...Ależ panie redaktorze!- Waldemar Żyszkiewicz

Proszę pozwolić, że coś panom pokażę – powiedziałem, kładąc na stole teczkę, a drugą ręką szkicując na jego blacie niewidzialny schemat sytuacyjny... Kto choć raz widział kota idącego przez kopny śnieg, ten wie, o czym mówię.

Proszę pozwolić, że coś panom pokażę – powiedziałem, kładąc na stole teczkę, a drugą ręką szkicując na jego blacie niewidzialny schemat sytuacyjny... Kto choć raz widział kota idącego przez kopny śnieg, ten wie, o czym mówię.

Robiłem kiedyś, w początkach swej dziennikarskiej pracy w Tysolu, wywiad z mianowanym właśnie komendantem głównym Policji. To było raczej kurtuazyjne spotkanie, związane z objęciem stanowiska przez oficera, który po kilku latach pełnienia funkcji komendanta wojewódzkiego na południowych krańcach Polski oraz po dosłownie przemknięciu przez Katowice został najważniejszym policjantem w kraju. Mój rówieśnik, zaledwie o miesiąc młodszy, otrzymał tę funkcję od nominalnie solidarnościowej ekipy premiera Buzka, nad którego miękką charyzmą Jadwiga Staniszkis rozmarzyła się jedynie przez krótką chwilę.

Nie, jak wspomniałem, nie był to żaden wywiad merytoryczny, związany ze specyfiką problemów bezpieczeństwa w naszym kraju, które należałoby jak najpilniej rozwiązać. Żaden wampir przecież nie grasował. A w dyskursie publicznym o zagrożeniach z racji dość bujnie rozkwitającej przestępczości zorganizowanej dominowało pięknoduchostwo: nie ma mowy o żadnej mafii, może jacyś tam uzbrojeni bandyci z Warszawy i okolic czy Gdańska trochę ludziom przeszkadzają, ale to jeszcze nie mafia, nawet gangsterami można ich nazwać jedynie na wyrost, w ferworze publicystycznych polemik.

W III RP szykowały się dobre czasy dla przestępców. Zaledwie parę lat wcześniej ogłoszono moratorium na karę śmierci, a empatyczny Paweł Moczydłowski jak lew walczył o prawa lokatorów więzień, przepraszam, osadzonych w zakładach karnych. Z nowelizowanego w roku 1998 kodeksu karę główną praktycznie wyeliminowano. Takie to wówczas dominowały nastroje, przynajmniej w debacie oficjalnej. „Tygodnik Solidarność” jako pierwszy dostał szansę przeprowadzenia wywiadu z nowym komendantem głównym, a pretekstem do tego spotkania stała się oferta pomocy dla mocno wtedy spauperyzowanej formacji odpowiedzialnej w państwie za utrzymanie bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Było tak: jeden z niedziennikarskich pracowników naszej redakcji, idąc z duchem nowych czasów i najwyraźniej dysponując dobrym wyczuciem trendów, założył fundację, która w spektrum swych statutowych celów, obok działań na rzecz poprawy bezpieczeństwa, miała też rzeczową pomoc dla Policji. Sytuacja dość dziwna dla obu stron, teren instytucjonalnie grząski, na którym należało się poruszać z wielką delikatnością. Kto choć raz widział kota idącego przez kopny śnieg, ten wie, o czym mówię.

*

Spotkanie z nowo mianowanym komendantem wspominam sympatycznie. Podjęto mnie z rewerencjami należnymi redakcji zasłużonego tygodnika, wręcz emblematycznego dla procesu przemian. Zostałem zaproszony do przestronnego, niedawno objętego gabinetu, który spokojnie mógł pełnić funkcję sali odpraw, a nawet pomieścić uczestników jakiejś niewielkiej konferencji...

Po krótkiej prezentacji i wstępnej kurtuazji, zaczęła się zasadnicza część spotkania. Początkowe napięcie z obu stron opadło, czemu sprzyjała prowadzona przez mnie rozmowa, pozbawiona dociekliwych pytań, które mogłyby przez niezbyt jeszcze osadzonego w siodle komendanta zostać odebrano jako napastliwe czy zbyt drażliwe, może wręcz inwazyjne... Nie było zresztą powodów, żeby cisnąć pytaniami kogoś, kto dopiero zaczyna swą służbę. Poza tym, zostałem wysłany przecież z misją dobrej woli.

W ciągu piętnastu lat pracy w tygodniku przeprowadziłem sporo wywiadów. Zwykle były to rozmowy z ludźmi, którzy odegrali istotną rolę w naszej współczesności, najczęściej rozmowy o pewnym ciężarze gatunkowym, a bywało, że trudne ze względu na kontekst sytuacyjny, no i nieraz prowadzone w sposób, który stawiał rozmówcę w sytuacji niezbyt komfortowej. O tamtej rozmowie z pierwszym gliną w kraju w żaden sposób nie da się tego powiedzieć. I jeśli ją teraz wspominam, to z zupełnie innego powodu. Wyłączyłem magnetofon, schowałem zeszyt i długopis. Komendant podniósł się zza stołu, wstałem i ja...

Nie byliśmy sami w tym dużym gabinecie, nowemu zwierzchnikowi polskiej policji towarzyszyło kilku współpracowników. Nie pamiętam już co, może ta sielska wręcz atmosfera spowodowała, że prawie stojąc w drzwiach spytałem jeszcze gospodarza, czy brak kary głównej nie utrudnia pracy organom ścigania w tej mierze, w jakiej ułatwia życie i aktywność przestępcom. Przez wszystkich obecnych w gabinecie jakby przeszła elektryzująca iskra... Ależ panie redaktorze!

*

Ze trzech wysokich szarżą policjantów, z komendantem głównym włącznie, zaczęło mnie przekonywać, że się mylę, nie mam racji, że badania wykazują coś przeciwnego, że nie liczy się wcale srogość, lecz nieuchronność kary oraz szybkość jej wymierzenia. Cały ten zestaw pozornie racjonalnych, w istocie pseudonaukowych liczmanów stosowanych w ówczesnej publicystyce jako argumentacja na rzecz wyeliminowania z kodeksów kary śmierci.

Mówili z takim przejęciem, jakbyśmy byli w studio telewizyjnym. Zatrzymałem się z ręką na klamce, domknąłem z powrotem drzwi gabinetu i ruszyłem w stronę wielkiego konferencyjnego stołu.

– Proszę pozwolić, że coś panom pokażę – powiedziałem, kładąc na stole teczkę, a drugą ręką szkicując na jego blacie niewidzialny schemat sytuacyjny.

– Między leżącym po lewej państwem A, a położonym na prawo od niego państwem B, znajdują się państwa C i D – ciągnąłem swą zaimprowizowaną opowieść. – W państwie A na wielką skalę produkuje się narkotyki, dla których państwo B jest wielkim rynkiem zbytu. Władze państwa C wyeliminowały karę śmierci, która jednak nadal obowiązuje w państwie D. Którędy pójdą szlaki przerzutowe?

Pochyleni nad stołem wysocy oficerowie policji unieśli głowy i spojrzeli po sobie. Zapadła cisza. To przecież byli profesjonaliści.

*

Trzy miesiące później poprzednik mego rozmówcy, który miał jechać jako oficer łącznikowy do Brukseli, został zamordowany. W pobliżu swego domu, przy własnym aucie, z zimną krwią. Prawdę mówiąc, wyglądało to na rodzaj egzekucji. Śledztwo, od początku prowadzone bez przekonania, bardzo się przewlekało. Badano wiele wątków i postępowanie wciąż przedłużano. Dość powiedzieć, że po dwudziestu latach o ewentualnych motywach i mocodawcach tej zbrodni więcej wiadomo ze śledztw dziennikarskich niż z dochodzeń policyjnych.

Oglądałem telewizyjną relację z uroczystości pogrzebowych, którym nadano wysoką rangę, z pełnym przewidzianym w takich sytuacjach ceremoniałem. Trochę to trwało, ale osobiście zapamiętałem tylko jedno: autentyczny przestrach w oczach mego niedawnego rozmówcy.

Minęło sporo czasu. Fundacja pomocy policji, z racji pojawienia się naśladowców o niekoniecznie dobrej sławie, chyba nie przetrwała. Jej fundatora na dobre straciłem z oczu. Powoli, choć nie bez trudności, do głosu zaczęło dochodzić przekonanie, że policja państwowa nie może chodzić po prośbie, ani pozostawać na garnuszku prywatnych, choćby najbogatszych osób. Być może zresztą, pierwotna akumulacja kapitału zbójeckiego już się dokonała i utrzymanie pewnego ładu w państwie znów było w interesie tych, którzy zwykle rozdają karty.

Któregoś dnia, jeszcze przed wyrzuceniem z domu telewizora, znów go zobaczyłem w telewizyjnym studiu. Znaczy tego fundatora sprzętu dla policji. Ogolony na zero, rozpięta pod szyją koszula w kwiaty, na szyi łańcuch. Z trudem go poznałem, bo neohipisowski szyk odjął mu kilkanaście lat. Tym razem z całą żarliwością upominał się o prawa pewnej dyskryminowanej w naszym kraju mniejszości.

Zresztą akurat tej mniejszości, o której najbardziej wytrawni badacze ksenofobii i nietolerancji najczęściej mówią, że jej w ogóle w Polsce nie ma.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej