„...niż na kolanach klęcząc, mieli żyć”...

„...niż na kolanach klęcząc, mieli żyć”...- Jerzy Pawlas Ten zapomniany fragment hymnu zawiązku zawodowego „Solidarność” mówi o godności człowieka pracy. Skutecznie zapomnianej w ferworze złodziejskiej transformacji, w neokolonialnej ekspansji brukselsko-niemieckiej. Tymczasem to praca jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy.

Ten zapomniany fragment hymnu zawiązku zawodowego „Solidarność” mówi o godności człowieka pracy. Skutecznie zapomnianej w ferworze złodziejskiej transformacji, w neokolonialnej ekspansji brukselsko-niemieckiej. Tymczasem to praca jest dla człowieka, a nie człowiek dla pracy.

Co tam katolicka nauka społeczna, co tam papieskie encykliki – gdy liczy się zysk za wszelka cenę. Komu się to nie podoba – droga wolna do brukselskiego eldorado. A przedsiębiorcy i tak wyjdą na swoje, bo gastarbeiterów nie brakuje.

Wolność zrzeszania się gwarantuje nawet grubokreskowa demokracja, ale przecież nie po to przedsiębiorcy brukselscy zyskali nowe rynki w „młodych krajach UE”, by przestrzegać praw pracowniczych. Działaczy czy organizatorów związkowych po prostu zwalnia się dyscyplinarnie.

Bezprawie nie wywołuje protestów pracowniczych, ani miłośników praw człowieka i obywatela. Brukselscy stróże praworządności (i ich polscy donosiciele) też nie wykazują zainteresowania. Związki zawodowe – trzy centrale ogólnokrajowe – również nie radzą sobie z tym problemem. Podobnie Rada Dialogu Społecznego.

Lubelski lipiec 1980

Wszystko zaczęło się 1 lipca na Lubelszczyźnie – choć nie wszyscy o tym wiedzą. Wobec podwyżki cen żywności, stanęło ponad 150 zakładów pracy, jednak przyczyn strajku było więcej (płace, prawa pracownicze, relacje miedzy zarządzającymi a pracownikami). Postulowano wprowadzenie wolnych sobót, zrównania zasiłków rodzinnych z milicyjnymi i wojskowymi, zwiększenia roli związków zawodowych i uniezależnienia ich od władz. Lubelscy kolejarze (pierwszy strajk w historii PRL) chcieli wyboru nowej Rady Zakładowej. Zastosowano inną, niż dotychczas, technologię masowego, pokojowego protestu. Załogi nie wychodziły z zakładów pracy, by stać się tłumem, narażonym na milicyjną przemoc i prowokacje, w końcu pacyfikowanym (pałowanym, ostrzeliwanym) przez wojsko czy ZOMO, lecz prowadziły strajki okupacyjne, wzywając władze do rozmów.

W ten sposób pracownicy upodmiotowili się (dotychczas byli przedmiotem operacji pacyfikacyjno-represyjnych). To była sensacja i precedens. Władza zasiadła przy stole do rozmów z klasą robotniczą. Co więcej, podpisała porozumienie, uwzględniające pracownicze postulaty. Zakończone w ten sposób lipcowe strajki na Lubelszczyźnie stały się wzorem postępowania dla pracowników Wybrzeża i ruchu społecznego „Solidarność”.

Porozumienia Gdańskie wydawały się sukcesem, ale nie dla władzy ludowej, przemyśliwującej o pacyfikacji stanu wojennego. Gdy porozumienia okrągłostołowe potraktowano jako mniejsze zło, mówiono o zdradzie. Legenda ożywczego gdańskiego wiatru od morza została przyćmiona, nie bez udziału L. Wałęsy. Tym bardziej gdy Gdańsk – niegdysiejsze miasto „Solidarności” – jego obecna w władza przekształciła w „tęczowe miasto”.

Mityczny rynek

Reklamowana przez domorosłych neoliberałów niewidzialna ręka rynku okazała się brudna łapą złodziei transformacyjnych. O rynku decydowali zaś nomenklaturowi oligarchowie. Potem – w miarę cywilizowania się gospodarki – kształtował się rynek pracodawcy. Zasada była prosta – oferuję ci pracę, a płaca, to twoja sprawa. Możesz się zgodzić, lub nie. Co tam koszty egzystencji, ceny towarów i usług. Kto chce, niech podejmuje pracę. I nie ma co grymasić, bo chętnych nie brakuje (wysokie bezrobocie podczas PO-gospodarki). Nie brakuje też gastarbeiterów.

Pracodawca „konkurował” tanią siłą roboczą. Nie musiał inwestować w maszyny, modernizować technologii. Tanim kosztem, duże zyski – to rezultat dominacji przedsiębiorcy na rynku pracy. I nie ma znaczenia los pracownika – standard jego życia, emerytura (niska płaca, niskie składki na ubezpieczenie społeczne, niskie świadczenia). Nie mają znaczenia koszty społeczne (rozbite rodziny w wyniku imigracji, dzieci – sieroty brukselskie). Ważny zysk i agresywna optymalizacja podatkowa.

Gdy wyborcy opowiedzieli się za „dobrą zmianą”, która drastycznie obniżyła bezrobocie (już poniżej miliona), realia zmieniły się diametralnie. Tym bardziej, że jednocześnie podniesiono minimalne wynagrodzenie, u-ZUS-owiono tzw. umowy śmieciowe. Trudniej więc dyktować zatrudnionym warunki płacowe. Od czegóż jednak lobby przedsiębiorców, stowarzyszenia nomenklaturowych biznesmenów. Gastarbeiterów przybywa, i choć płace rosną, to przecież nie na tyle, by zachęcić do powrotu imigrantów zarobkowych. Tymczasem resort pracy przygotowuje ułatwienia dla gastarbeiterów, także tak egzotycznych, jak Filipińczycy czy Wietnamczycy.

Powrót 2-3 mln wykwalifikowanych, doświadczonych pracowników, w większości dysponujących jakimś kapitałem, byłby niewątpliwie stymulatorem dla gospodarki. Uchroniłby też społeczeństwo przed konsekwencjami koegzystencji z różnymi grupami etnicznymi, z odmiennymi cywilizacjami, których przedstawiciele nie zamierzają się asymilować. Brukselska rzeczywistość pokazuje, że konfliktów nie da się uniknąć. Niezależnie od tego trzeba stwierdzić, że krajowy rynek pracy jest w najlepszej kondycji od 1989 roku. Pozostaje problemem, że tylko 37% zatrudnionych jest szczęśliwych w swoim zakładzie pracy. W każdym razie coraz mniej (ok. 12% badanych) ludzi myśli o wyjeździe do pracy za granicą (głównie do Niemiec, Holandii, Wlk. Brytanii).

Godziwy zarobek

Wprowadzenie Konstytucji Biznesu ma ułatwić działalność gospodarczą, uwalniając ją od biurokracji. Skoro przedsiębiorcom będzie łatwiej, to może zaczną więcej płacić – obiecywali sobie pracownicy. Tymczasem ponad połowa firm narzeka na rosnące koszty pracownicze.

Z drugiej strony, jeżeli PKB w naszym kraju jest trzy razy mniejszy, niż w Niemczech czy Wlk. Brytanii, to i wynagrodzenia są trzy razy mniejsze. Można się również pocieszać, że przecież pieniądze nie zapewniają szczęścia, zaś amerykańscy psychologowie dowodzą, że osoby mniej zarabiające przeżywają więcej przyjemności z kontaktów z innymi ludźmi.

Większość pracodawców niechętnie podnosi płace (ratując się gastarbeiterami), choć to rozwiązanie na krótką metę. Niemniej, jak podaje Eurostat, nasz kraj plasuje się w UE-ogonie (wyprzedając tylko Rumunię i Bułgarię), jeżeli idzie o wysokość zarobków. Wystarczy porównać stawki godzinowe (w Polsce – 6,3 euro, w Danii czy Belgii – ok. 38 euro). W końcu dobre i to, bo obecna dynamika wzrostu płac najwyższa od dziewięciu lat (wg GUS wzrost o 6,7% w stosunku do ubiegłego roku).

Podczas gdy za rządów PO-PSL – jak podaje raport Banku Światowego – nasz kraj spadł z 46 na 48 miejsce, to za rządów PiS zahamowano tę tendencję. I nie jest to propaganda sukcesu, bo dzięki wzrostowi wynagrodzeń i nowemu systemowi podatkowemu, polskim rodzinom zostaje 77% zarobku (jak np. w Szwecji).

Niedzielne kłopoty

Zapewne spisujący Porozumienia Gdańskie (postulat wolnych sobót) nigdy nie pomyśleli, że po latach grubokreskowej transformacji związkowcy będą walczyć o wolne niedziele. Udało się je wprowadzić stopniowo (w tym roku dwie w miesiącu). Czy to świadczy o sile lobby zagranicznych sieci handlowych, czy o słabości związków? Może gdyby trzy ogólnopolskie centrale wystąpiły razem, to nie trzeba byłoby zadowalać się kompromisem? W każdym razie niedzielne barbarzyństwo, niegodne cywilizowanego państwa, zostało przynajmniej częściowo przełamane. 1,2 mln pracowników z rodzinami może mieć więcej czasu dla siebie.

Tymczasem handlowcy kombinują, jak mogą (sklep udaje pocztę lub dworzec kolejowy), uciekają inspekcji pracy (zmuszają pracowników do pracy do północy w sobotę. lub od północy w poniedziałek). Takich nieludzkich praktyk (nocne powroty do domu, gdy nie ma komunikacji miejskiej) nie stosuje się w krajach zachodnioeuropejskich. Konieczna jest więc szybka nowelizacja ustawy. Może tym razem inne centrale związkowe – solidarnie – przyłączą się do jej poprawienia. Jak na razie centrale związkowe nie mogą porozumieć się co do wzrostu płacy minimalnej i podwyżki wynagrodzeń w budżetówce.

Prawa związkowe

Tyle mówi się o społeczeństwie obywatelskim, a tzw. uzwiązkowienie pracowników jest w naszym kraju zgoła symboliczne (kilkuprocentowe). W innych krajach zrzesza się większość pracowników, a związkowcy są partnerami dla przedsiębiorców. U nas związkowcy – zgodnie z ustawą – mają współuczestniczyć w tworzeniu korzystnych warunków pracy. Sadząc po ich nieobecności w większości nowych firm, mogłoby się wydawać, że warunki pracy są doskonałe, a związki niepotrzebne.

W krajowych firmach związkowcy są ledwo tolerowani, także z racji niewielkiej siły (liczebności). Co więcej, zakładowa organizacja związkowa nie musi być elementem ogólnopolskiej (reprezentatywnej) centrali, lecz może ją założyć każde 10 pracowników. To raczej anarchiczna wolność zrzeszania się, ułatwiająca pracodawcom manipulowanie załogą. Jednak mimo konstytucyjnych zapewnień i ustawy o związkach zawodowych, gwarantujących pracownikom możność zrzeszania się, związki nie powstają, bo pracodawcy na to nie pozwalają.

Zarówno Deklaracja Praw Człowieka i Obywatela, jak i ustawa o związkach zawodowych wprowadza ochronę działaczy związkowych. W praktyce są oni zwalniani pod byle powodem. Odwoływanie się do sądu pracy, długotrwałe procesy, w których pracodawca (ma czas i pieniądze) jest zawsze stroną silniejszą, nie zapewnia skutecznej ochrony. Od dawna postuluje się więc wprowadzenie ustawowego zapisu o rozsądnym czasie rozpatrywania spraw pracowniczych, jak również ostrzejszych sankcji dla pracodawców, bezprawnie zwalniających działaczy związkowych czy organizatorów komisji zakładowych.

Związek zawodowy „Solidarność” skupił blisko 10 mln członków (łącznie z PZPR-owcami i SB-ekami). Skutecznie spacyfikowany w stanie wojennym, nie odzyskał swej wielkości i znaczenia. Niemniej jest chyba w stanie odmłodzić swe struktury, zwiększyć liczbę członków. Doprowadzić do powstanie wreszcie branżowych układów zbiorowych pracy, co ucywilizowałoby stosunki pracy (jak to działa w innych krajach). Być może uda się także odzyskać „kolebkę Solidarności”, unicestwioną przekleństwem tow. Rakowskiego.

Pozostaje jeszcze do uhonorowania wielu zapomnianych działaczy, wsparcia ofiar represji stanu wojennego, zapewnienia im godnego życia. Walczyli przecież o godność pracownika i obywatela. Bo – jak śpiewają związkowcy w swym hymnie – lepiej byśmy stojąc umierali, niż na kolanach klęcząc, mieli żyć.

Słowa do niego napisał Jerzy Narbutt, pisarz i niezależny publicysta, przez wiele lat wegetujący w wykluczeniu, w końcu pozbawiony nawet pisania felietonów dla „Tygodnika Solidarność”.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej