W postawie Lecha Wałęsy groteska przeplata się z tragedią- Jerzy Jachowicz

Niezrównany, niepowtarzalny Lech Wałęsa, człowiek o niespożytych siłach, zapowiedział najazd na Warszawę w celu wyzwolenia zdobytego podstępnie przez PiS Sądu Najwyższego. To nie jest tylko żart, dlatego że Wałęsa istotnie napisał coś takiego na portalu społecznościowym w ostatnią sobotę.

– „Jeśli w jakikolwiek sposób obecna ekipa zaatakuje Sąd Najwyższy 4 lipca, to ja po godzinie 15:00 udaję się z Gdańska do Warszawy. Dość niszczenia Polski. Staję na czele fizycznego odsunięcia głównego sprawcy wszystkich nieszczęść. By tego dokonać musi być w Warszawie zgromadzone ponad 100 000 zdecydowanych i zdyscyplinowanych chętnych. Przy otwartej kurtynie, pokojowo i zdecydowanie musimy tego dokonać na oczach świata. Jestem w gotowości i wiem jak do tego doprowadzić”.

Wyobrażenia Wałęsy

Część tekstu może nie być całkiem zrozumiała dla niektórych czytelników. Otóż spieszę wyjaśnić, że w zdaniu, w którym Wałęsa mówi o fizycznym odsunięciu „głównego sprawcy wszystkich nieszczęść”, ma na myśli konkretną osobę, mianowicie Jarosława Kaczyńskiego.

Lech Wałęsa może nie wiedzieć tego, czy zaraz po przyjeździe do Warszawy uda mu się zgromadzić minimum 100 tysięcy ludzi zdecydowanych przypuścić szturm na siedzibę PiS. Dlaczego tam? Bo przy Nowogrodzkiej, w samym centrum miasta, zwykle po południu Jarosław Kaczyński załatwia sprawy partyjne. Tam przyjmuje interesantów.

Dopiero po dokonaniu pierwszego kroku, jakim będzie usunięcie lidera PiS-u od biurka i posadzenie go, przy innym biurku, najlepiej w innym pokoju, tłum zwolenników Lecha Wałęsy uda się na plac Krasińskich, do Sądu Najwyższego. Po jego wyzwoleniu, a właściwie odbiciu z rąk świeżo mianowanych przez PiS sędziów, nastąpi ważna uroczystość. Jeszcze tylko wcześniej, od pierwszego stopnia schodów prowadzących do wnętrza budynku aż do samego gabinetu prezes Sądu Najwyższego, zostanie rozłożony czerwony dywan. To po nim Lecha Wałęsa wprowadzi na fotel prezesa Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf, której Jarosław Kaczyński próbował odebrać należne jej stanowisko. Wejściu pani prezes na pierwsze schody na zewnątrz gmachu będzie towarzyszyć burza braw milionów uszczęśliwionych mieszkańców Warszawy.

Tak prawdopodobnie w wyobraźni Lecha Wałęsy, powinien potoczyć się bieg zdarzeń, odwracający reformę Sądu Najwyższego. Przedstawiłem to w groteskowej formie, ponieważ wpis Lecha Wałęsy można traktować tylko w kategorii głosu śmiesznego uzurpatora, rojącego sobie prawo do kierowania losami państwa.

Zrujnowany mit

Właściwie można by poprzestać na tej karykaturze dawnego prezydenta, gdyby nie kilka ważnych elementów, które są charakterystyczne dla jego obecnej postawy.

Trudno nie przyznać racji byłemu szefowi Solidarności z lat 2002-2010, Januszowi Śniadkowi, który komentując słowa Lecha Wałęsy o najeździe na Warszawę, powiedział, iż „patrzy z wielkim smutkiem na to, jak były przywódca Solidarności i późniejszy prezydent kompletnie rujnuje swój mit”.

To oczywiście rzecz bardzo przykra i dla samego Lecha Wałęsy, i dla milionów Polaków, dla których, tak jak i dla mnie w latach osiemdziesiątych, Lech Wałęsa był postacią zasługującą na najwyższe uznanie.

Chciałbym przy okazji tej obecnie przedziwnej aktywności Lecha Wałęsy zwrócić uwagę na dwie kwestie.Ku mojemu zdumieniu niektóre media, sprzyjające obecnej opozycji, całkiem poważnie zastanawiają się, jakie konsekwencje polityczne może mieć opinia Lecha Wałęsy wyrażona w cytowanym wyżej wpisie i co się może w związku z tym wydarzyć, gdyby rzeczywiście przyjechał do Warszawy.

Otóż chcę podkreślić, że część polityków opozycji, a także mediów, wykorzystuje do własnych celów obecne słabości charakteru i niewytłumaczalne ambicje Lecha Wałęsy.

Ci, którzy to robią, nie chcą zauważyć, że Lech Wałęsa już blisko 30 lat temu stracił moralne prawo do tego, aby wypowiadać się publicznie na temat ważnych, bieżących wydarzeń politycznych. Tym bardziej, aby odgrywać rolę przywódcy politycznego. Stracił to prawo jako kłamca we własnej sprawie. Właściwie stało się to w momencie, kiedy w Belwederze leżały przed nim akta operacyjne Służby Bezpieczeństwa wraz z teczką pracy tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”. A następnie, kiedy z tych akt wyrwał i zniszczył kilkadziesiąt stron, które potwierdzały, że był konfidentem tajnych służb komunistycznych w latach siedemdziesiątych.

Jeszcze w większym stopniu stracił to moralne prawo wtedy, gdy wytaczał procesy innym działaczom Solidarności z lat 70 i 80., kiedy mówili prawdę o jego przeszłości. Każda obrona ma swoje granice. Musiał zdawać sobie sprawę, że to on jest kłamcą i że to on popełnił błędy, do których teraz nie potrafi się przyznać.

Warto też pamiętać, że jego niechęć do obecnej władzy wynika z osobistej niechęci do śp. Lecha Kaczyńskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Ten sobotni wpis, od którego zacząłem komentarz, obrazuje kolejne stadium zaciekłej nienawiści Lecha Wałęsy trwającej od początku lat 90. Wtedy to Lech i Jarosław Kaczyńscy, pierwsi politycy obozu solidarnościowego, rozpoznali słabości i zafałszowania polityczne Lecha Wałęsy i czynnie mu się przeciwstawili. Lech Wałęsa nigdy im tego nie zapomniał. Z upływem lat jego urazy i nienawiść wzrastały. To jest najważniejszy dowód, dla którego dziś Lech Wałęsa gotów jest zawrzeć pakt nawet z diabłem, aby odebranć władzę Jarosławowi Kaczyńskiemu, zredukować jego wpływy, a najlepiej wyeliminować z życia politycznego.

Tak właśnie w obecnym postępowaniu Lecha Wałęsy groteska spotyka się z prawdziwym dramatem.


 

Trudno tylko rozpoznać, gdzie zaczyna się jeden gatunek, a gdzie drugi.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej