Brudne gry polityczne opozycji – Jerzy Jachowicz

Opozycja wykorzystuje każdy pretekst do wciągania w swój zaprzęg ludzi niezaangażowanych politycznie i stara się z nich stworzyć narzędzie uderzające w rząd. Tak wykorzystano niedawno grupę niepełnosprawnych młodych ludzi i ich opiekunów protestujących w Sejmie. Wkrótce potem zwykłe dzieci i młodzież szkolną.

 

Nawet jeżeli niepełnosprawnych i ich opiekunów przywiodła do Sejmu czysta motywacja walki o należne im prawa, to w miarę upływu czasu ich postawa w coraz większym stopniu nasiąkała elementami politycznymi.

Manipulacja totalniaków

Nie brało się to z powietrza. Narastająca w nich niechęć do rządu była skutkiem działań polityków Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej. Pod płaszczykiem psychologicznego wsparcia i pozorowanych aktów pomocy, politycy przedstwiali negatywny obraz rządu. Jako instytucji, zamienionej w okopaną twierdzę, nieczułą na potrzeby strajkujących.

Również w czarnym świetle przedstawiali marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako złego człowieka, który robi wszystko, aby utrudnić niepełnosprawnym i ich opiekunom pobyt w Sejmie i uniemożliwić im korzystanie z różnych pomieszczeń, niezbędnych do normalnego funkcjonowania.

Po zakończeniu protestu opozycja była przez kilka dni była nieco zagubiona, bo straciła pretekst do atakowania rządu. Jednak już po tygodniu nadarzyła się nowa okazja do wzmocnienia cynicznej agresji.

Kontrposiedzenie Sejmu dzieci i młodzieży

Używam świadomie wyrażenia „cyniczna agresja”. Kiedy opozycja wykorzystała niepełnosprawnych do realizacji swoich politycznych porachunków, ogromna części opinii publicznej zareagowała niechęcią. Zmalała też sympatia do strajkujących, do czego szczególnie przyczyniły się wypowiedzi przed kamerami jednej z matek, Iwony Hartwich: „Mam apel do całego społeczeństwa. Zróbcie wszystko, żeby żadna osoba z PiS-u nie weszła do żadnego samorządu!”.

Wydźwięk tego apelu uzewnętrznił prawdziwe intencje strajkujących. Nie chodziło już tylko o przeforsowanie żądania 500 zł na każdego niepełnosprawnego, ale o zaszkodzenie rządowi.

Taka sama intencja, tyle że niezwerbalizowana, przyświecała opozycji, która zorganizowała alternatywny sejm dzieci i młodzieży na Uniwersytecie Warszawskim z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Marszałek Marek Kuchciński dwa tygodnie wcześniej zapowiedział konieczność przełożenia tej imprezy. Była to decyzja usprawiedliwiona, ponieważ marszałek Sejmu chciał oszczędzić polskiej młodzieży przykrego widoku strajkujących niepełnosprawnych. Zdecydował, że wyjątkowo posiedzenie zostanie przeniesione na wrzesień.

Opozycja natychmiast skwapliwie wykorzystała tę sytuację, organizując swoiste kontrposiedzenie Sejmu dzieci na Uniwersytecie Warszawskim. Prawdę mówiąc, nie kwestionowałbym tego utrzymania tradycji, aby Sejm odbywał się 1 czerwca, a wobec niemożności zorganizowania go w Sejmie, przeprowadzenia w innym miejscu, gdyby nie dwa ważne fakty. Pierwszy, że natychmiast w jego organizację zaangażowała się opozycja i że to ona akurat poczuła się patronem posiedzenia. Na czele komitetu organizacyjnego stanęła Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. To był najbardziej żenujący element tego alternatywnego parlamentu.

Przypomnę, że Hanna Gronkiewicz-Waltz jest w tej chwili bodajże numerem jeden skompromitowanych polityków Platformy Obywatelskiej. No, może mógłby się z nią ścigać o to „zaszczytne” miejsce niedawny sekretarz generalny PO Stanisław Gawłowski, siedzący od ponad miesiąca w areszcie, oskarżony przez prokuraturę o korupcję. Mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie ma żadnych zarzutów kryminalnych, to jednak jej nazwisko i pozycja w Platformie Obywatelskiej kwalifikują ją bardzo nisko. A jeśli weźmie się pod uwagę charakter spraw, za które ponosi odpowiedzialność, to spada na polityczne dno. Chodzi oczywiście o złodziejską reprywatyzację w Warszawie. Hannę Gronkiewicz-Waltz kompromitują zarówno dopuszczenie do dzikiej reprywatyzacji nieruchomości w stolicy, jak i całkowite ignorowanie komisji weryfikacyjnej i jej decyzji. Swoją postawą obniża rangę pełnionej funkcji nauczyciela akademickiego. Jest profesorem prawa. W tej chwili w Polsce nie ma innej osoby, która by tak demonstracyjnie lekceważyła prawo. Przykre jest więc, że jako jeden z patronów parlamentu dzieci i młodzieży, staje się jednocześnie wzorem dla młodzieży.

Zgoda władz uniwersytetu na przeprowadzenie w murach uczelni alternatywnego parlamentu dzieci i młodzieży obrazuje degrengoladę całego środowiska akademickiego w Warszawie. Władze uczelni, rektor i inne osoby, doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że wpuszczając tzw. sejm dziecięcy do Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, opowiada się jako instytucja o nastawieniu antyrządowym.

Uniwersytet Warszawski, wbrew statusowi wyższej uczelni (szczególnie, że jest ośrodkiem tak zasłużonym dla polskiej nauki) już wcześniej jawnie okazywał swoje sympatie i antypatie polityczne. Tak zdarzyło się w marcu tego roku, kiedy władze uczelni odmówiły udziału Irenie Lasocie w jednym ze spotkań poświęconych marcowi '68. Legendarna uczestniczka słynnego wiecu 8 marca 1968 roku na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, która wówczas odczytała apel młodzieży akademickiej o respektowanie praw obywatelskich, 60 lat później, w nowej Polsce wolnej od komunizmu, dostała zakaz wstępu na Uniwersytet, tylko dlatego że jej poglądy różnią się od poglądów obecnej opozycji.

Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego, oceniając sejm dzieci na Uniwersytecie Warszawskim, określił postawę władz uczelni jako „zagubienie środowiska akademickiego”. To bardzo delikatne określenie postawy władz uniwersytetu. Ja bym ją nazwał kompletną degeneracją. UW zmienia się w aktywnego i nader gorliwego uczestnika wojny politycznej.

 

Młodzież, która uczestniczyła w tej alternatywnej imprezie nie zdaje sobie zapewne sprawy, że nie jest żadnym podmiotem, o którego wychowanie i doskonalenie zabiegają nauczyciele akademiccy, ale staje się w ich rękach, podobnie jak w rękach polityków, przedmiotem manipulacji.

 

Nawet jeżeli niepełnosprawnych i ich opiekunów przywiodła do Sejmu czysta motywacja walki o należne im prawa, to w miarę upływu czasu ich postawa w coraz większym stopniu nasiąkała elementami politycznymi.

Manipulacja totalniaków

Nie brało się to z powietrza. Narastająca w nich niechęć do rządu była skutkiem działań polityków Nowoczesnej i Platformy Obywatelskiej. Pod płaszczykiem psychologicznego wsparcia i pozorowanych aktów pomocy, politycy przedstwiali negatywny obraz rządu. Jako instytucji, zamienionej w okopaną twierdzę, nieczułą na potrzeby strajkujących.

Również w czarnym świetle przedstawiali marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego jako złego człowieka, który robi wszystko, aby utrudnić niepełnosprawnym i ich opiekunom pobyt w Sejmie i uniemożliwić im korzystanie z różnych pomieszczeń, niezbędnych do normalnego funkcjonowania.

Po zakończeniu protestu opozycja była przez kilka dni była nieco zagubiona, bo straciła pretekst do atakowania rządu. Jednak już po tygodniu nadarzyła się nowa okazja do wzmocnienia cynicznej agresji.

Kontrposiedzenie Sejmu dzieci i młodzieży

Używam świadomie wyrażenia „cyniczna agresja”. Kiedy opozycja wykorzystała niepełnosprawnych do realizacji swoich politycznych porachunków, ogromna części opinii publicznej zareagowała niechęcią. Zmalała też sympatia do strajkujących, do czego szczególnie przyczyniły się wypowiedzi przed kamerami jednej z matek, Iwony Hartwich: „Mam apel do całego społeczeństwa. Zróbcie wszystko, żeby żadna osoba z PiS-u nie weszła do żadnego samorządu!”.

Wydźwięk tego apelu uzewnętrznił prawdziwe intencje strajkujących. Nie chodziło już tylko o przeforsowanie żądania 500 zł na każdego niepełnosprawnego, ale o zaszkodzenie rządowi.

Taka sama intencja, tyle że niezwerbalizowana, przyświecała opozycji, która zorganizowała alternatywny sejm dzieci i młodzieży na Uniwersytecie Warszawskim z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Marszałek Marek Kuchciński dwa tygodnie wcześniej zapowiedział konieczność przełożenia tej imprezy. Była to decyzja usprawiedliwiona, ponieważ marszałek Sejmu chciał oszczędzić polskiej młodzieży przykrego widoku strajkujących niepełnosprawnych. Zdecydował, że wyjątkowo posiedzenie zostanie przeniesione na wrzesień.

Opozycja natychmiast skwapliwie wykorzystała tę sytuację, organizując swoiste kontrposiedzenie Sejmu dzieci na Uniwersytecie Warszawskim. Prawdę mówiąc, nie kwestionowałbym tego utrzymania tradycji, aby Sejm odbywał się 1 czerwca, a wobec niemożności zorganizowania go w Sejmie, przeprowadzenia w innym miejscu, gdyby nie dwa ważne fakty. Pierwszy, że natychmiast w jego organizację zaangażowała się opozycja i że to ona akurat poczuła się patronem posiedzenia. Na czele komitetu organizacyjnego stanęła Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz. To był najbardziej żenujący element tego alternatywnego parlamentu.

Przypomnę, że Hanna Gronkiewicz-Waltz jest w tej chwili bodajże numerem jeden skompromitowanych polityków Platformy Obywatelskiej. No, może mógłby się z nią ścigać o to „zaszczytne” miejsce niedawny sekretarz generalny PO Stanisław Gawłowski, siedzący od ponad miesiąca w areszcie, oskarżony przez prokuraturę o korupcję. Mimo że Hanna Gronkiewicz-Waltz nie ma żadnych zarzutów kryminalnych, to jednak jej nazwisko i pozycja w Platformie Obywatelskiej kwalifikują ją bardzo nisko. A jeśli weźmie się pod uwagę charakter spraw, za które ponosi odpowiedzialność, to spada na polityczne dno. Chodzi oczywiście o złodziejską reprywatyzację w Warszawie. Hannę Gronkiewicz-Waltz kompromitują zarówno dopuszczenie do dzikiej reprywatyzacji nieruchomości w stolicy, jak i całkowite ignorowanie komisji weryfikacyjnej i jej decyzji. Swoją postawą obniża rangę pełnionej funkcji nauczyciela akademickiego. Jest profesorem prawa. W tej chwili w Polsce nie ma innej osoby, która by tak demonstracyjnie lekceważyła prawo. Przykre jest więc, że jako jeden z patronów parlamentu dzieci i młodzieży, staje się jednocześnie wzorem dla młodzieży.

Zgoda władz uniwersytetu na przeprowadzenie w murach uczelni alternatywnego parlamentu dzieci i młodzieży obrazuje degrengoladę całego środowiska akademickiego w Warszawie. Władze uczelni, rektor i inne osoby, doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że wpuszczając tzw. sejm dziecięcy do Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego, opowiada się jako instytucja o nastawieniu antyrządowym.

Uniwersytet Warszawski, wbrew statusowi wyższej uczelni (szczególnie, że jest ośrodkiem tak zasłużonym dla polskiej nauki) już wcześniej jawnie okazywał swoje sympatie i antypatie polityczne. Tak zdarzyło się w marcu tego roku, kiedy władze uczelni odmówiły udziału Irenie Lasocie w jednym ze spotkań poświęconych marcowi '68. Legendarna uczestniczka słynnego wiecu 8 marca 1968 roku na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego, która wówczas odczytała apel młodzieży akademickiej o respektowanie praw obywatelskich, 60 lat później, w nowej Polsce wolnej od komunizmu, dostała zakaz wstępu na Uniwersytet, tylko dlatego że jej poglądy różnią się od poglądów obecnej opozycji.

Profesor Andrzej Nowak z Uniwersytetu Jagiellońskiego, oceniając sejm dzieci na Uniwersytecie Warszawskim, określił postawę władz uczelni jako „zagubienie środowiska akademickiego”. To bardzo delikatne określenie postawy władz uniwersytetu. Ja bym ją nazwał kompletną degeneracją. UW zmienia się w aktywnego i nader gorliwego uczestnika wojny politycznej.

 

Młodzież, która uczestniczyła w tej alternatywnej imprezie nie zdaje sobie zapewne sprawy, że nie jest żadnym podmiotem, o którego wychowanie i doskonalenie zabiegają nauczyciele akademiccy, ale staje się w ich rękach, podobnie jak w rękach polityków, przedmiotem manipulacji.

 

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej