Jak lawa… - Andrzej Gelberg

Próba zrozumienia rzeczywistości nigdy nie jest łatwa, nawet w czasach zabetonowanej stabilizacji, a co dopiero wtedy, gdy historia nabiera gwałtownego przyspieszenia.

Próba zrozumienia rzeczywistości nigdy nie jest łatwa, nawet w czasach zabetonowanej stabilizacji, a co dopiero wtedy, gdy historia nabiera gwałtownego przyspieszenia.

Zaczęło się w drugiej połowie ubiegłego stulecia od rewolucji informatycznej, która w tempie superekspresowym rozlała się po całym naszym globie i która – stokroć bardziej niż rewolucja druku Gutenberga – zmieniła nasz świat. Ten wynalazek, mający oczywiście wiele zalet ułatwiających rozwiązywanie problemów wcześniej będących poza granicą możliwości, stał się – szczególnie ze swoim sztandarowym internetem – swoistą pułapką. Ułatwiając niemal nieograniczony dostęp do informacji, a także – poprzez takie dodatkowe wynalazki, jak portale społecznościowe z królującym do dzisiaj Facebookiem – dając możliwość stałego, biernego i czynnego, komunikowania się ze sobą milinów ludzi, stworzył nieodparte na pierwszy rzut oka wrażenie o istotnym poszerzeniu przestrzeni wolności dla każdego. Było to złudzenie, w dodatku niebezpieczne, gdyż kiedy zafascynowani tym wynalazkiem miliony ludzi, zwłaszcza młodych, ani przez chwilę nie wypuszczali z ręki iPhone’a, iPada czy tabletu, to wpadali w szczególną niewolę uzależnienia – w dodatku w sposób „rewolucyjny” zmieniając tradycyjne relacje międzyludzkie. Dobrym przykładem takiej zmiany, która powoli staje się codziennością, jest taka oto scenka: chłopak i dziewczyna, wydawałoby się zakochani w sobie, siedzą przy kawiarnianym stoliku i zamiast rozmawiać, patrząc sobie w oczy, komunikują się za pomocą trzymanych w dłoniach tabletów.

Istotnym elementem nowej zmiany jest także przyspieszona sekularyzacja Europy, wspierana wprost przez Brukselę, czego najlepszym przykładem jest świadome, wbrew faktom historycznym, pominięcie w projekcie Traktatu Konstytucyjnego – we fragmencie dotyczącym tożsamości europejskiej – odwołania się do dziedzictwa chrześcijańskiego. Jest starożytna Grecja, jest starożytny Rzym, a potem duży przeskok – i mamy oświecenie. Nic dziwnego, że w zachodniej Europie kościoły coraz bardziej pustoszeją.

Jeśli dodać do tego, że od kilkudziesięciu, a szczególnie intensywnie, od kilkunastu lat mamy do czynienia z masową emigracją na nasz kontynent wyznawców Allacha, wspieraną przez największe kraje UE, to nic dziwnego, że jak grzyby po deszczu pojawiają się na kontynencie europejskim nowe meczety wypełnione wiernymi. Islam jest w natarciu, chrześcijaństwo się cofa.

Pro domo sua

Jesteśmy częścią Unii Europejskiej i wspomniane zagrożenia, z wyjątkiem, na razie, inwazji islamu, dotarły również nad Wisłę. Rewolucja internetowa wraz z szaleństwem portali społecznościowych, które modelują na nowo relacje międzyludzkie, jest obecna niemal w każdym polskim domu. Liczba iPhone’ów, iPadów i tabletów znacznie już przekroczyła populację wszystkich obywateli Rzeczpospolitej (włącznie z oseskami). Również sekularyzacja, niestety, stale w Polsce narasta. Oglądając w telewizorze wielotysięczne pielgrzymki na Jasną Górę, nie zdajemy sobie sprawy, że w Polsce odnotowano w ostatnich latach największą w Europie dynamikę odejść od Kościoła. Coraz więcej ludzi deklaruje, że już nie są katolikami, że nie wierzą w Boga. Szokująca informacja o gwałtownym kurczeniu się liczby wiernych, oparta została na gruntownych, profesjonalnych badaniach, których wyników nie kwestionuje Kościół. I nie jest specjalną pociechą, że Polska nadal ma największy w Europie procent ludzi wierzących.

Ale oprócz wymienionych, płynących z Zachodu zagrożeń, które przystępując do Unii Europejskiej przyjęliśmy wraz z dobrodziejstwem inwentarza, mamy również swoje własne, będące konsekwencją naszej najnowszej historii. I są one zauważalnie większe i groźniejsze od tych, których doświadczają pozostałe kraje obozu sowieckiego. Bo one wprawdzie także po rozpadzie Związku Sowieckiego wybiły się na niepodległość, przeprowadziły trudną transformację ustrojową, przystąpiły do Unii Europejskiej i NATO, ale owych fundamentalnych zmian nie poprzedził w tych krajach Okrągły Stół.

Wszystkie demoludy będące przez blisko pół wieku pod butem Związku Sowieckiego przeżywały traumę systemu komunistycznego zarówno w gospodarce, jak również w życiu społecznym. Ale w żadnym – poza Polską – z tych krajów nie było takiego zdarzenia jak Okrągły Stół, który u nas stał się symbolicznym „kamieniem założycielskim” wolnej i niepodległej Polski. Ktoś może zapytać: w czym problem, przecież mogą być różne drogi prowadzące do niepodległości? Odpowiedź, że jednak problem był, pokazały kolejne lata funkcjonowania niepodległej już III Rzeczpospolitej. To fraternizowanie się prominentnych przedstawicieli solidarnościowej opozycji z komunistami, to trącanie się kieliszkami w Magdalence, dały skutki odczuwalne do dzisiaj.

A zaczęło się od wyboru Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta III RP głosami również solidarnościowych posłów i senatorów, co było czytelnym sygnałem, że z przedstawicielami poprzedniej władzy należy obchodzić się jak z jajkiem. Dlatego nie udało się, mimo kilku prób, uchwalić ustawy dekomunizacyjnej. Dlatego trzeba było kilkunastu lat, żeby wreszcie cofnąć uprzywilejowane emerytury oprawcom z UB, którzy otrzymywali blisko cztery razy więcej pieniędzy niż ich ofiary. Dlatego wreszcie wspomnianemu Jaruzelskiemu, oskarżanemu o zbrodnie na Wybrzeżu w roku 1970 i przelaną krew w stanie wojennym, włos z głowy nie spadł. I co więcej – pochowano go z wszystkim honorami na koszt państwa na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Przykłady można mnożyć i chociaż większość czołowych przedstawicieli szeroko rozumianego aparatu władzy PRL leży już na cmentarzu, to mamy do czynienia ze swoistym „echem” w postaci „resortowych dzieci”.

III Rzeczpospolita będzie za kilka miesięcy obchodzić trzydzieste urodziny. Polska w tym czasie bardzo się zmieniła, w wielu aspektach na lepsze. Ludzie zaczęli lepiej zarabiać, poprawiła się pomoc społeczna, buduje się autostrady i mosty, spadło bezrobocie, wzrósł poziom optymizmu. Ale mimo tych pozytywów jakże często wyrażane jest przekonanie, że Polska nie jest krajem sprawiedliwym.

Zapomniana solidarność

Świadomie piszę solidarność z małej litery, gdyż nie chodzi mi o niestety niewielki już dzisiaj Niezależny Związek Zawodowy o tej samej nazwie. Przypomnę, że zanim wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, dominował w Polsce pogląd, potwierdzany przez uczone elaboraty socjologów, iż jesteśmy społeczeństwem zatomizowanym. I nagle w sierpniu 1980 r, zdarzył się cud – cud Solidarności. Niemal z dnia na dzień ludzie różnych środowisk i różnych zawodów zapragnęli być razem. Ci, którzy przeżyli ten karnawał Solidarności trwający 16 miesięcy, nigdy nie zapomną atmosfery niezwykłej serdeczności, empatii, chęci niesienia pomocy potrzebującym. Mimo trudnych warunków życia, systemu kartkowego i pustych półek w sklepach – ludzie na ulicach byli uśmiechnięci. Czymże była ta Solidarność, że niespodziewanie i z zaskoczenia wywołała takie wzmożenie moralne u swoich członków? Dlaczego Polacy zapragnęli być lepsi, niż byli dotąd? Co ich do tego skłaniało i dlaczego właśnie wtedy? Na te pytania nikt dotąd nie potrafił znaleźć odpowiedzi.

Czekając na kolejny cud

Jarosław Marek Rymkiewicz, obserwując polaryzację wśród Polaków – pierwsi akcentują swój patriotyzm i przywiązanie do tradycyjnych wartości, drudzy afirmują swoją nowoczesność i ironiczno-lekceważący stosunek do kodu aksjologicznego pierwszych – stwierdził w jednym z wywiadów, że jest to trwałe pęknięcie i tego już się nie da skleić. Próbowałem tę pesymistyczną prognozę zweryfikować, rozmawiając z ludźmi po obydwu stronach obecnej politycznej barykady z tym, że starannie omijałem działaczy partyjnych: PiS i totalnie opozycyjnych PO i Nowoczesnej. I ze smutkiem skonstatowałem, że Rymkiewicz się za bardzo nie mylił. Pozostaje jednak nadzieja, że jeśli emocje opadną, potrafimy się jakoś dogadać. Bo przecież, jak napisał wieszcz: „Naród jak lawa(...) wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi”.

Obyśmy się tylko wszyscy za bardzo nie poparzyli, czekając na kolejny cud.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej