Chaos- Paweł Pietkun

Inspektorat Policji, Straży Pożarnej i Służb Ratowniczych Jej Królewskiej Mości ostrzega przed wzrostem przestępstw kryminalnych związanych z Brexitem – z powodów nienawiści etnicznej. Brytyjski oddział firmy Amazon idzie dalej i zapowiada rozruchy społeczne. A separatyści z Irlandii Północnej wprost ostrzegają przed wyzwoleńczą wojną. Brexit wymyka się spod kontroli – a po serii dymisji w rządzie zająć się ma nim wyłącznie premier Theresa May.

Decyzję o tym, że już nie żaden minister, ale właśnie ona osobiście, Theresa May ogłosiła w środę, 25 lipca, dwa tygodnie po głośnych dymisjach w jej gabinecie. Ze stanowiska, w związku z Brexitem, a właściwie w proteście przeciwko możliwym ustępstwom w negocjacjach z Unią Europejską, ustąpili David Davis, minister ds. Brexitu oraz Boris Johnson, szef brytyjskiego MSZ.

– Po dekadach, w których brytyjscy ministrowie jeździli do Brukseli i stanowczo protestowali przeciwko kosztownym unijnym regulacjom, teraz twierdzimy, że musimy zaakceptować wszystko w imię zdrowia naszej gospodarki, nie mając żadnego prawa głosu ani sposobu ochrony naszych firm i przedsiębiorców – oświadczył Johnson składając dymisję. Ale gabinetowe roszady na Downing Street to wierzchołek góry lodowej problemów związanych z rozwodem Londynu z Brukselą.

Wielka Brytania niemal na pewno będzie zmagała się z kryzysem gospodarczym znacznie większym, niż ten wywołany powolnym rozpadem Imperium Brytyjskiego w ubiegłym stuleciu. O jego skali świadczą deklaracje największych brytyjskich zakładów produkcyjnych – Airbus zapowiada wstrzymanie wszelkich inwestycji, ze Zjednoczonego Królestwa chcą się wycofać Jaguar, Land Rover i koncern BMW. Rozważa to jeszcze inny wielki pracodawca – Amazon. Jego szef na Wielką Brytanię, Doug Gurr mówi wprost, że firma bierze pod uwagę nawet scenariusz, w którym w ciągu pierwszych dwóch tygodni od formalnego wyjścia z Unii Europejskiej w największych miastach Królestwa może dojść do masowych zamieszek – podobnych do tych, jakie przetoczyły się przez londyńską dzielnicę w Tottenham w 2011 roku, kiedy północna część Londynu niemal całkowicie spłonęła. Londyńczycy do dzisiaj wspominają zdjęcia płonących autobusów na ulicach Tottenham, zniszczonych i zdemolowanych sklepów oraz spalonych doszczętnie budynków użyteczności publicznej. Przywracanie dzielnicy do stanu sprzed zamieszek zajęło administracji niemal pięć lat. Powodem wybuchu niezadowolenia społecznego było zastrzelenie przez Metropolitan Police imigranta Marka Duggana. Tym razem – zdaniem Gurra – powodem podobnych scen stać się mają puste półki w brytyjskich sklepach. Zaś bunty społeczne – ostrzega – rozleją się po całym kraju.

Coraz bardziej nerwowo

Kilka dni temu w Edynburgu grupa nastolatków zaatakowała dwóch Polaków. Jeden z nich z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala. Jak informowała lokalna policja, w sobotni wieczór „dwóch Polaków w wieku 19 i 20 lat wysiadło wraz ze swoją 20-letnią znajomą z autobusu, gdy zaczepiła ich grupa około dziesięciu nastolatków. Oprócz poważnej napaści ofiara i jego przyjaciel stali się przedmiotem ataku na tle narodowościowym”. Policja wciąż próbuje ustalić, kto był sprawcą.

To nie pierwszy i nie jedyny napad na imigrantów z Europy Środkowej – te zdarzają się coraz częściej. I nie ma wątpliwości, że chodzi o kwestie narodowe i etniczne. Nie ma również wątpliwości, że są spowodowane Brexitem.

Kiedy w referendum dotyczącym wystąpienia Królestwa z Unii Europejskiej, Brytyjczycy wypowiedzieli się za rozwodem i ograniczeniem imigracji zarobkowej – tłumaczyli to odbieraniem pracy przez tańszych Polaków, Rumunów, Węgrów i Bułgarów. Wystąpienie z UE uderzy jednak nie tylko obywateli krajów Europy Środkowej. To cios przede wszystkim w naturalizowanych Brytyjczyków, którzy pochodzą z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu. W sposób oczywisty za Brexit i związane z nim problemy winią tych, którzy znaleźli się na sztandarach, jako przyczyna kłopotów – między innymi Polaków.

Brytyjski Inspektorat Policji, Straży Pożarnej i Służb Ratowniczych Jej Królewskiej Mości ostrzega, że takich napadów będzie znacznie więcej bezpośrednio przed oraz zaraz po wyjściu z UE.

Londyn pod ścianą

I choć wyjście z Unii wciąż jest melodią przyszłości – formalnie Londyn rozstanie się z Brukselą dopiero 29 marca przyszłego roku, zaś przez kolejny rok będzie trwał tzw. okres przejściowy – jego efekty są dla gospodarki odczuwalne. W tym roku po raz pierwszy angielscy i szkoccy rolnicy informowali, że nie mogą znaleźć pracowników do zbiorów i zasiewów. Efektem był wzrost cen żywności w całym kraju. Kolejne miesiące mogą być jeszcze gorsze.

– Brytyjczycy są coraz bardziej świadomi tego, że sektory, takie jak opieka zdrowotna potrzebują wykwalifikowanych imigrantów, a imigranci o niskich kwalifikacjach są potrzebni np. do rolnictwa i hotelarstwa – uważa Heather Rolfe z National Institute of Economic and Social Research. – Wśród mieszkańców Wielkiej Brytanii wzrosły obawy, iż Brexit jest zły dla gospodarki.

Coraz częściej politycy mówią, że sprawę ułatwiłoby przedłużenie negocjacji. Tymczasem Bruksela je wyklucza.

– Traktat o Unii Europejskiej mówi wyraźnie, że kraj wychodzący ma dwa lata na przeprowadzenie negocjacji. Dwa lata mijają 29 marca 2019 roku – mówią kategorycznie unijni dyplomaci. Wyjątki od tego deadline’u mogą być dwa – wcześniejsze wybory i zmiana premiera. Dopóki w Londynie nie nastąpi kryzys gabinetowy, termin będzie biegł nieubłagalnie. A najbliższy i być może ostatni szczyt Rady Europy w tej sprawie odbędzie się 18 października. Właściwie jedynym sojusznikiem Londynu przy stole negocjacyjnym może być Hiszpania. Ale pod warunkiem, że Madryt otrzyma Gibraltar, terytorium sporne między Wielką Brytanią a Hiszpanią, co dotychczas rząd przy Downing Street oraz Pałac Buckingham kategorycznie wykluczały.

Również Irlandia jest przygotowana na najgorszy scenariusz negocjacji. To właśnie ten kraj będzie miał jedyną europejską lądową granicę z Wielką Brytanią. I nie lada problem z separatystami z Irlandii Północnej, którzy powrócili do retoryki odzyskania przez Zieloną Wyspę pełnej niepodległości i odbicia Belfastu. Przyszły status Irlandii Północnej i kwestia kontroli granicznych pomiędzy północą a południem pozostaje kluczowym problemem w trwających negocjacjach w sprawie Brexitu.

– Opuszczenie UE przez Wielką Brytanię bez podpisanego porozumienia jest coraz bardziej realne – mówi wprost irlandzki premier Leo Varadkar. – I jest to wyłączna wina Londynu. Obecnie wygląda na to, że żadna forma Brexitu nie ma zdecydowanego poparcia w brytyjskim rządzie.

 

Irlandzki minister spraw zagranicznych Simon Coveney idzie dalej: – Przez większość ostatnich sześciu miesięcy Wielka Brytania negocjowała z samą sobą, wzywając do przyspieszenia rozmów w spawie Brexitu. Możemy Londyn wesprzeć jedynie w kwestii przedłużenia negocjacji. Jeżeli taki wniosek zostanie przez Londyn złożony. A nie został.

 

Decyzję o tym, że już nie żaden minister, ale właśnie ona osobiście, Theresa May ogłosiła w środę, 25 lipca, dwa tygodnie po głośnych dymisjach w jej gabinecie. Ze stanowiska, w związku z Brexitem, a właściwie w proteście przeciwko możliwym ustępstwom w negocjacjach z Unią Europejską, ustąpili David Davis, minister ds. Brexitu oraz Boris Johnson, szef brytyjskiego MSZ.

– Po dekadach, w których brytyjscy ministrowie jeździli do Brukseli i stanowczo protestowali przeciwko kosztownym unijnym regulacjom, teraz twierdzimy, że musimy zaakceptować wszystko w imię zdrowia naszej gospodarki, nie mając żadnego prawa głosu ani sposobu ochrony naszych firm i przedsiębiorców – oświadczył Johnson składając dymisję. Ale gabinetowe roszady na Downing Street to wierzchołek góry lodowej problemów związanych z rozwodem Londynu z Brukselą.

Wielka Brytania niemal na pewno będzie zmagała się z kryzysem gospodarczym znacznie większym, niż ten wywołany powolnym rozpadem Imperium Brytyjskiego w ubiegłym stuleciu. O jego skali świadczą deklaracje największych brytyjskich zakładów produkcyjnych – Airbus zapowiada wstrzymanie wszelkich inwestycji, ze Zjednoczonego Królestwa chcą się wycofać Jaguar, Land Rover i koncern BMW. Rozważa to jeszcze inny wielki pracodawca – Amazon. Jego szef na Wielką Brytanię, Doug Gurr mówi wprost, że firma bierze pod uwagę nawet scenariusz, w którym w ciągu pierwszych dwóch tygodni od formalnego wyjścia z Unii Europejskiej w największych miastach Królestwa może dojść do masowych zamieszek – podobnych do tych, jakie przetoczyły się przez londyńską dzielnicę w Tottenham w 2011 roku, kiedy północna część Londynu niemal całkowicie spłonęła. Londyńczycy do dzisiaj wspominają zdjęcia płonących autobusów na ulicach Tottenham, zniszczonych i zdemolowanych sklepów oraz spalonych doszczętnie budynków użyteczności publicznej. Przywracanie dzielnicy do stanu sprzed zamieszek zajęło administracji niemal pięć lat. Powodem wybuchu niezadowolenia społecznego było zastrzelenie przez Metropolitan Police imigranta Marka Duggana. Tym razem – zdaniem Gurra – powodem podobnych scen stać się mają puste półki w brytyjskich sklepach. Zaś bunty społeczne – ostrzega – rozleją się po całym kraju.

Coraz bardziej nerwowo

Kilka dni temu w Edynburgu grupa nastolatków zaatakowała dwóch Polaków. Jeden z nich z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala. Jak informowała lokalna policja, w sobotni wieczór „dwóch Polaków w wieku 19 i 20 lat wysiadło wraz ze swoją 20-letnią znajomą z autobusu, gdy zaczepiła ich grupa około dziesięciu nastolatków. Oprócz poważnej napaści ofiara i jego przyjaciel stali się przedmiotem ataku na tle narodowościowym”. Policja wciąż próbuje ustalić, kto był sprawcą.

To nie pierwszy i nie jedyny napad na imigrantów z Europy Środkowej – te zdarzają się coraz częściej. I nie ma wątpliwości, że chodzi o kwestie narodowe i etniczne. Nie ma również wątpliwości, że są spowodowane Brexitem.

Kiedy w referendum dotyczącym wystąpienia Królestwa z Unii Europejskiej, Brytyjczycy wypowiedzieli się za rozwodem i ograniczeniem imigracji zarobkowej – tłumaczyli to odbieraniem pracy przez tańszych Polaków, Rumunów, Węgrów i Bułgarów. Wystąpienie z UE uderzy jednak nie tylko obywateli krajów Europy Środkowej. To cios przede wszystkim w naturalizowanych Brytyjczyków, którzy pochodzą z Azji, Afryki i Bliskiego Wschodu. W sposób oczywisty za Brexit i związane z nim problemy winią tych, którzy znaleźli się na sztandarach, jako przyczyna kłopotów – między innymi Polaków.

Brytyjski Inspektorat Policji, Straży Pożarnej i Służb Ratowniczych Jej Królewskiej Mości ostrzega, że takich napadów będzie znacznie więcej bezpośrednio przed oraz zaraz po wyjściu z UE.

Londyn pod ścianą

I choć wyjście z Unii wciąż jest melodią przyszłości – formalnie Londyn rozstanie się z Brukselą dopiero 29 marca przyszłego roku, zaś przez kolejny rok będzie trwał tzw. okres przejściowy – jego efekty są dla gospodarki odczuwalne. W tym roku po raz pierwszy angielscy i szkoccy rolnicy informowali, że nie mogą znaleźć pracowników do zbiorów i zasiewów. Efektem był wzrost cen żywności w całym kraju. Kolejne miesiące mogą być jeszcze gorsze.

– Brytyjczycy są coraz bardziej świadomi tego, że sektory, takie jak opieka zdrowotna potrzebują wykwalifikowanych imigrantów, a imigranci o niskich kwalifikacjach są potrzebni np. do rolnictwa i hotelarstwa – uważa Heather Rolfe z National Institute of Economic and Social Research. – Wśród mieszkańców Wielkiej Brytanii wzrosły obawy, iż Brexit jest zły dla gospodarki.

Coraz częściej politycy mówią, że sprawę ułatwiłoby przedłużenie negocjacji. Tymczasem Bruksela je wyklucza.

– Traktat o Unii Europejskiej mówi wyraźnie, że kraj wychodzący ma dwa lata na przeprowadzenie negocjacji. Dwa lata mijają 29 marca 2019 roku – mówią kategorycznie unijni dyplomaci. Wyjątki od tego deadline’u mogą być dwa – wcześniejsze wybory i zmiana premiera. Dopóki w Londynie nie nastąpi kryzys gabinetowy, termin będzie biegł nieubłagalnie. A najbliższy i być może ostatni szczyt Rady Europy w tej sprawie odbędzie się 18 października. Właściwie jedynym sojusznikiem Londynu przy stole negocjacyjnym może być Hiszpania. Ale pod warunkiem, że Madryt otrzyma Gibraltar, terytorium sporne między Wielką Brytanią a Hiszpanią, co dotychczas rząd przy Downing Street oraz Pałac Buckingham kategorycznie wykluczały.

Również Irlandia jest przygotowana na najgorszy scenariusz negocjacji. To właśnie ten kraj będzie miał jedyną europejską lądową granicę z Wielką Brytanią. I nie lada problem z separatystami z Irlandii Północnej, którzy powrócili do retoryki odzyskania przez Zieloną Wyspę pełnej niepodległości i odbicia Belfastu. Przyszły status Irlandii Północnej i kwestia kontroli granicznych pomiędzy północą a południem pozostaje kluczowym problemem w trwających negocjacjach w sprawie Brexitu.

– Opuszczenie UE przez Wielką Brytanię bez podpisanego porozumienia jest coraz bardziej realne – mówi wprost irlandzki premier Leo Varadkar. – I jest to wyłączna wina Londynu. Obecnie wygląda na to, że żadna forma Brexitu nie ma zdecydowanego poparcia w brytyjskim rządzie.

 

Irlandzki minister spraw zagranicznych Simon Coveney idzie dalej: – Przez większość ostatnich sześciu miesięcy Wielka Brytania negocjowała z samą sobą, wzywając do przyspieszenia rozmów w spawie Brexitu. Możemy Londyn wesprzeć jedynie w kwestii przedłużenia negocjacji. Jeżeli taki wniosek zostanie przez Londyn złożony. A nie został.

 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej