Dość imigracji - Jerzy Pawlas

Zatrudnianie taniej siły roboczej pozwala produkować bez inwestycji technologicznych, zwiększających wydajność pracy. To pułapka średniego rozwoju. Niskie płace skazują polskich pracowników na emigrację, zaś gospodarkę i społeczeństwo na konsekwencje masowego napływu imigrantów-gastarbeiterów.

Zatrudnianie taniej siły roboczej pozwala produkować bez inwestycji technologicznych, zwiększających wydajność pracy. To pułapka średniego rozwoju. Niskie płace skazują polskich pracowników na emigrację, zaś gospodarkę i społeczeństwo na konsekwencje masowego napływu imigrantów-gastarbeiterów.

Bez zaawansowanych technologii, bez inwestycji prorozwojowych, trudno mówić o zwiększeniu produktywności pracy. Niemniej przedsiębiorcy nie wyciągają z tego praktycznych wniosków. Niskie płace w naszym kraju (zaledwie 46 proc. PKB, podczas gdy w sąsiednich krajach ok. 60 proc. ), to krótkowzroczny zysk przedsiębiorców. Nawet w stolicy mediana wynagrodzeń to 5,5 tys. zł brutto (25 proc. płac – 8,5 tys. zł, 25 proc. – poniżej 4 tys. zł). Najwięcej zarabia się w dziedzinie informatyki, telekomunikacji i bankowości (ok. 7 tys. zł brutto), najmniej w służbie zdrowia i edukacji (4 tys. zł). W porównaniu z zarobkami na prowincji to dużo, ale przecież równać trzeba do innych krajów.

Tymczasem ekonomiści od lat przestrzegają, że import taniej siły roboczej po prostu spowalnia wzrost wynagrodzeń, stymulując emigrację polskich pracowników. I chociaż płace rosną (5-6 proc. rocznie), to nie na tyle, by emigranci wracali do kraju. Eurostat wylicza średni polski zarobek na 5 tys. zł brutto (w ciągu 2-3 lat wzrost o 20 proc. ), ale gołym okiem widać, że to kwota nie dość atrakcyjna dla emigrantów (wychodźców ekonomicznych).

Polska potrzebuje wyższych płac – krzyczą bannery, a właściwie OPZZ, które przed 1 maja przypomina o swoim istnieniu. Jednak to przecież premier Leszek Miller, konsekwentnie reklamujący wrażliwość społeczną lewicy, zmniejszył podatek dla przedsiębiorców. Płacą tyle, co biedni obywatele. Taka bolszewicka równość. Teraz, gdy premier Mateusz Morawiecki proponuje daninę solidarnościową z przeznaczeniem na potrzeby niepełnosprawnych, nie milkną protesty. To ograniczenie praw i wolności obywatelskich – sekundują komercyjne media. Postkomunistyczno-neoliberalny quasi-kapitalizm broni swych zdobyczy – prawa do wyzysku, szantażowania krajowych pracowników gastarbeiterami, agresywnych optymalizacji podatkowych. Państwo solidarne to idea dla frajerów.

Interes do zrobienia

Reformatorzy polskiej gospodarki wmówili społeczeństwu, że można wprowadzić kapitalizm bez reprywatyzacji i powszechnego uwłaszczenia. Oligarchizacja pokazała, że można dorabiać się fortun dzięki kontaktom z władzą i krętactwu podatkowemu, jak również buszowaniu w szarej i czarnej strefie. Karuzele VAT-owskie, rozkręcone za rządów PO-PSL, przyniosły w latach 2008-2015 straty w budżecie, przekraczające 260 mld zł. Tylko w zeszłym roku wszczęto 65 tys. postępowań przygotowawczych. Skazano 16 tys. osób.

Robiono interesy na paliwie wwożonym do kraju i rozprowadzanym poza koncesjonowaną dystrybucją (nie płacąc VAT). Kombinowano z olejem napędowym fikcyjnie kwalifikowanym jako olej smarowy (nie płacąc akcyzy). Inwencji nie brakowało mafii i przestępcom, nie brakuje i przedsiębiorcom. Twórczo wykorzystują imigrantów, zatrudniając ich bez umów o pracę, płacąc niskie stawki. Ten dumping płacowy ma praktyczne znaczenie, gdy szacuje się imigrantów na 3 mln (ok. 90 proc. to obywatele ukraińscy). Można więc wyobrazić sobie skalę patologii.

Reformatorzy krajowej gospodarki wydali ją na pastwę zagranicznych koncernów, sieci handlowych, banków, firm ubezpieczeniowych i prawniczych. W dodatku uczynili z naszego kraju kolonię, której atutem miała być tania siła robocza. W tej sytuacji polskim przedsiębiorcom nie pozostawało nic innego, jak tylko – właśnie – dumpingować płacowo, zatrudniać na czarno imigrantów, strasząc nimi polskich pracowników, żądających podwyżki.

Dopiero podniesienie płacy minimalnej i stawki godzinowej ucywilizowało nieco warunki pracy. Niemniej do modernizacji firm, do wdrożenia innowacyjności jeszcze daleko. Chociaż już teraz sektor małych i średnich firm odpowiada za ¾ PKB, stanowiąc siłę napędową gospodarki. Jej dynamikę mogą zwiększyć wyższe płace.

Wyzysk neokolonialny

Miłośnicy konstytucji – w swym zapale do jej obrony – nie dostrzegli ponurego zjawiska. Otóż konstytucja mówi, że państwo urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej, wprowadzając społeczną gospodarkę rynkową, opartą na wolności gospodarczej, dialogu i współpracy partnerów społecznych. Tymczasem wolność gospodarcza sprowadza się do wolności dyktowania warunków zatrudnienia i wynagradzania, zaś dialog partnerów społecznych, czyli pracodawcy i pracownika, realizuje się w formie tzw. propozycji nie do odrzucenia – albo godzisz się na niskie stawki, albo nie pracujesz.

Tolerowane przez kolejne rządy wysokie bezrobocie ugruntowało uprzywilejowaną pozycję przedsiębiorców. Także jako lobby sejmowego, skoro tak rzadko posłowie podnosili minimalne stawki wynagrodzeń. Zaś walka z bezrobociem ograniczała się do eksportu taniej siły roboczej (ok. 3 mln osób), z uszczerbkiem dla budżetu (podatki) i ubezpieczeń społecznych (składki).

Jakby tego nie dość, likwidowano szkoły zawodowe (w 2005 roku było ich ok. 5 tys., w 2015 – ok. 4 tys.), a coraz mniej liczni absolwenci nie znajdowali zatrudnienia. Ostatnio bezrobocie dotyka 40 proc. absolwentów, ale jeszcze niedawno przekraczało połowę. Jedyną perspektywą życiową dla młodych ludzi była emigracja zarobkowa. Z raportu NIK wynika, że resort edukacji przez lata nie był w stanie uzgodnić z gospodarką prognozy zapotrzebowania na odpowiednio wykwalifikowanych pracowników.

Tymczasem większość zatrudnionych (2/3) nie osiąga nawet średniej krajowej. I jak tu realizować marzenia o dobrobycie, życiu rodzinnym czy awansie społecznym. Zaledwie ok. 1 mln zatrudnionych zarabia powyżej 7 tys. zł brutto (a więc ok. 3 proc. społeczeństwa). Dane GUS potwierdzają te szacunki szczęśliwców – zarabiający ok. 10 tys. zł brutto to 4,8 proc. zatrudnionych. Można im zazdrościć (nawet zważywszy powiedzenie, że pieniądze szczęścia na dają), ale nie sposób nie krytykować takiej struktury wynagrodzeń, tym bardziej, że cały czas wzrost wydajności pracy wyprzedza wzrost wynagrodzeń.

Eldorado dla gastarbeiterów

Charakterystyczne, że Bank Światowy w swym raporcie „Lekcje z Polski. Wnioski dla Polski” zaleca zarządzającym naszą gospodarką zwiększenie zatrudnienia imigrantów. Eksperci nie wspominają o możliwości (konieczności) umożliwienia powrotu do kraju polskich emigrantów zarobkowych. Zresztą podobnie myślą krajowi przedsiębiorcy, z których co czwarty chciałby zatrudnić ukraińskiego pracownika. Transformacyjni biznesmeni, zrzeszeni w BCC, sporządzili nawet listę zawodów, których przedstawiciele mieliby ułatwienia na naszym rynku pracy.

Jak podaje Eurostat, w 2017 roku liczba zezwoleń na pracę wzrosła o ok. 100 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. W tym roku ta liczba może być jeszcze większa, skoro weszły w życie nowe przepisy, upraszczające zatrudnianie gastarbeiterów. Oprócz trzyletnich zezwoleń, wydawanych przez wojewodę, starostowie wydają zezwolenia na pracę sezonową (do 9 miesięcy w roku). W 2017 roku przeważali pracownicy ukraińscy (85 proc.), obok białoruskich czy mołdawskich. Wydano 250 tys. zezwoleń na pracę (192 tys. dla przybyszy ukraińskich), natomiast na tzw. oświadczenia pracodawców przyjechało 1,8 mln gastarbeiterów (w tym 1,7 mln ukraińskich). Jak widać, eldorado dla gastarbeiterów jest również eldoradem dla pracodawców. Ukraiński pracownik zadowala się wynagrodzeniem rzędu 800 zł (uwzględniając ukraińskie ceny to siła nabywcza ok. 1,4 tys. zł polskich).

Ukraińskie źródła podają, że w naszym kraju legalnie pracuje 800 tys. ukraińskich obywateli. Są to szacunki w sposób oczywisty zaniżone, skoro eksperci NBP szacują ich liczbę na przynajmniej 1 mln. Nikt oczywiście nie zlicza pracowników nielegalnych. Niewykluczone, że w tym roku liczba ukraińskich pracowników przekroczy 3 mln. Już pracują w co dziesiątej polskiej firmie – na budowach, w produkcji, usługach, handlu, gastronomii, jako pomoc domowa. Ukrainizacja polskiego rynku pracy jest wynikiem tyleż nieudolności państwa, pazerności pracodawców, co krótkowzroczności polityków.

Rynek dumpingowy

W posowieckich republikach azjatyckich mieszka ok. 325 tys. osób polskiego pochodzenia (w Kazachstanie blisko 100 tys.). To wstyd dla polityków. że na liście pełnomocnika rządu ds. repatriacji od kilkunastu lat czeka na powrót do ojczyzny 2,7 tys. osób. W kraju liczba bezrobotnych wciąż przekracza 1 mln ludzi. Na emigracji zarobkowej przebywa ok. 3 mln polskich obywateli, zasilając obce państwa podatkami i składkami. Tak więc, potencjalnych rąk do pracy w naszej gospodarce nie brakuje. Trzeba tylko umożliwić im zatrudnienie.

Tymczasem preferuje się żywiołową imigrację ukraińską. Nie brakuje argumentów, że stabilizuje ona naszą gospodarkę, która nie sprostałaby podwyżkom płac polskich pracowników. Jak dotychczas wiele mówiło się o patriotyzmie zakupowym czy gospodarczym. Nie mówi się o patriotyzmie zatrudnieniowym. W tej sytuacji postulaty związkowców, by pracodawcy nie korzystali z taniej, importowanej siły roboczej, deregulującej rynek pracy, brzmią jak przysłowiowy głos wołającego na puszczy.

W programie PiS z 2014 roku zapisano utworzenie 1,5 mln miejsc pracy dla młodych. Jak na razie nie sformułowano propozycji dla emigrantów zarobkowych. Tymczasem rządowy raport demograficzny sygnalizuje, ze blisko połowa z nich chciałaby wrócić do kraju. Można by wykorzystać ich doświadczenie i kapitał. Co gorsza, snuje się programy proimigracyjne, dowodząc, że polska gospodarka w ciągu kilku najbliższych dekad powinna wchłonąć 5 mln imigrantów. Zamiast polityki prorodzinnej (pronatalistycznej) – polityka proimigracyjna. Fatalna perspektywa.

Jeżeli polskie PKB na mieszkańca (4,6 tys. zł) jest trzy razy mniejsze, niż np. w Wielkiej Brytanii (12,5 tys. zł), to w takiej proporcji są też niższe zarobki. Tania siła robocza nie zdynamizuje wzrostu gospodarki. Trzeba więcej płacić pracownikom. Także po to, by nadrobić zapóźnienia cywilizacyjne.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej