Orwelliada wiek XXI- Andrzej Gelberg

Na początku było Słowo…Z Ewangelii według św. Jana. To „Słowo” (koniecznie dużą literą) – z cytowanej Ewangelii – miało wymiar boski, co dla kolejnych pokoleń było sygnałem, że do „słowa”(tym razem małą literą) nie można podchodzić nonszalancko i dezynwolturą. A już zwłaszcza do słów dotyczących spraw najważniejszych.

Na początku było Słowo…Z Ewangelii według św. Jana.  To „Słowo” (koniecznie dużą literą) – z cytowanej Ewangelii – miało wymiar boski, co dla kolejnych pokoleń było sygnałem, że do „słowa”(tym razem małą literą) nie można podchodzić nonszalancko i dezynwolturą. A już zwłaszcza do słów dotyczących spraw najważniejszych.

Jednym z najważniejszych, wręcz kluczowych terminów jest słowo: „prawda”. Arystoteles definiował je: „Prawda to nic innego jak zgodność myśli z rzeczywistością”. W większości religii prawda ma wymiar moralny, co oznacza, że mówienie prawdy jest obowiązkiem i cnotą, kłamstwo zaś grzechem. Ale prawda ma również wymiar kulturowy i cywilizacyjny. Otóż gdyby od momentu pojawienia się człowieka na ziemi, „prawda” i „kłamstwo” używane były między ludźmi w sposób losowy, to niewykluczone, że żylibyśmy nadal w epoce kamienia łupanego.

Manipulacja

Od niepamiętnych czasów rządzący używali tej metody, by umocnić swoje władztwo nad poddanymi. Na przestrzeni wieków powstawało wiele tekstów o charakterze poradników, w Europie najbardziej znany i popularny jest „Książę” autorstwa żyjącego na przełomie XV i XVI stulecia Niccolo Machiavellego. Ale dopiero wiek XX stworzył – za pomocą niebywałego wcześniej rozwoju prasy, ale przede wszystkim przez pojawienie się nowych mediów: radia, telewizji i internetu – niespotykane wcześniej możliwości manipulowania zbiorową świadomością ogromnych, liczących dziesiątki milionów, grup społecznych. Przestrzegał przed tym George Orwell w „Roku 1984”, tworząc apokaliptyczną wizję zniewolenia, manipulacji i inwigilacji, która, o zgrozo, zaczyna krok po kroku stawać się rzeczywistością. I nie jest pociechą, że do pełnej realizacji tej wizji jeszcze droga daleka, bo na razie posuwamy się drogą jednokierunkową.

Zatrzymajmy się przy naszym krajowym, prowincjonalnym ogródku. Na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku czołowy polityk Unii Demokratycznej, Bronisław Geremek w jednym z wywiadów udzielonych „Gazecie Wyborczej” użył nie znanego wcześniej terminu „fakt prasowy”, na który się zresztą powołał. Nie wywołało to powszechnego zgorszenia, co przez wielu zostało uznane za przyzwolenie do „rozszczepiania” faktów prasowych, co w jednym czy dwóch przypadkach spotkało się z protestem i skierowaniem sprawy do sądu za szerzenie kłamstwa. Na wyrok trzeba było czekać dobrych kilka lat. Pierwszy, który skłamał, tworząc „fakt prasowy” (bo już nie ci, którzy go „rozszczepili”) został zobowiązany przez sąd na zamieszczenie sprostowania, które gazeta zamieściła na dosyć odległej stronie.

Pierwszy krok w inwazji kłamstwa jednak zrobiono, a na następne nie trzeba było długo czekać.

Inwazja fake newsów przyszła z Zachodu

Na początku zaczęły hulać w internecie – w mediach społecznościowych. Nie wiadomo, kto zapoczątkował tę akcje, może jacyś żartownisie, nie ukrywano wszak – jak sama nazwa wskazuje – że są to informacje nieprawdziwe. Z czasem jednak znalazły się ośrodki, które uznały, że wrzucanie do internetu fake newsów może być korzystne do realizacji własnych celów politycznych i gospodarczych. I jeśli na początku ktoś chciał zrobić głupi kawał, to teraz skończyły się żarty i zaczęły schody i rządy wielu państw (w tym Stanów Zjednoczonych) zastanawiają się, jak zatrzymać nawałnicę fake newsów.

Wilk w owczej skórze

Jednak z najgroźniejszym zjawiskiem mamy do czynienia od chwili, gdy w przestrzeni publicznej pojawiło się i niestety utrwaliło pojęcie „postprawda”. Skromny i w zasadzie neutralny przedrostek tego wyrazu „post” bynajmniej nie sugeruje, że mamy do czynienia z bezczelnym kłamstwem i co więcej – rdzeń wyrazu: „prawda” – cały ten neologizm nobilituje. Autor tego terminu, który twórczo wypełnił antycypacje Orwella, stwierdził, że wykorzystywanie postprawdy świetnie działa, gdy „okoliczności, w których obiektywne fakty mają mniejszy wpływ na kształtowanie opinii publicznej, niż odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań”.

Winston Churchill stwierdził przed laty, że demokracja ma wiele wad, ale nikt lepszego ustroju nie wymyślił. Ciekawe, czy nie zmieniłby zdania, gdyby dożył rewolucji informatyczno-internetowej. Bo dzięki tym wynalazkom społeczeństwa państw demokratycznych, które formalnie w tych państwach pełnią funkcję demiurga, są najbardziej narażone na manipulację, dezinformację, inwigilację i na końcu ograniczenie wolności.

Trudny los sceptyków

Ci, którzy chcą poznać prawdę, którzy starają się zbierać informacje, żeby wyrobić sobie własne zdanie, którzy dla zwykłej higieny umysłowej starają się być sceptyczni wobec zalewu informacji i opinii, prawdziwych i zełganych, mają dzisiaj poważny kłopot, jak oddzielić ziarno od plew. Internet bynajmniej nie jest w tym pomocny, nie tworzy twardego gruntu, tylko grzęzawisko.

Czy w czasach zapaści semantycznej, gdy słowa zostały oderwane od swoich tradycyjnych znaczeń, a zewsząd wlewa się bezkarnie kłamstwo, można dostrzec jakieś światełko w tunelu?

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej