30. rocznica majowego strajku w Stoczni Gdańskiej Powrót Sentymentalnej Panny „S”- Andrzej Gelberg

Po wprowadzeniu stanu wojennego i zdławieniu wszystkich strajków, opór społeczny systematycznie malał. Wprawdzie istniało podziemie solidarnościowe, powstał na niespotykaną wcześniej skalę tzw. drugi obieg wydawniczy, nielegalne Radio Solidarność nadawało swoje audycje, jednak siła protestu z roku na rok wyraźnie słabła. Najgorszy był rok 1987, gdy wydawało się, że życie – marne, bo marne – jakoś wolno toczy się dalej, a pamięć o Solidarności została pozamiatana. I nagle – wiosną 1988 r. – historia przyspieszyła.

Pod koniec kwietnia 1988 wybuchły strajki w MPK w Bydgoszczy i Inowrocławiu – po dwóch dniach zlikwidowane. 26 kwietnia rusza akcja strajkowa w hucie im. Lenina w Nowej Hucie – spontanicznie inicjuje ją, zatrzymując walcownię, Andrzej Szewczuwianiec, który kilka lat wcześniej zasłynął z podłożenia ładunku wybuchowego pod pomnik Włodzimierza Iljicza, co zakończyło się urwaniem stopy wodza rewolucji.

Następnego dnia próbuje ruszyć podwarszawski „Ursus” – bezskutecznie. Wspólnym hasłem tych chimerycznie inicjowanych akcji protestacyjnych jest: „Nie ma wolności bez Solidarności” – nic więc dziwnego, że oczy skierowane są na Gdańską Stocznię, też nomen omen imienia Lenina. A tam starterem nie może być nikt inny niż Lech Wałęsa, zatrudniony w tym czasie w stoczni w charakterze elektryka.

Kolebka w roli redut

2 maja Wałęsa przestaje hamletyzować i ogłasza strajk okupacyjny w Stoczni Gdańskiej. Zaczynają się schody, gdyż z kilkutysięcznej załogi stoczniowej decyduje się wziąć w nim udział zaledwie 350-400 osób, a to z trudnością wystarcza na rotacyjne obsadzenie kilku bram stoczni oraz niezbędnych służb porządkowych. Sercem strajku staje się stołówka przy II bramie – tam na pięterku rezyduje komitet strajkowy, tam również śpią pokotem na styropianach strajkujący stoczniowcy, a także tzw. osoby wspierające. Tych ostatnich jest garstka – zaledwie 20-30.

Od słynnego strajku sierpniowego z roku 1980, ten różni się niemal wszystkim. I nie chodzi tylko o nikłą frekwencję, a także brak poparcia innych gdańskich zakładów. W konsekwencji nie ma, jak wtedy, Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, a próba nakłonienia nawet leżącej o rzut beretem Stoczni Remontowej, żeby dołączyła, kończy się fiaskiem. Cechą charakterystyczną majowego strajku było to, że absolutnie dominowali ludzie bardzo młodzi, którzy w Sierpniu’80 musieli chodzić do szkoły podstawowej, a weteranów strajkowych była garstka. Ktoś powie – to normalne, udział w takiej akcji wymagał odwagi, niejako z natury rzeczy przypisanej ludziom młodym, w końcu w Sierpniu’80 także w stoczni przeważali młodzi, ale jednak wtedy istotną i całkiem liczną grupę stanowili stoczniowcy biorący udział w akcji protestacyjnej roku 1970.

Świetnie uchwycił to Jacek Kaczmarski, od którego piosenki zapożyczyłem tytuł tego wspomnieniowego felietonu: Niespodziewanie nam pomogli jej nowi wielbiciele młodzi, wielbiący ją jak starą gwiazdę, co zamiast spadać – nagle wschodzi…I na ramionach ją ponieśli z tą siłą, której nam nie stało.

4 maja, trzeciego dnia strajku w Stoczni Gdańskiej, Dziennik Telewizyjny przekazał informację o pacyfikacji huty im. Lenina. Stocznia otoczona ze wszystkich stron przez pododdziały ZOMO stała się osamotnioną redutą. Mimo grozy, było w tym coś wzniosłego i patetycznego.

Komitet strajkowy, doradcy, osoby wspomagające

Nominalnym przewodniczącym komitetu strajkowego był stoczniowy inżynier Alojzy Szablewski, chociaż dla wszystkich było oczywiste, że faktycznym szefem jest Lech Wałęsa. Autorytet naszego noblisty był na tyle duży, że cieszył się pewnymi względami…u dowódcy pododdziałów ZOMO i kiedy miał dosyć spania na styropianie – przepuszczano go, żeby mógł przenocować we własnym łóżku, a gdy wracał następnego dnia, nie musiał przeskakiwać przez płot. Podobne względy miał doradca komitetu strajkowego, Tadeusz Mazowiecki, który – jak niosła strajkowa plotka (nigdy nie sprostowana) – nocował na statku-muzeum MS Sołdek. Ważną postacią był w komitecie strajkowym Andrzej Celiński, opozycjonista z niemałym stażem, wybrany w „Olivii” na pierwszym zjeździe Solidarności na sekretarza Komisji Krajowej, z którym miałem – o czym później – ciekawą rozmowę. Ale najważniejszymi członkami komitetu strajkowego byli Jarosław i Lech Kaczyńscy. Wtedy niespełna czterdziestoletni, ubrani w krótkie spodenki (maj był nadzwyczaj gorący) wyglądali bardzo młodzieńczo. To na nich głównie spadał obowiązek prowadzenia pertraktacji z tzw. drugą stroną, czyli dyrektorem stoczni. Było rzeczą oczywistą, że jakiekolwiek postulaty polityczne były poza kompetencją dyrektora, na kolejnych spotkaniach rozmawiano więc o niczym, czekając na jakiś sygnał z Warszawy. A ten nie nadchodził.

Spośród osób wspierających strajk warto wymienić Bogdana Borusewicza, Macieja Łopińskiego, Krzysztofa Wyszkowskiego, Wojciecha Giełżyńskiego, Krzysztofa Dowgiałłę, Szymona Pawlickiego, Barbarę Krasowską, Agnieszkę Dojlido, Jacka Kurskiego, Piotra Semkę.

Kilka wspomnień

Strajk jest czekaniem, czas snuje się wolno. Żeby zapobiec nudzie, ale także żeby utrzymać bojowy nastrój, organizatorzy strajku zwołują do stołówki 2-3 razy dziennie wszystkich, którzy akurat nie pełnią dyżurów. Gdy siadał nastrój, a ludzi ogarniał strach, że „tej nocy na pewno wejdą i nas spacyfikują” – pojawiał się Wałęsa i jak prestidigitator, w jakiś czarodziejski sposób podnosił ludzi na duchu. I odwrotnie – gdy od czasu do czasu strajkujących ogarniało chwilowe szaleństwo i chęć do jakiegoś gwałtownego działania, potrafił skutecznie studzić rozpalone głowy.

W stołówce odbywały się spontaniczne koncerty, oczywiście w wykonaniu amatorów, którym udało się przemycić do stoczni gitarę. Jednym z nich był student drugiego roku ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego – Jacek Kurski zwany przez wszystkich „Kurą”. Zafascynowany twórczością Jacka Kaczmarskiego, grał i śpiewał tylko jego utwory. I wtedy miało miejsce niezwykłe wydarzenie. Była ciepła, gwiaździsta noc, wdrapaliśmy się razem z „Kurą” na dach wartowni, Jacek, z początku delikatnie, a potem bardziej energicznie zaczął szarpać struny gitary, w końcu śpiewać. Jak już wspomniałem – stocznia była otoczona przez zomowców rozstawionych wzdłuż ogrodzenia co 30-50 metrów. Po chwili mieliśmy parę metrów niżej trzech umundurowanych, w pełnym rynsztunku słuchaczy. Zdarzyło się wtedy coś niewiarygodnego. W trakcie śpiewania „Źródła”, Jacek zapomniał tekst. Otrzymał natychmiastową pomoc, zomowiec, zapewne rówieśnik „Kury”, lepiej pamiętał tekst tej piosenki.

I jeszcze jedno zapamiętane zdarzenie z cyklu „nocne Polaków rozmowy”. Razem z Andrzejem Celińskim udaliśmy się którejś nocy na przechadzkę po opustoszałej stoczni. Na tle gwiaździstego nieba odcinały się ostro sylwetki potężnych dźwigów, co tworzyło szczególny klimat. Tu zacznę od dygresji – od pamiętnego Sierpnia interesowała mnie postać Wałęsy. Byłem jak najdalszy od zbiorowej – zwłaszcza w okresie „karnawału” – fascynacji elektrykiem z Gdańska, sporo już na jego temat wtedy wiedziałem (chociaż nie znałem jego agenturalnej działalności), chciałem wiedzieć więcej. A Celiński do wzbogacenia mojej wiedzy jak najbardziej się nadawał, był wszak jednym z najbliższych współpracowników przewodniczącego. Gdy zadałem pierwsze pytanie, Celiński nie dopuścił do tego, żebym mógł zadać drugie. To był rwący i nieprzebrany potok inwektyw i dyskwalifikujących opinii pod adresem naszego noblisty. Byłem zaskoczony i doprawdy pod wrażeniem.

Westerplatte

Życie strajkowe toczyło się według utrwalonego już porządku. Komitet strajkowy obradował codziennie po śniadaniu. Kaczyńscy co drugi dzień udawali się do dyrekcji stoczni na pertraktacje kończące się niczym. Jakoś zanikła obawa przed pacyfikacją, nastrój wśród strajkujących stoczniowców się poprawił. W kilku miejscach na obrzeżach stoczni zakwitły bzy. Maj był zaiste wyjątkowy.

I przyszedł 10 maja. Od samego rana coś wisiało w powietrzu. Tuż po śniadaniu, zamiast jakiejś prelekcji czy koncertu, rozpoczęła się w stołówce monotonna, długotrwała, zbiorowa modlitwa. Gdzieś koło południa komitet ogłosił zakończenie strajku. – Oferują nam jakieś ochłapy, a my chcemy naszej Solidarności. Nie chcą ustąpić dzisiaj, wywalczymy to następnym razem – profetycznie stwierdził Krzyś Wyszkowski.

Zabezpieczona grubymi łańcuchami brama nr II została odblokowana i niespecjalnie wielki pochód strajkujących ruszył w kierunku kościoła św. Brygidy. Proboszcz Henryk Jankowski nakazał bicie w kościelne dzwony. Na czele pochodu szli Wałęsa z Mazowieckim. Wielu mężczyzn miało opuszczone głowy, niektóre dziewczyny płakały. Jeszcze zanim pochód ruszył, Alojzy Szablewski stwierdził: „Wychodzimy ze stoczni z podniesionym czołem, jak żołnierze Westerplatte. Obroniliśmy honor stoczniowca, a o Solidarność nie przestaniemy się upominać i ją wywalczymy”. Jak się okazało ta przepowiednia spełniła się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał.

 

I już na zakończenie warto odnotować, że wśród garstki osób wspierających strajk znaleźli się późniejsi dwaj prezydencji RP (Lech Wałęsa i Lech Kaczyński), dwaj premierzy (Tadeusz Mazowiecki i Jarosław Kaczyński), marszałek senatu (Bogdan Borusewicz), dwaj ministrowie (Maciej Łopiński i Andrzej Celiński), szef TVP i kilku znanych dziennikarzy.


 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej