PIĘKNY CZAS SIĘ ROBI- Michał Mońko

Z rana słoneczko jest chłodne, nie przypieka i pan Edward, dla przyjaciół Edzio, dla innych Flacha, zasiada pod jesionem opodal drogi z Łosic na Harachwosty, żeby cieszyć się piwem. „Przyjemnie chłodzi gardło” – powiada pan Edward, spoglądając w niebo, skąd wkrótce ma zejść na ziemię upał. Na razie piękny czas się robi.

W wilgotny, chłodny dzień pan Edward wypija – no, ile? Siedem? Nie więcej niż dziesięć, jedenaście. A jak nastaje gorąco i sucho, to wypija czternaście piw. „Człowiek musi być naoliwiony – powiada. – Nienaoliwiony człowiek się zaciera jak nienaoliwiona oś!”

Chłodne słonko sączy się przez konary przydrożnego jesionu. Po drodze suną tiry z kurczakami, z grzybkami. Suną aż do Londynu. Tam nie potrzebują kurzego smrodu, ale potrzebują kurczaków.

Pan Edward sączy piwko i cieszy się każdą chwilą chłodnego jeszcze poranku. Cieszy się każdą chwilą trwania nowej Polski. „Dawniej, kurde, był socjalizm – krzywi się pan Edward. – Miał być ten socjalizm z ludzką twarzą. Miał być, kurde, ludzki dla ludzi. Ale to był ustrój do dupy. Bo trzeba było chodzić do roboty!”

Na szóstą leciał pan Edward do roboty w pegeerze. A teraz, o! „Doczekałem się – pan Edzio wypija z butelki resztę piwa, rzuca butelkę do rowu i sięga po następną. – A teraz, o! – powtarza. – Doczekałem, kurde. Doczekałem Polski, mojej mateczki! Ona, ta matka Polska, karmi mnie, poi i co? Nie pędzi na szóstą do roboty!”

Teraz jest dobrze”

Pan Edward, dla przyjaciół Edzio, dla nieprzyjaciół Flacha, nie od razu wybił się na wolnego człowieka. Po upadku komuny, w osiemdziesiątym dziewiątym, musiał iść do roboty choćby na kilka godzin. „Ale ten mus szczęśliwie minął jak zły sen – pan Edward wzdycha i pociąga z butelki łyk, żeby zalać gorycz wspomnień. – Teraz jest dobrze – wzdycha. – Czasami muszę szczypać się w pośladki, żeby się upewnić, że to wszystko, kurde, dzieje się na jawie”.

Od miesiąca pan Edward pobiera rentę. Dali, to pobiera. Ile dali? Pan Edward mruży oczy. Pyta, czy wiem co to RODO? Kiedy odpowiadam twierdząco, wyjawia, że dostaje miesięcznie kilkaset. Za co te pieniądze? „Za żywota – śmieje się. – Mam w sobie dużo cukru. Jestem słodki. No i pięty mnie bolą”. Pieniądze za bolące pięty? I na co te pieniądze? „Na picie!” – mówi z rozbrajającą szczerością pan Edward.

Dwadzieścia cztery złote dziennie. Siedemset dwadzieścia miesięcznie. Czterysta osiemdziesiąt miesięcznie zostaje na papierosy. Co kwartał pan Edward dostaje jeszcze z gminny zasiłek. „Dają, bo się boją, że zajmiemy magistrat – uśmiecha się. – Kto zajmie? Niepełnosprawni. On i jego bliźni. Niepełnosprawni?

„A jak? Takich jak ja, w gminie jest kilkunastu”. Jaka niepełnosprawność? Może choroba alkoholowa? „Faktem jest, że mam cukrzycę, z nogami też nienajlepiej, no i w piersiach charczy coś. O… ch…ch.. no, słyszy pan?”. Pan Edward rzuca butelkę pod jesion i bierze następne piwo, trzecie. Dopiero trzecie, bo wciąż jest ranek.

Sąsiad pana Edwarda, dawniej w ORMO, powiada: „Nareszcie władza dojrzała człowieka w człowieku. Ale ministrowie zachowują się nie bardzo”. A gdyby zachowywali się bardzo, to co by było? „To by brali średnią krajową, nawet mniej niż średnią, a biorą po pięć tysięcy albo i więcej na rękę. Mój syn na tirze ledwo osiem wyciąga. Ale to harówka! A taki minister to co robi? Siedzi i piórkiem wodzi, herbatkę popija, objada się kotletami. Czemu tak? Wszyscy przecież mają takie same żołądki, nie?”

Żołądek pana Edwarda jest taki sam jak żołądek ministra energetyki. „Jedzenie?! – dziwi się. – Mogę podzielić się z jakim ministrem. Tyle mam jedzenia, że nie przeżeram wszystkiego. Unia przywozi do Urzędu. Kontenery z makaronem, kaszą, mąką, olejem, konserwami, kawą i z innymi dobrami. Ostatnio dawali nawet kabanosy. Całe wsie przyjeżdżają samochodami i biorą. Mnie ciężko się zabrać z tymi darami, bo nie mam samochodu. Muszę prosić sąsiadów. A jak chcę coś świeżego, jakieś owoce, warzywa, to przecież dookoła pola i pola. Nikt bliźniemu nie poskąpi marchewki albo kartofli”.

Wyzwolony z pracy”

Dookoła pola i pola, a truskawki, ogórki niezebrane. Wszystko na polach gnije. Pracować na polach nikt nie chce. Po co pracować, skoro rząd płaci za niepracującego. Unia wszystko daje niepracującemu. Płaci, daje, wspiera, dopłaca. Po co pracować, po co harować? Niezebrane porzeczki? A niech gniją, cholery! Niepielone warzywa zarastają chwastami.

Na budowach w Białej Podlaskiej brakuje budowlańców. Praca czeka wszędzie na pracowników. Może by poszedł do pracy pan Edward, dla przyjaciół Edzio? „A wie pan, co to jest wolność? – pyta pan Edward. – Pokolenia walczyły i ginęły w imię wolności. No i mamy wolność. Ja wyzwoliłem się z pracy. I będę dwiema rękami i dwiema nogami głosował na Polskę, która jest dla mnie jak matka karmicielka”.

Dziadek pana Edwarda zakładał w Kownatach Rewolucyjny Komitet. Bolszewicy gwarantowali wolność absolutną, nawet wolność od pracy. Ale musieli odejść z Podlasia. Ojciec pana Edwarda, marzyciel, musiał pracować. Po czterdziestym piątym należał do Pepeeru, parcelował majątki w Kownatach, w Waśkowólce. Matka należała do Pezetpeeru. Marzyła o ustroju, w którym będą pracować tylko ci, co zechcą pracować. W 1945 chłopi wypędzili właścicieli, rozdzielili ziemię.

„I co? Na tej ziemi musieli pracować! Jakby za karę. U dziedzica to można było kraść. A u siebie? Za cholerę nie ukradniesz, bo to swoje. Nie godził się na to ojciec pana Edwarda. Zmarł w biedzie, bo w tamtych komunistycznych czasach, rząd nie płacił niepracującym”. Pan Edward, dla przyjaciół Edek, ma w oczach łzy.

„Dopiero teraz jest wolność i jakiś porządek. Wolność absolutna. Każdy ma, ile chce, a robić nie musi”. Pieniądze daje gmina, a żywność przywozi ta zgniła Unia. I jest dobrze”. Słoneczko podniosło się nad drzewa, nie jest za gorąco. Ale piwo, żeby było chłodne, trzeba trzymać w przydrożnym rowie.

„Eeee… ch – wzdycha pan Edward, dla przyjaciół Edzio, dla nieprzyjaciół Flacha. – Browarek przyjemnie chłodzi gardło”. Pan Edward nie martwi się posuchą w przyrodzie. „No, jak sucho, to trzeba więcej zwilżać gardło”. A jak trzeba będzie więcej wydać na piwo, to rząd zapłaci.

 

Bo jak nie zapłaci, to będzie okupacja magistratu w Huszlewie.


 

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej