KOSZTOWNA DEMONSTRACJA PRAGNIENIA NIEPODLEGŁOŚCI- Artur Adamski

Wydarzenia Akcji Burza zawsze już chyba będą przedmiotem analiz i debat. Ważne jest więc, by formułując opinie nie pomijać i nie naginać istotnych faktów. Wyjątkowo dużo ważnych, a nie zawsze uwzględnianych, zawiera książka Mikołaja Iwanowa „Powstanie Warszawskie widziane z Moskwy”.

Wielkoruska perspektywa

Uformowanych przez propagandę PRL-u i post-PRL-u dziwi często stosunek Rosji do Polski. Napastliwość wielu polityków i publicystów, pomniki, filmy i narodowe święto na pamiątkę pokonania Polaków w roku 1612 wielu postrzega jako „strzelanie do muchy z armaty”. Iwanow przypomina, że perspektywa dużej części Rosjan jest inna. Polskie zwycięstwa, w czasach naszej narodowej niewoli będące wiedzą zakazaną, a w pookrągłostołowym ćwierćwieczu zamilczaną (bo niepasującą do obowiązującej pedagogiki wstydu) w Rosji są pamiętane jako bolesne rany i upokorzenia. Zarazem zdumienie budziła tam ciągła zdolność odradzania się wśród dziesiątkowanych Polaków dużej grupy niepodporządkowującej się obcej dominacji. Na gruncie tego fenomenu przez stulecia toczyła się walka z polskością – permanentne propagandowe oczernianie czy rugowanie polskiej obecności na Kresach. 150 lat temu przyniosło to, w ciągu paru lat, cofnięcie się wpływów polskiej kultury od 150 do 300 km na zachód.

Długotrwałe przekonywanie, że Polak jest odwiecznym wrogiem, formowało nie tylko umysły mas, ale i elit zarówno czasów caratu, jak i bolszewizmu. Ludobójcza „operacja polska” z lat 1937-38 oznaczała masowe wywózki na Sybir, a przede wszystkim rozstrzelanie 111 tys. Polaków wyłącznie z powodu ich narodowej przynależności. Rozstrzelanie w roku 1940 na rozkaz Stalina 21857 polskich oficerów i pracowników służb państwowych było logicznym etapem obranego kursu. Autor „Powstania Warszawskiego widzianego z Moskwy” wyraża przypuszczenie, że dowódcy AK latem roku 1944 nie dość trafnie oceniali zbrodniczy marsz sowieckiego imperium. Dostrzegając jego upiorną konsekwencję, winni się spodziewać, że zagłada Warszawy będzie kolejną z pasma zbrodni, więc nie należało liczyć na szansę „przywitania Armii Czerwonej z pozycji gospodarza”.

Mikołaj Iwanow, który osiadł w Polsce jako „domu wolności”, „drugiej ojczyźnie, w której każdy obcy może czuć się, jak u siebie” wyraża pogląd, według którego „stosunek do Polski i Polaków jest w Rosji miernikiem przyzwoitości, papierkiem lakmusowym stanu zdrowia moralnego”. Miejmy wiarę w dobre tendencje tego wskaźnika. W latach czterdziestych, jeśli chodzi o polityczne elity ZSRS, ze wskaźnikiem tym było skrajnie źle.

Wyjście z sytuacji bez wyjścia?

Jeśli nawet sztab gen. Bora-Komorowskiego miałby pewność, że ogłoszenie „Godziny W” będzie oznaczać walkę bez nadziei na pomoc i zwycięstwo, czy nie powinien zdecydować o podjęciu walki? Nieco wcześniej białoruski Mińsk, miasto wielkości podobnej do Warszawy, zostało wykorzystane przez Niemców jako twierdza, spowalniająca sowieckie natarcie. Powstania w Mińsku nie było. Były za to bombardowania, ostrzały artyleryjskie, walki czołgów na ulicach, rzezie na cywilnej ludności. O wolność nikt w Mińsku nie walczył, a straty w ludziach i substancji miejskiej i tak były porównywalne z warszawskimi. Czy ktoś zna dowody, wykluczające taką perspektywę dla polskiej stolicy, której okupacyjne władze zażądały stawiennictwa tysięcy mężczyzn do prac fortyfikacyjnych?

W roku 1944 apogeum sięgała stalinowska propaganda, głosząca że jedynymi Polakami walczącymi z Hitlerem byli komuniści. Na cały świat trąbiono o heroicznych Czechosłowakach pod dowództwem tow. Ludwika Swobody i Polakach – tchórzach, faszystach, zdrajcach, niemieckich kolaborantach. Opinie te ochoczo podchwytywała nie tylko anglosaska prasa. Od wiosny 1944 sowieckie samoloty na terenie Generalnego Gubernatorstwa zrzuciły setki rzekomych partyzantów, którzy werbując margines społeczny (często najgorszych bandytów) sformowali 66 leśnych oddziałów. Doskonale uzbrojeni, wyposażeni w potężne narzędzia propagandy, dążyli do zbudowania wrażenia, że inicjatywę w walce z Niemcami w okupowanej Polsce przejmują siły sprzymierzone z Sowietami. Wezwania moskiewskich radiostacji, by natychmiast podjąć w Warszawie walkę pod dowództwem Armii Ludowej, były przejawem tego samego dążenia. „Kto nie walczy z Niemcami, jest wrogiem i jak wróg będzie potraktowany” – takie zapowiedzi nie pozostawiały złudzeń co do losu, przewidywanego dla żołnierzy AK.

Czołgi sowieckie na warszawskiej Pradze

Fakt pojawienia się sowieckich dywizji na wschodnich rubieżach stolicy w ostatnich dniach lipca 1944 często jest kwestionowany. Mikołaj Iwanow, w oparciu o dokumenty moskiewskich archiwów wojskowych ustalił, jak było naprawdę. 30 i 31 lipca do Pragi zbliżył się 16. Korpus Pancerny, który już rozpoczynał szturm tej dzielnicy. Za nim posuwały się jednostki piechoty 47. Armii, które 30 lipca zajęły Otwock, Miedzeszyn i Radość, 31 lipca opanowały Międzylesie i starły się z Niemcami pod Izabelinem i Miłosną. Według dokumentów I Frontu Białoruskiego – jego czoło znajdowało się wtedy 8 km od Warszawy. Kanonada artyleryjska, słyszana wówczas na ulicach Warszawy, to nie legenda. W świetle powyższych faktów wiadomo, że musiała być głośna.

Trudno było nie przypuszczać, że wielki pancerny szturm na stolicę, któremu będzie towarzyszyć zbrojna demonstracja sowieckich popleczników, w najbliższych dniach może stać się faktem. Warto przypomnieć, że w stronę Warszawy parł wtedy najpotężniejszy z sowieckich frontów - Pierwszy Białoruski (milion żołnierzy, 3 tys. czołgów, 15 tys. dział, 1450 katiuszy, 3500 samolotów). Trzeba dodać, że te siły były wyposażone w najnowocześniejsze, amerykańskie amfibie, przeznaczone do błyskawicznego przerzucania czołgów przez rzeki. Miażdżąca przewaga nad Niemcami powodowała, że od kilku tygodni front posuwał się średnio 20 km dziennie. Okupanci nie nadążali z przygotowywaniem punktów oporu, a o polskich równinach już wtedy mówiono, że są „autostradą dla czołgów”. „Autostradą” – w kierunku Berlina! Czy będąc świadkiem takiego rozwoju sytuacji, można się było nie liczyć z tym, że jako ośrodek spowalniający impet sowieckiego natarcia Niemcy, tak jak to zrobili z Mińskiem, wykorzystają Warszawę? I że oznaczałoby to zagładę miasta i jego mieszkańców?

Rachuby Kremla

Stalin wiedział, że mieszkańcy Warszawy będą największą przeszkodą w realizacji jego planów zapanowania nad Polską. Oczekiwał powstania i był pewien, że zostanie pokonane w ciągu co najwyżej kilku dni, po których Niemcy ostatecznie zgładzą polską stolicę. Liczył więc na to, że w sierpniu 1944 Warszawę spotka rzeź, a pragnący niepodległości Polski, skupieni głównie w Armii Krajowej i Polskim Państwie Podziemnym, zginą. Ci zaś, którzy przeżyją, zostaną ostatecznie skompromitowani mizerną skalą swej walki. Stalin doczekał się rzezi, ale nie Armia Krajowa została skompromitowana, lecz on sam. To prawda, że świat zachodni nie uczynił wiele dla warszawskich powstańców. Fundamentalny przełom w postrzeganiu Sowietów i ich lidera także nie nastąpił. Wydany jednak przez Stalina zakaz lądowania samolotów z zaopatrzeniem na sowieckich lotniskach, leżących o krok od Warszawy, wywarł piorunujące wrażenie. Setki komentatorów radykalnie zmieniły wtedy opinię o sowieckim przywódcy, a wielu historyków wskazuje zatrzymanie frontu na Wiśle w ostatnich dniach lipca 1944, jako rzeczywisty początek zimnej wojny.

Uzasadniająca terror sowiecka propaganda, pod osłoną której setki tysięcy polskich patriotów miały być oskarżone o zdradę i przykładnie ukarane, oczywiście została uruchomiona. 63 dni heroicznej, samotnej walki, pomimo miażdżącej przewagi wroga, stanowiły jednak dowód tego, że słowo „Armia” w nazwie formacji niepodległościowego podziemia, nie było pojęciem przesadzonym. Z dokumentów, do których dotarł Mikołaj Iwanow, wynika, że sam Stalin z niedowierzaniem przyjmował codzienne wiadomości o tym, że powstanie nadal trwa. Z wielu świadectw wynika, że nawet marionetkowy PKWN przyjmował z przerażeniem te, wiadomości jako czynnik ostatecznie delegitymizujący jego działalność. Część pionków Stalina traciła wiarę w możliwość zaprowadzenia sowieckiego porządku w kraju zdolnym do tak twardego oporu.

Trudno odpowiedzialnie stwierdzić, na ile ofiara Warszawy i nadzwyczajne męstwo Powstańców przełożyły się na decyzje sowieckiej satrapii o dalej posuniętych rekompensatach terytorialnych na Ziemiach Zachodnich (sprawą otwartą była wtedy przyszłość Szczecina i połowy Dolnego Śląska) i stopniu autonomii powojennej Polski. Zdolność do okupionej największymi ofiarami wielkiej demonstracji pragnienia niepodległości – pozostała jednak w pamięci na długo. Bohaterska walka, stoczona na przekór wszystkim okolicznościom – nie tylko nie przeszła bez wrażenia, ale i bez politycznych następstw. Z dokumentów, do których dotarł z kolei Władimir Bukowski, wynika, że argumentem przeciw sowieckiej interwencji w Polsce lat osiemdziesiątych była wizja „Powstania Warszawskiego w dziesiątkach polskich miast”.

 

Wielkiego czynu zbrojnego Powstania 1944 nie sposób ocenić drogą prostego rachunku zysków i strat. Jego doniosła rola w polskiej drodze do wolności może nie jest wymierna, ale nie można jej zakwestionować.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej