Wykonując pracę- Jerzy Pawlas

Takiego wzrostu płac nie było prawie od dziesięciu lat. W kwietniu zanotowano jego dynamikę – 7,8 proc. w skali rok do roku. Średnie wynagrodzenie przekroczyło 4840 zł brutto. Wreszcie będzie można mówić o godnej pracy i godziwej płacy – cieszą się pracownicy. Wzrost płac większy niż wydajność i produktywność – narzekają pracodawcy. Wyższe wynagrodzenia mogą stymulować inflację – ostrzegają sympatyzujący z nimi ekonomiści.

Takiego wzrostu płac nie było prawie od dziesięciu lat. W kwietniu zanotowano jego dynamikę – 7,8 proc. w skali rok do roku. Średnie wynagrodzenie przekroczyło 4840 zł brutto. Wreszcie będzie można mówić o godnej pracy i godziwej płacy – cieszą się pracownicy. Wzrost płac większy niż wydajność i produktywność – narzekają pracodawcy. Wyższe wynagrodzenia mogą stymulować inflację – ostrzegają sympatyzujący z nimi ekonomiści.

Jak na razie GUS podaje, że zatrudnienie wzrasta (w grudniu ub. roku o 4,6 proc. w porównaniu do 2016 roku). Pracownicy (także potencjalni) są więc w dobrej sytuacji. Skoro są potrzebni, to trzeba im więcej płacić. Nie zawsze jest to w interesie pracodawców, którzy tradycyjnie narzekają na wysokie koszty pracy (choć ta opinia nie wytrzymuje konfrontacji z warunkami zatrudnienia w innych krajach europejskich).

Cokolwiek by mówić o poczynaniach obecnego rządu i nie być posądzonym o tzw. propagandę sukcesu, nie da się ukryć dynamicznego rozwoju gospodarki. Wskazują na to dane Eurostatu. W ciągu 2-3 ostatnich lat polskie zarobki wzrosły z 4 tys. zł brutto do 5 tys. zł brutto, osiągając przyrost ponad 20 proc. To się nie zdarzało za rządów PO-PSL.

Długoletnie bezrobocie jako scheda po eksperymentach reformatorów transformacyjnych rozbestwiło pracodawców. Mogli płacić mało, dyktować warunki zatrudnienia. W konsekwencji polscy pracownicy bili globalne rekordy przepracowanych godzin. Rocznie było ich ponad 1960, czyli sam szczyt światowej tabeli (za Rosją, Grecją, Chile czy Kostaryką). Znacznie mniej pracuje się w Holandii, Francji, Niemczech, Norwegii czy Czechach. Transformcyjny wyzysk wreszcie się kończy (niskie bezrobocie, wyższe płace). Przyszła pora na ucywilizowanie rynku pracy.

Odbicie od dna

Ani w PRL, ani podczas balcerowiczowskich eksperymentów ekonomicznych nigdy nie udawało się przybliżyć przyrostu PKB na statystyczna głowę do poziomu, jaki osiągały europejskie gospodarki. Dopiero niedawno znacząco zmalały różnice między naszym krajem, a Portugalią czy Hiszpanią. Nadal francuskie PKB wyprzedza polskie o blisko połowę, a włoskie o ponad 30 proc. Niemniej tzw. doganianie Zachodu jeszcze potrwa, skoro w 2006 roku niemieckie PKB było 1,8 razy większe, niż polskie.

Tymczasem rekord padł już w grudniu 2017 roku. Średnia płaca sięgnęła 5 tys. zł brutto (n.b. nie bez udziału świątecznych dodatków i premii). Jednak takiego przyrostu (7,3 proc.) jeszcze nie było w historii naszej gospodarki. Eksperci rynku pracy przewidują dalszy wzrost wynagrodzeń, opierając prognozy na malejącym bezrobociu. Wobec braków kadrowych (szczególnie w budownictwie, logistyce, transporcie) płace muszą rosnąć.

Reformatorzy transformacyjni zmierzali w kierunku oligarchizacji gospodarki. Ustawili pracowników w wygodnym narożniku. Są roszczeniowi, mało wydajni, narzekają. A przecież powinni cieszyć się, że mają zatrudnienie. A skoro mało zarabiają, mogą wziąć kredyt. Kto zaś nie radzi sobie na zbarbaryzowanym rynku pracy – sam sobie winien.

W 2015 roku ponad 11 proc. zatrudnionym zagrażało ubóstwo (tzw. biedni pracujący), podczas gdy np. w Czechach tylko 4 proc. Wysokie bezrobocie zwiększało jeszcze skalę wykluczenia ekonomicznego. Dopiero podniesienie stawki i płacy minimalnej oraz Program 500+ zmniejszył to patologiczne zjawisko. Jak podaje GUS, w 2016 roku skrajne ubóstwo spadło o 25 proc. Dochód przeciętnego gospodarstwa domowego wzrósł o 7 proc. Zmniejszyła się liczba zatrudnionych, zarabiających poniżej połowy średniej krajowej. To optymistyczne początki dobrostanu pracowniczego. Jednak pozostaje jeszcze wiele do zrobienia, skoro w 2016 roku najwięcej pracowników zarabiało 2074 zł brutto (ok. 1511 na rękę).

Przyjazny pracodawca

Ograniczenie handlu w niedziele miało spowodować katastrofę gospodarczą – zwolnienia pracowników, bankructwo firm handlowych, mniejsze wpływy do budżetu. Sieci handlowe kombinowały z wprowadzeniem jakiegoś systemu czterobrygadowego, jakichś nocnych zmian. Apokaliptyczne wizje wskazywały na determinację zagranicznych firm, które nie zamierzały rezygnować z krociowych zysków (unikając płacenia podatków), z traktowania pracowników jako prymitywne narzędzia. Przekupując reklamami media, ubolewały nad nieszczęśliwym losem klientów, pozbawionych niedzielnych wędrówek po galeriach.

Tymczasem już po pierwszym miesiącu obowiązywania ograniczeń okazało się, ze sprzedaż wzrosła (wg GUS w marcu o 9,2 proc.). Z kolei ekonomiści Pekao S.A. prognozują, że dynamika konsumpcji może być nawet wyższa niż w zeszłym roku. Co do klientów, to szybko przeorientowali się na normalność (taką, jaka jest w innych krajach). Natomiast przedsiębiorcy – chcąc nie chcąc – uczynili nasz kraj bardziej przyjaznym dla pracowników (przywracając im niedziele), a także dla klientów. Po prostu mają więcej czasu dla siebie i rodziny. Czas wolny przestał być przywilejem dla beneficjentów transformacji. Obywatele-klienci poczuli się jak w rozwiniętych demokracjach, gdzie szanuje się godność pracownika i jego prawo do wypoczynku.

Przykład handlu pokazuje, że pracodawcy nie mogą kierować się tylko swoim doraźnym interesem (zyskiem). W końcu nie jest tajemnicą, że bez zwiększenia wydajności pracy (czyli inwestycji) nie będzie w przyszłości ani zysków, ani lepszej sytuacji gospodarczej. Nie można zadowalać się tanim pracownikiem (najchętniej importowanym). Taki model przedsiębiorczości (zysk za wszelką cenę) nie umożliwia rozwoju, innowacyjności czy modernizacji, lecz hamuje wzrost płac (stymulując emigrację polskich pracowników). Na krótką metę wygodny dla pracodawców, lecz w dłuższej perspektywie prowadzi gospodarkę (i przedsiębiorców) do pułapki średniego rozwoju (stagnacji).

Przedsiębiorcy niechętnie dzielą się informacjami na temat swoich działań (nie mówiąc o zyskach), stosunku do zatrudnionych (oszczędzają na nich, nie respektują praw pracowniczych i związkowych). Niemniej czasy neoliberalnego wzorca wolności gospodarczej (gdy pracodawca pracownikowi wilkiem) już mijają. Nie oznacza to jeszcze nawrócenia na katolicką naukę społeczną czy konstytucyjną społeczną gospodarkę rynkową, jednak świadomość, że aktywna nowoczesna przedsiębiorczość, konieczność wprowadzenia nowoczesnych technologii, wymagają inwestycji i partnerskiego traktowania zatrudnionych – staje się coraz bardziej powszechna. Zwiększenie produktywności pracy to warunek utrzymania się na rynku.

Szczęśliwy pracownik

Mimo namolnych narzekań zawiadujących sieciami handlowymi, chętnie nagłaśnianych przez antyrządowe media, ograniczenie niedzielnego handlu nie wywołało redukcji zatrudnienia. Przeciwnie. Resort pracy szacuje, że w handlu brakuje nawet 150 tys. pracowników. Tym bardziej, że zatrudnionych często wrabia się w wykonywanie różnych prac (jakby byli na kilku etatach). Wzrost zarobków (sięgają 4 tys. zł) nie zawsze rekompensuje wysiłek multietatowca. Niezależnie od tego, ograniczenie niedzielnego handlu jest sukcesem związkowców i prawie miliona pracowników.

Na ostatniej Radzie Mieszkalnictwa sformułowano projekt zapewnienia siły roboczej dla branży budowlanej (m.in. program Mieszkanie+). W przyszłym roku w budowie będzie ponad 100 tys. mieszkań. Wykwalifikowanej siły roboczej brakuje także w przedsiębiorstwach infrastrukturalnych (braki odczuwa 40 proc. z nich). Chociaż na budowie można zarobić więcej, niż w parlamencie po obniżce (fachowiec osiąga 10 tys. zł), to polskich pracowników brakuje. Być może wynagrodzenie nie jest dość atrakcyjne (ciężka praca na powietrzu). W każdym razie nie dla tych pracowników, którzy wyemigrowali do zachodnich krajów (np. w Wielkiej Brytanii mogą zarobić 15 tys. zł). W sytuacji, gdy 2/3 przedsiębiorstw ma kłopoty ze znalezieniem pracowników, rozwiązaniem są albo wyższe płace, albo imigranci.

Tymczasem (na przekór totalnej opozycji) Bank Światowy nie może nachwalić się polskiej gospodarki (obok niemieckiej, estońskiej czy łotewskiej). Oferuje ona firmom i pracownikom najwięcej możliwości. Szanse mają szczególnie młodzi, dysponujący umiejętnościami, potrzebnymi na rynku pracy. Poza tym pracodawcy coraz bardziej doceniają kobiety (czego jakoś nie dostrzegają feministki). 91 proc. z nich pracuje na pełnym etacie (średnia dla krajów OECD – 75 proc.). Z danych Eurostatu wynika, że w 2016 roku zarabiały zaledwie 7,2 proc. mniej, niż mężczyźni (średnia UE – 16 proc.).

Pod względem przyjazności rynku pracy dla kobiet (niskie bezrobocie, pełny etat, wynagrodzenie podobne do mężczyzn) nasz kraj plasuje się na 9. miejscu w OECD. Mimo tych radosnych okoliczności (tak dobrego stanu rynku pracy nie było od początków tzw. transformacji), zaledwie 37 proc. zatrudnionych jest szczęśliwych w swoim miejscu pracy. To zaskakująco niekorzystna wiadomość dla pracodawców, bo przecież zadowoleni pracownicy są bardziej produktywni, twórczy, lojalni i mniej chorują. Być może pracowniczy program emerytalny poprawi ich nastroje, choć pracodawcy nie wykazują entuzjazmu, zaś antyrządowi ekonomiści (niegdyś zachwalali OFE) nie szczędzą kpin i krytyki.

Wspólnota pracy

Przedsiębiorca inwestuje, tworzy miejsca pracy. To jest przedsięwzięcie ekonomiczne, ale zarazem społeczne, bo zatrudnia pracownika. Jeden zależny od drugiego. Jeden pomnaża swój kapitał (osiąga zyski), drugi zarabia na siebie i swoja rodzinę. Ta relacja może być bardziej lub mniej partnerska, podmiotowa. Współpraca, współdziałanie ludzi oferującym innym swoje produkty, usługi. Ta relacja międzyludzka może być mniej lub bardziej ludzka, mniej lub bardziej określona przepisami, skodyfikowana.

W kraju, w którym związek zawodowy obalił system komunistyczny, uzwiązkowienie pracowników należy do najniższych wśród cywilizowanych państw. Pracodawcy, szczególnie zagraniczni, używają wszelkich sposobów, by uniemożliwić powstanie związku zawodowego, choć to sprzeczne z ustawodawstwem polskim i brukselskim. Z kolei przedsiębiorcy nie zrzeszają się w związki pracodawców, więc związkowcy nie mają partnera do zawierania branżowych układów zbiorowych pracy, określających stawki wynagrodzeń i warunki pracy. Widać w kapitalizmie pookrągłostołowym, nie trzeba uspołeczniać, upodmiotawiać stosunków pracy. Zresztą ich brakiem nie interesują się miłośnicy i obrońcy praw człowieka czy obywatela. W każdym razie, w II RP, w 1937 roku układy zbiorowe obejmowały 2/3 zatrudnionych.

Brak układów zbiorowych, które nie są archaiczne, jak to utrzymują ich przeciwnicy, uniemożliwia cywilizowanie stosunków pracy. Podobnie brak nowoczesnego kodeksu pracy. Pracodawcy chcą jego liberalizacji, co nie jest w interesie pracowników. Do ich współdziałania, powstania wspólnoty pracy daleko.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej