisław Pomorski, wrocławianin z wyboru, urodził się 15 V 1924 r. w Kielcach i tam spędził młode lata. Wywodził się z rodziny urzędniczej, a jego ojciec Antoni był pracownikiem Wojewódzkiego Urzędu Ziemskiego. Jak po latach wspominał, ojciec pracę swą cenił i traktował jako patriotyczny obowiązek. Zwykł był też do mawiać do syna: „Pamiętaj, abyś mi nigdy wstydu nie przyniósł”.

Wacek, z natury dość skryty, nie lubił mówić o sobie, wiadomo jednak, że matkę stracił, gdy miał zaledwie cztery lata. Dla chłopca była to tragedia tym większa, że jak to wówczas często bywało, ojciec był od żony dużo starszy i w chwili jej śmierci przekroczył już czterdziesty rok życia. Przed wybuchem wojny Wacek zdążył ukończyć trzecią klasę Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego. Podczas okupacji hitlerowskiej był w konspiracji, ale czy była to tylko praca przy podziemnych gazetkach, czy coś więcej – nie wiadomo. Po latach podsumował ten okres, pisząc: „Moje zmagania wojenne zakończyły się aresztowaniem i wywiezieniem na roboty przymusowe do Niemiec”.

Miał wiele szczęścia,

a może były to też wyniki starań ojca, trafił bowiem w styczniu 1941 r. nie do niewolniczej pracy w niemieckim przemyśle zbrojeniowym, ale do austriackiego bauera we wschodniej Karyntii, niedaleko granicy z dawną Jugosławią. Gospodarstwo w St. Michael koło Wolfsbergu było położone w terenie górzystym. Jego gospodarzom nie przelewało się. Traktowano go jednak względnie dobrze. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1941 r. wraz z towarzyszem niedoli postanowił uciekać pod osłoną nocy trasą Lavamünd – Dravograd. Schwytano ich jednak od razu. „Zamknięto w zimnym areszcie, karmiono źle, a za kilka dni, także pod osłoną nocy, przekazano hitlerowcom”.

Za ucieczkę skazano ich na prace w kamieniołomach, co jakże często oznaczało pewną śmierć, miał jednak i tym razem szczęście i po odbyciu kary powrócił do pracy w tym samym gospodarstwie u bauera w Karyntii. W rozmowie po latach stwierdził, że traktowano go tam chyba nie gorzej niż poprzednio, gdyż gospodarze uznali, że nauczkę już dostał w kamieniołomach i pracę w gospodarstwie będzie teraz bardziej cenił. Tak też się stało.

Po zakończeniu wojny, w maju 1945 Wacek przedostał się do Włoch i wstąpił do 2 Korpusu gen. Andersa. Był to krótki, ale zapewne najpiękniejszy okres w jego życiu. Był młody, pełen woli życia, dzięki dobrej znajomości łaciny, którą wkuwał w szkole pod nadzorem ojca, i wybitnym zdolnościom językowym, szybko nauczył się włoskiego na tyle, że mógł z czasem pracować jako tłumacz. Stacjonował początkowo na samym południu Włoch, w Materze koło Bari, poźniej koło Ankony, a w końcu w Rimini. Pełnił służbę w oddziałach zaopatrzenia Korpusu i w związku z tym wciaż jeździł po całych Włoszech. Ten okres swego życia podsumował w telegraficznym skrócie: „Wiosna, Italia, 2 Korpus gen. Andersa, Rzym, audiencja u papieża Piusa XII, koncerty Beniamina Gigli, pierwsza w życiu opera w Termach Karakalli, Caffè Greco. Wakacje nad jeziorem Como, którego perłą jest Villa Carlotta z przepiękna rzeźbą Amor i Psyche dłuta Antonio Canovy. Wreszcie Wenecja”. Włoski raj szybko się jednak skończył. Ewakuowany we wrześniu 1946 r. do Wielkiej Brytanii wraz z Korpusem mieszkał w „beczkach śmiechu” na byłym lotnisku wojskowym. Uczył się angielskiego. Ten kluczowy dla swego życia okres skomentował zwięźle: „W roku 1947 r. 2 Korpus znalazł sie na terenie Wielkiej Brytanii, a ja na liście żołnierzy-repatriantów. Jeszcze przed odjazdem udało mi sie w Liverpoolu na stadionie Goodison Park zobaczyć mecz piłkarski Everton ‒ Wolverhampton (0:2), zwiedzić szkocki Edynburg, by luksusowym brytyjskim statkiem odpłynąć wraz z innymi żołnierzami do Gdyni”.

Po latach, już we wrocławskiej kawiarni, wyznał: „Wiele słyszałem, ale Rosjan sam nie znałem. Gdy statek przybił do nabrzeża w Gdyni, a na brzegu

zobaczyłem sowietów

i gdy usłyszałem ich krzyki, tupot podkutych butów, gdy wbiegali po trapie na statek, nagle wszystko zrozumiałem, opanował mnie lęk, chciałem gdzieś uciekać, ukryć się, ale wiedziałem ze jest już za późno”. „Ojczyzna – dobra, czy zła, but my country. Konfrontacja raczej smutna. Szybki wyjazd do Kielc. Przejeżdżając przez miasto dorożką w mundurze, skupiałem na sobie groźne lub przymilne spojrzenia przechodniów. Mam wrażenie, że niektorzy mnie żałowali. Wreszcie dom rodzinny”.

Szczęście go nadal nie opuszczało. Podjął przerwaną przez wojnę naukę w Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego. Pierwsze przesłuchania. Poradzono mu, aby uciekał na Ziemie Zachodnie, gdyż tylko tam przeżyje. Rady tej posłuchał. wyjechał do Szczecina i tam ukończył gimnazjum dla dorosłych, zdając maturę (1947-1949). We Wrocławiu krótko studiował filologię angielską na Uniwersytecie, ale naukę przerwał. „Podjąłem studia na wydziale anglistyki, tak szybko, jak je podjąłem, jeszcze szybciej przerwałem. Był rok 1949, okres stalinizacji. Po prostu nie wytrzymałem. Podejmowałem prace w różnych instytucjach, w Operze Państwowej, w instytucjach miejskich, wreszcie dorabiałem korepetycjami”.

Pomorski był uzdolniony muzycznie, zaczynał jako śpiewak w chórze, później aranżował piosenki i pisał teksty, był nawet autorem libretta do baletu (tekst opublikowano w „Słowie Polskim” we Wrocławiu w 1956 r.). „Przyjmowano mnie w moich miejscach pracy serdecznie, kiedy jednak wyszło na jaw, że byłem w Anglii, reagowano już z większa ostrożnością. Tu i ówdzie szeptano: Facet nie wiedzieć kto, ale zna angielski”! Pracował w Operze Państwowej we Wrocławiu (1949-1956), wykonując prace zlecone. Po październiku, gdy mógł już otrzymać paszport, latem 1957 r. razem ze swą narzeczoną, Henryką Stankiewicz (primabaleriną Opery Wrocławskiej) wyjechał na wycieczkę do Pragi i Wiednia i już z niej nie powrócił.

Poprosił o azyl polityczny w Wiedniu

i kilka miesięcy spędził w obozie dla uchodźców. O tym kluczowym momencie swego życia napisał: „Wiedeń. Mam 33 lata. Trzeba zaczać od początku. Luźna współpraca z Radiem Wolna Europa zakonczyła się dla mnie pomyślnie. Zostałem pracownikiem RWE, członkiem Związku Prasy Miedzynarodowej (Verband der Auslandpresse in Wien), a przez pewien czas nawet członkiem jego władz”. Pracę etatową w Radiu Wolna Europa rozpoczął 1 VIII 1958, początkowo jako reporter (korespondent informacyjny) RWE, stając sie szybko jednym w najlepszych reporterów Działu Studiów i Analiz RWE. Jego pracę cenił wysoko nie tylko Kazimierz Zamorski, szef Polskiego Działu Studiów i Analiz, ale także dyrektor rozgłośni polskiej RWE Jan Nowak-Jeziorański, mianując go 1 VII 1975 korespondentem Rozgłośni Polskiej RWE w Wiedniu. Pomorski (podobnie jak Maciej Morawski w Paryżu) odgrywał szczególną rolę jako godny zaufania, wyrobiony politycznie i doskonale zorientowany w sytuacji krajowej rozmówca wybitnych osobistości polskich i przyjezdnych osób z Kraju, które chciały podzielić się z rozgłośnią polską ważnymi wiadomościami. Jego informacje oparte na wiarygodnych źródłach krajowych miały duże znaczenie dla RWE. Ze szczególnym sentymentem wspominał przejazdy przez Wiedeń w drodze do Rzymu biskupów polskich, na czele z Prymasem Polski Stefanem kardynałem Wyszynskim. Miał wówczas możność nagrywania dla RWE słów ks. Prymasa.

Kiedy Biuro RWE w Wiedniu zamknięto ze względów oszczędnościowych Jan Nowak-Jezioranski zaproponował mu pracę w zespole redakcyjnym w Monachium. Od 1 X 1978 Pomorski był redaktorem magazynu Panorama Dnia. Pracę swą wykonywał rzetelnie. Był dobrze zorganizowany, szybki. Ze szczególnym sentymentem wspominał później edytowanie reportaży z pielgrzymek Jana Pawła II. Na emeryturę przeszedł w 1989 r. I wrócił do Polski.

Jaki pozostał w mojej pamięci?

Pogodny, dowcipny, szczery, czasem ostry w sądach, Europejczyk, pozbawiony zupełnie polskich kompleksów, Sam pisał: „Do mego Wrocławia powracam często. Wrocław był w latach 1949-1956 miastem biednym i zapomnianym, dźwigającym się z gruzów wojennych. Był jednak duchem radosny i serdeczny uśmiechem lwowian, którzy się tutaj osiedlili. Obecnie Wrocław jest pięknie odbudowanym miastem, rzec by można wielką metropolią. Ale nie ujmuje już tak bardzo swą serdecznością. To już inny świat i inni ludzie”.

Zmarł we Wrocławiu po krótkiej chorobie 23 III 2018. Pochowany na cmentarzu przy ul. Bujwida. Uwagi o własnych losach zakończył: „Ojcu chyba wstydu nie przyniosłem. Raczej tylko wiele kłopotów z uwagi na mój charakter”.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej