Kosma i Damian w okowach biurokracji- Andrzej Gelberg

Pod koniec kwietnia tego roku weszło w życie rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia w sprawie recept. Zawierało szczegółową instrukcję dla lekarzy (jak wypełniać recepty), informowało o sukcesywnym wprowadzaniu nowego blankietu recept (minimum 200x80 mm), a także obligowało odbiorców tych recept, czyli aptekarzy, które recepty mogą realizować, a które – wadliwe – nie.

Pod koniec kwietnia tego roku weszło w życie rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia w sprawie recept.

Zawierało szczegółową instrukcję dla lekarzy (jak wypełniać recepty), informowało o sukcesywnym wprowadzaniu nowego blankietu recept (minimum 200x80 mm), a także obligowało odbiorców tych recept, czyli aptekarzy, które recepty mogą realizować, a które – wadliwe – nie.

W Polsce jest blisko 15 tysięcy aptek, przez lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku, a także pierwszą dekadę obecnego, liczba ich systematycznie rosła, chociaż od roku 2016 zaczęła nieznacznie spadać. W Warszawie w każdym razie jest ich w bród i nie ma takiej dzielnicy, w której trzeba byłoby odbywać długie wędrówki w celu zakupu lekarstw.

Dwa tygodnie temu udałem się do pobliskiej apteki i sympatycznej, ubranej w biały fartuch pani farmaceutce wręczyłem receptę. Pani magister, bo tak z szacunkiem zwykliśmy tytułować osobę sprzedającą nam leki – rzecz jasna dla podkreślenia, że nie mamy do czynienia ze zwykłą ekspedientką – rzuciła na nią tylko okiem i stanowczo oświadczyła, że nie może jej zrealizować.

– Nie macie tych lekarstw? – spytałem grzecznie.

– Ależ mamy – usłyszałem – ale na recepcie nie ma kodu.

Na początku nie zrozumiałem o co jej chodzi, wiec drążyłem:

– Jakiego kodu??

– Kodu przy adresie pacjenta – powiedziała stanowczo.

W istocie, w odpowiedniej rubryce nowej recepty było wpisane nazwisko pacjenta, jego jedenastocyfrowy NIP, a także adres zamieszkania, ale zabrakło… adresowego kodu.

– To ja pani magister podyktuję ten kod – powiedziałem rozbawiony.

– Tego nie wolno mi absolutnie zrobić – zobaczyłem w jej oczach przerażenie, jakbym zaproponował jej jakieś fałszerstwo.

Próbowałem jej wyjaśnić, że do każdego adresu przypisany jest w sposób jednoznaczny pięciocyfrowy kod adresowy, że uzupełnienie go w recepcie – skoro w ministerialnym rozporządzeniu jest napisane „adres wraz z kodem” – to zwykła czynność techniczna, a nie żadne przestępstwo.

Pani magister była roztrzęsiona i bliska płaczu.

– Ja tego nie mogę zrobić, to jest moja pierwsza apteka po studiach, wywaliliby mnie z pracy.

Udałem się do innej apteki, była nieopodal. Tam okazało się, że może być jeszcze ciekawiej. Tym razem wręczyłem receptę pani magister z, na oko, kilkudziesięcioletnim stażem zawodowym. Ona również błyskawicznie dostrzegła brak tego nieszczęsnego kodu i zdecydowanym ruchem zwróciła mi receptę. Nie próbowałem proponować jej, żeby sama wpisała ten kod, tylko poprosiłem ją o długopis.

– Co pan chce zrobić? – spytała surowo.

– Lekarz przez nieuwagę nie dopisał kodu, wiec uzupełnię ten brak.

– Gdy pan to zrobi na moich oczach, będę musiała zatelefonować na policję – ostrzegła. I było widać, że nie żartuje.

Wycofałem się jak niepyszny i udałem w poszukiwaniu kolejnej apteki. Była niedaleko. Po drodze kupiłem długopis. Miał inny kolor tuszu, nie próbowałem również naśladować charakteru pisma lekarza.

Receptę tym razem zrealizowałem bez trudu.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej