Demografia Polski - Patryk Łomża-Zakrzewski

Demografia Polski – katastrofa, którą trzeba odwrócić- Patryk Łomża-Zakrzewski Przyjmuje się, że dopiero poziom 2,1 dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym zapewnia narodowi przetrwanie w dłuższej perspektywie. W estymacjach CIA dla 2017 roku współczynnik dzietności w Polsce przybiera dramatycznie niską wartość tj. 1,35 jednostki (pewnym, choć mizernym pocieszeniem jest fakt, że nasi eksperci szacują ten wskaźnik na nieco wyższym poziomie). Wg rankingu CIA daje nam to 215 miejsce na 224 państw świata.

Demografia Polski – katastrofa, którą trzeba odwrócić- Patryk Łomża-Zakrzewski

Przyjmuje się, że dopiero poziom 2,1 dzieci przypadających na jedną kobietę w wieku rozrodczym zapewnia narodowi przetrwanie w dłuższej perspektywie. W estymacjach CIA dla 2017 roku współczynnik dzietności w Polsce przybiera dramatycznie niską wartość tj. 1,35 jednostki (pewnym, choć mizernym pocieszeniem jest fakt, że nasi eksperci szacują ten wskaźnik na nieco wyższym poziomie). Wg rankingu CIA daje nam to 215 miejsce na 224 państw świata.

W Europie tylko Bośnia i Hercegowina ma niższą od nas dzietność, a w Unii Europejskiej jesteśmy na samym końcu. Co gorsza ten stan rzeczy utrzymuje się już prawie od 30 lat i nikt nie potrafi temu zaradzić. Jakby tego było mało, naszą sytuację pogarsza masowa emigracja młodych ludzi. Te wszystkie elementy składają się na zabójczą mieszankę, która zgotuje nam koszmarną przyszłość.

Prawidłowa demografia to stan, w którym naród potrafi przedłużać swoje istnienie. Nie ma zagrożenia, jeśli równowaga zostanie zachwiana w krótkim okresie, np. w wyniku wrogiej okupacji. Co więcej nawet straty wojenne (oczywiście niemające charakteru masowego ludobójstwa) nie unicestwią narodu, pod warunkiem że później w czasie pokoju na świat przyjdą kolejne liczne pokolenia. Tak właśnie było, gdy po potwornych stratach poniesionych w trakcie drugiej wojny światowej Polska odrodziła się biologicznie.

Wspominamy tamte nieludzkie wydarzenia z przerażeniem, tymczasem nie dostrzegamy, że to właśnie teraz dokonuje się prawdziwa zagłada. Nasz holocaust przebiega po cichu, stopniowo, niezauważenie, systemowo i trwa od bardzo dawna.

Utrzymanie starszych ludzi spada na barki coraz mniej licznych młodych generacji. W ostatnim okresie swojego życia człowiek częściej potrzebuje pomocy strony służby zdrowia niż wcześniej. Rosnące koszty emerytur i leczenia wymagają coraz większych funduszy, a zatem kwestią czasu jest radykalny wzrost podatków. Młodzi przygnieceni rosnącymi daninami nie będą mogli pozwolić sobie na dzieci. Przyjdzie czas, gdy starsze osoby staną się najliczniejszą grupą wyborców, a wtedy politycy zaczną forsować bez zahamowań rozwiązania korzystne dla seniorów. Koszty pokryją osoby czynne zawodowo, bo przecież państwo samo z siebie nie ma żadnych środków. W ostatecznym rozrachunku nieliczni młodzi uciekną, a kraj upodobni się do umieralni, w której masowa eutanazja osób zniedołężniałych stanie się faktem.

Koszty utrzymania infrastruktury poszybują w górę. Niezależnie od tego, ilu ludzi skorzysta z drogi bądź wodociągu, za ich obsługę i remont trzeba zapłacić tak samo. Przy spadającej populacji wydatki infrastrukturalne przypadające na jednego obywatela wzrosną. Nie będzie też ludzi zdolnych do wykonywania prac fizycznych.

Nie byłby to pierwszy przypadek w historii świata, gdy zapętlony destrukcyjnie system dokonuje samounicestwienia. W Rzymie w chwilach chwały cesarstwa mieszkał ponad milion ludzi, a po upadku liczba mieszkańców miasta spadła z czasem do marnych 20 tysięcy. Degradacja była tak katastrofalna, że pośród ruin akweduktów, dumnych łuków triumfalnych i cesarskich pałaców pasały się krowy.

Oczywiście sytuacja w ten czy inny sposób unormuje się sama. Gdy starożytne imperium rzymskie osłabło, zasiedliły je barbarzyńskie ludy, narzucając własne porządki. Podobnie będzie w naszym przypadku. Stetryczała Polska zostanie wchłonięta przez bardziej witalne siły, przypuszczalne żywioł arabski (wsparty migracjami ludów Afryki Subsaharyjskiej), które strawią szczątki naszego narodu (o Europie Zachodniej nie ma co nawet mówić, bo ta już jest w zasadzie martwa). Jeśli przez własną gnuśność zaniedbamy przedłużenie bytu narodu, to znaczy, że zgodnie z prawami natury nie zasługujemy, by istnieć.

W tym świetle przyjęcie obcej, ale demograficznie dynamicznej kultury miałoby nawet pewne uzasadnienie. Przynajmniej część z nas przekazałaby swoje geny nowym pokoleniom. Szkoda tylko, że owoce pracy wielu generacji posłużą wtedy nie Polakom, tylko obcym – wiekowe kościoły przekształcą się w meczety pełne muzułmanów, w domach naszych dziadów zamieszkają liczne arabskie rodziny, a na drogach tak mozolnie obecnie budowanych będą królować kierowcy w kefijach.

Tak będzie wyglądać przyszłość, jeśli sytuacja demograficzna w naszym kraju nie zmieni się radykalnie.

Żeby zaradzić naszym problemom demograficznym, musimy najpierw zrozumieć ich genezę. Jak to możliwe, że jeszcze sto lat temu niemal wszystkie polskie rodziny były wielodzietne, a teraz nawet dwoje dzieci stanowi wyzwanie? Co się zmieniło? Dlaczego w niektórych regionach świata nie ma zapaści demograficznej? Przyczyny są wielorakie.

Podatki i koszty

Daniny nakładane przez państwo na obywateli już dawno przekroczyły rozsądny poziom. Pensja pracownika jest uszczuplana na cztery sposoby. Po pierwsze pracodawca musi odprowadzić składki od pensji, o których pracownik nie ma pojęcia, bo nie są ujęte w wynagrodzeniu brutto. Po drugie od wynagrodzenia brutto pracodawca odprowadza podatek dochodowy i pozostałe składki, tym razem w sposób widoczny dla pracownika (wystarczy, że porówna on uzgodnione w umowie wynagrodzenie brutto z kwotą, którą dostaje do ręki).

Po trzecie podczas wydawania swojej pensji pracownik ponosi ciężar VAT-u oraz akcyzy.

Po czwarte w cenach kupowanych towarów i usług znajdują się obciążenia narzucane na oferujące je firmy, przykładowo składki odprowadzane od wynagrodzeń zatrudnionych tam osób, podatki dochodowe, akcyza na paliwo użyte do transportu dóbr. Tego klient nie dostrzega. On widzi tylko końcową cenę kupowanego towaru. Nie rozumie, że mogłaby być ona dużo niższa, gdyby nie wszystkie daniny obciążające firmę. A one są przerzucane na klientów. Nie wspominam o kosztach państwowej biurokracji czy całego spektrum innych opłat i podatków.

Krótko mówiąc, pracownik musi oddać państwu ponad 70 procent zarobionych pieniędzy (choć bliższe prawdy są wartości przekraczające poziom 80 procent).

Jeszcze wyższe są koszty utrzymania obywateli. Oto kilka przykładów pokazujących, co powoduje zubożenie zwykłego Kowalskiego: najwyższe w Europie ceny zakupu gazu ziemnego (fatalne relacje z Rosją), kilkukrotny wzrost cen wywozu śmieci (ekologiczne „reformy” ograniczające konkurencję), kilkudziesięcioprocentowy wzrost cen usług pocztowych (monopolizacja rynku usług pocztowych), szokujący, a w perspektywie jeszcze przyspieszający (wynik powstania Wód Polskich – instytucja powołana przez państwo i finansowana m.in. z opłat narzucanych na korzystającego z wody) wzrost cen wody. Suma summarum obywatel jest niemal całkowicie wydrenowany finansowo, a stopień tego drenażu stale się pogłębia. Trudno oczekiwać, by ktokolwiek decydował się na założenie wielodzietnej rodziny, gdy państwo zostawia mu kilka procent zarobków (szacunek uwzględniający zarówno wszelkie daniny, jak i koszt wypaczeń gospodarczych wygenerowanych przez państwo).

Warto zauważyć, że kiedyś w rodzinach często pracował tylko mężczyzna, a mógł ze swojej pensji utrzymać żonę i dzieci. Od tamtych czasów nastąpił olbrzymi postęp technologiczny, wydajność pracy wzrosła, ludzi wspierają komputery i tylko sytuacja rodzin się pogarsza.

Żeby dramat nikłej dzietności nas nie pogrążył, trzeba odtworzyć warunki z czasów, gdy mieliśmy zdrową demografię. Przy czym nie warto inspirować się komunizmem (ani pochodnymi mu koncepcjami), bo grozi to katastrofą gospodarczą i wzmożoną emigracją.

Nasi obywatele muszą mieć swobodę działania, więcej pieniędzy w portfelach, ale też niezbędną pomoc socjalną, która pozwoli im przetrwać trudny okres w życiu.

Przestrzeń finansową na realizację tych celów da się wygospodarować tylko przez zdecydowane ograniczenie podatków i biurokracji oraz zmniejszenie liczby urzędników. W 1989 roku (w czasach, gdy w Polsce prawie nie było komputerów!) w naszym kraju było 160 tys. urzędników, obecnie jest ich ponad 700 tysięcy. W rzeczywistości jest ich jeszcze więcej, chociażby dlatego że przedsiębiorstwa muszą zatrudniać paraurzędników (np. księgowych i prawników), którzy pilnują przestrzegania przepisów ustanowionych przez państwo. Dzięki redukcjom etatów urzędniczych można uwolnić środki sięgające dziesiątków miliardów złotych, a co najważniejsze przekierować ludzi do realnej gospodarki. Ich potencjał intelektualny jest marnowany na jałowe „przewracanie papierów”, a przecież mogliby oni przyczyniać się do wzrostu dobrobytu społeczeństwa.

Odpowiedzialność. Oczekiwania

Wyróżnikiem krajów z prężną demografią jest inny sposób wychowywania dzieci. Dziecko w Polsce na początku XX wieku nie uczyło się kilku języków obcych, nie spędzało czasu na korepetycjach, nie miało laptopa czy smartfona, nie chodziło w markowych ubraniach.

Jeszcze w latach 90. dzieciaki biegały po podwórku z kluczem do mieszkania na szyi, chłopcy grali przed klatkami schodowymi w piłkę nożną, kapsle, rzucali scyzorykami w ziemię, a dziewczęta grały w „gumę”.

Ówczesne wychowanie dzieci wiązało się z niższymi wydatkami niż obecnie. Co istotne, państwo nie ingerowało przesadnie w funkcjonowanie rodziny. Katastrofalne w skutkach byłoby wzorowanie się na prawodawstwie Niemiec, Wielkiej Brytanii czy Norwegii w zakresie „ochrony” dzieci. W tych trzech krajach pozostawienie dziecka w domu bez opieki czy zwykły klaps może się skończyć odebraniem praw rodzicielskich.

Państwo powinno interweniować wyłącznie w skrajnych przypadkach, gdy dochodzi do maltretowania dziecka. W innych przypadkach państwo nie ma prawa się wtrącać.

Dużym problemem jest społeczny nacisk na kosztowny model wychowania. Dzieci są pod presją rówieśników, żeby mieć jak najdroższe gadżety. Kogo nie stać, tej jest wyszydzany. Rodzice pogłębiają problem. Rywalizują ze sobą, kto na jakie zajęcia dodatkowe zapisze dziecko. Są przedszkolaki, które chodzą na zajęcia baletu, uczą się gry na skrzypcach, języków obcych itp. Im więcej, dziwniej i drożej, tym lepiej. Rodzic, który nie bierze udziału w wyścigu, jest często źle widziany. Państwo, kościół i inne organizacje powinny promować alternatywne wzorce zachowań, aby epatowanie bogactwem nie było w dobrym tonie. Powinny stworzyć warunki do niskokosztowego zdobywania wiedzy. Trzeba obniżyć widmo spodziewanych wydatków związanych z posiadaniem dziecka.

Korzyści z posiadania dzieci a system emerytalny

100 lat temu rodziny żyjące na wsi były liczne. Wychowanie potomka nie wiązało się z dużymi nadkładami finansowymi, natomiast jego posiadanie dawało wymierne profity. Jakkolwiek okropnie by to brzmiało, w typowym gospodarstwie rolnym pomagały nawet kilkuletnie dzieci, a zatem korzyści wynikające z rodzicielstwa przychodziły bardzo szybko. Pożytki z bycia ojcem czy matką rosły wraz z upływem czasu – nie było domów opieki, powszechnego systemu emerytalnego – opiekę na starość zapewniały właśnie dzieci. Dzieci, nie dziecko.

Jedynakowi dużo trudniej zaopiekować się zniedołężniałymi rodzicami niż rodzeństwu z wielodzietnej rodziny.

Współczesne systemy emerytalne oparte na państwowym przymusie bądź zachęcie do akumulacji kapitału kompletnie nie sprawdzają się z punktu widzenia podtrzymywania biologicznego istnienia narodów. Owszem mogą zabezpieczyć finansowanie na starość, ale cóż z tego, skoro wpływają negatywnie na dzietność. Świadomość, że przez akumulację kapitału można zabezpieczyć sobie starość, zmniejsza motywację do posiadania dzieci (są niepotrzebne, skoro z ich wychowaniem wiążą się liczne niedogodności, a środki na emeryturę można zabezpieczyć sobie samemu). Natomiast odkładanie środków na emeryturę w młodym wieku przekłada się na mniejszą pulę środków, które można przeznaczyć na założenie rodziny. Efekt jest taki, że racjonalne indywidualne postępowanie przekłada się w makro skali na spadek liczby dzieci, a to w dłuższej perspektywie prowadzi do załamania całego systemu.

Wbrew obecnie obowiązującej na świecie doktrynie, odkładanie pieniędzy na emeryturę w ramach wehikułów finansowych prowadzi do odwrotnych skutków niż deklarowane. Łatwo się o tym przekonać, jeśli prześledzi się dzietność w krajach, w których obowiązują takie systemy emerytalne. W Londynie jest zaledwie kilkanaście procent rodzimych Brytyjczyków (sic!), a dzietność jest generowana przez równoległe społeczności napływowe, które rządzą się własnymi prawami. Oskładkowani autochtoni wymierają i są zastępowani obywatelami obcego pochodzenia.

Aby uniknąć tej pułapki, celowe wydaje się stworzenie systemu emerytalnego, w którym los emeryta jest powiązany z liczbą i zamożnością jego dzieci. W ten sposób odtworzone zostałyby bodźce, które od tysiącleci mobilizowały ludzi do posiadania potomstwa.

Światopogląd

W pewnych kręgach kulturowych panuje presja na zawieranie małżeństw w młodym wieku i rodzenie wielu dzieci. Osoby, które nie spełniają tych oczekiwań tracą poważanie wśród pobratymców. U nas jest odwrotnie. Wielodzietna rodzina budzi podejrzliwość jako niepokojące odstępstwo od normy i w żadnym wypadku nie jest wzorem do naśladowania.

Szanse na zmianę mentalności społeczeństwa, które ponownie uznałoby biblijny passus: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” wydają się w obecnym ustroju dość nikłe.

Być może zabrzmi to niedorzecznie, ale nasz naród skorzystałby, gdyby w Polsce powstał fundamentalistyczny odłam chrześcijaństwa obejmujący znaczną część społeczeństwa pod warunkiem, że jego członków oprócz żarliwej wiary i skrajnego konserwatyzmu cechowałaby również nieodparta chęć posiadania dzieci.

Właśnie takie atrybuty wyróżniają społeczność żydowskich chasydów oraz amerykańskich amiszów. Kobiety w obu tych grupach zwykle rodzą po 6-8 dzieci, co jest bardziej typowe dla Afryki Subsaharyjskiej, niż dla zaawansowanych cywilizacyjnie krajów, takich jak USA czy Izrael. Zwłaszcza to ostatnie państwo zasługuje na szczególną uwagę ze względu na unikalny w skali rozwiniętego świata poziom dzietności sięgający średnio troje dzieci na kobietę w wieku rozrodczym, co jest wynikiem dwukrotnie wyższym niż w Polsce. Niebagatelny wkład w to osiągnięcie wnieśli właśnie chasydzi. Być może warto podjąć działania ukierunkowane na utworzenie w naszym kraju katolickiego odpowiednika chasydyzmu. Niewątpliwie jest to karkołomne przedsięwzięcie, wymaga współdziałania ze strony Kościoła, ale dla zdeterminowanych nie ma rzeczy niemożliwych.

Naturalnie w razie sukcesu, należałoby się postarać, by część dzieci rodzących się w takiej religijnej wspólnocie dołączała z czasem do bardziej umiarkowanej reszty społeczeństwa.

Pewność jutra

To interesujące, ale gdy w Polsce panował komunizm, dzietność utrzymywała się na poziomie zapewniającym nie tylko podtrzymanie, ale wręcz wzrost rodzimej populacji. Wydaje się, że wpływ na taki stan rzeczy miała pewność zatrudnienia, dostępność mieszkań (co prawda trzeba było na nie czekać latami), wolniejszy i bardziej zrównoważony tryb życia (praca w określonych godzinach sprzyjała życiu rodzinnemu). Z drugiej strony, zanim nastał komunizm, Polacy też nie mieli problemów z prokreacją. Ludzie żyli w zintegrowanych lokalnych społecznościach. Przeciętny mieszkaniec wsi miał za sąsiadów bliższą i dalszą rodzinę. Pomoc z ich strony zapewniała poczucie bezpieczeństwa. Teraz ludzie są wyizolowani, samotni, niepewni jutra. W tym kontekście należy docenić rolę programu 500 plus oraz wsparcia socjalnego (inna sprawa, czy jest ono efektywnie zorganizowane). Dają one ludziom większe poczucie bezpieczeństwa przed podjęciem decyzji o kolejnym dziecku.

Kilka uwag

Wszelkie działania mające na celu zwiększenie dzietności nie mają większego sensu, jeśli nie zapewni się na tyle korzystnych warunków gospodarczo-społecznych, by ludzie chcieli pozostać w Polsce. Inaczej cała sytuacja będzie przypominać nalewanie wody do dziurawego wiadra. Cóż z tego, że urodzi się więcej dzieci, skoro potem wyemigrują za granicę?

Obecnie przyjeżdża do Polski wielu Ukraińców, którzy jako osoby bliskie nam kulturowo łatwo się integrują i potencjalnie mogą dać nam chwilę demograficznego wytchnienia.

Jednak wiązanie nadziei z naszymi wschodnimi sąsiadami ma sens tylko przy założeniu, że polska gospodarka będzie się prężnie rozwijać w długim okresie – w przeciwnym wypadku mało kto zechce wiązać swoje życie z naszym krajem. Zresztą przy stagnacji gospodarczej napływ imigrantów odbije się negatywnie na wysokości wynagrodzeń Polaków, a tym samym zniechęci Polonię do powrotu z obczyzny.

Z kolei popularny w Europie pomysł sprowadzania imigrantów z odmiennych kulturowo kręgów w celu polepszenia demografii narodu-gospodarza jest absurdalny, skrajnie szkodliwy i nosi znamiona sabotażu. Prowadzi do zastąpienia rodzimej populacji przez obcy element.

Niewątpliwe program 500 plus jest najambitniejszym przedsięwzięciem prodemograficznym w naszym kraju po 1989 roku, niestety wszystko wskazuje na to, że nie spełni on pokładanych w nim nadziei i nie polepszy w sposób radykalny dzietności w Polsce. Dlatego trzeba go wzmocnić o kolejne rozwiązania.

Nie ma pewności, które z rozwiązań okażą się skuteczne. Żeby nie tracić czasu, warto rozważyć jednoczesne wdrożenie wielu różnych systemów demograficznych. Wtedy przekonamy się, które koncepcje najlepiej się sprawdzają.

Gdyby wszystko zawiodło, co jest na szczęście mało prawdopodobne, zawsze można sięgnąć po rozwiązania w pełni skuteczne, jednak wykraczające poza obecnie obowiązujący paradygmat moralności. Ale to już absolutna ostateczność...

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej