Przełamać fatum historii

Przełamać fatum historii- Patryk Łomża-Zakrzewski Stany Zjednoczone słabną. Uzależniając swoją gospodarkę od importu, najpierw utraciły bazę przemysłową, potem kompetencje technologiczne, a wreszcie podstawy ekonomiczne niezbędne do finansowania potężnej armii. Waszyngtonu nie stać już na utrzymywanie wojsk w bazach rozsianych po całym świecie. Na przykładzie ostatnich negocjacji z Kim Dzong Unem widać, jak Amerykanie nerwowo szukają pretekstu do wycofania się z Korei Południowej. Ich wpływy na Bliskim Wschodzie gwałtownie się kurczą, do tego między nimi a drugą siłą w NATO tj. Turcją zapanowały już jawnie wrogie stosunki

Przełamać fatum historii- Patryk Łomża-Zakrzewski

Stany Zjednoczone słabną. Uzależniając swoją gospodarkę od importu, najpierw utraciły bazę przemysłową, potem kompetencje technologiczne, a wreszcie podstawy ekonomiczne niezbędne do finansowania potężnej armii. Waszyngtonu nie stać już na utrzymywanie wojsk w bazach rozsianych po całym świecie. Na przykładzie ostatnich negocjacji z Kim Dzong Unem widać, jak Amerykanie nerwowo szukają pretekstu do wycofania się z Korei Południowej. Ich wpływy na Bliskim Wschodzie gwałtownie się kurczą, do tego między nimi a drugą siłą w NATO tj. Turcją zapanowały już jawnie wrogie stosunki.

Prezydent Trump, żeby zmienić aktualną sytuację, tzn. sprowadzić z powrotem przemysł do Stanów Zjednoczonych, musi postawić bariery dla importu, a zatem wejść w spór z krajami opierającymi swoją gospodarkę na eksporcie. Uderza w ten sposób nie tylko w amerykańskiego arcyrywala, tj. Chiny, które notabene eksportują dużo tylko w wartościach bezwzględnych, bo jeśli za punkt odniesienia wziąć wielkość gospodarki Państwa Środka, to chiński eksport jest umiarkowany, ale też w swoich kluczowych sojuszników: Niemcy, Japonię oraz Koreę Południową.

Izolacjonistyczna polityka USA wywołuje pewne skutki uboczne. Otóż wzmaga ona u Niemców potrzebę poszukiwania alternatywnych rynków zbytu i stanowi dodatkowy impuls do wzmocnienia ich relacji z Rosją, które i tak są silne, co widać chociażby na przykładzie gazociągu Nord Stream rozbudowywanego mimo gróźb Waszyngtonu.

Stany Zjednoczone a Polska

Ameryka chciałaby uczynić z naszego kraju klin oddzielający Niemcy od Rosji, żeby nie dopuścić do połączenia potencjałów obydwu tych krajów, co podkopałoby mocarstwową pozycję USA. Niestety Stany Zjednoczone nie traktują nas poważnie i ewidentnie realizują swoje cele naszym kosztem.

W przeszłości, gdy pojawiła się potrzeba powstrzymania ekspansji komunizmu, Waszyngton zadbał, by antykomunistyczne zapory, tj. Japonia, Korea Południowa, RFN czy Tajwan wykształciły u siebie prężne gospodarki oparte o operujące w skali globalnej miejscowe koncerny. Wymienione państwa musiały być silne gospodarczo, aby udźwignąć ciężar zbrojeń.

Nawet obecnie promujący amerykańskie wpływy na Bliskim Wschodzie Izrael co roku dostaje miliardy dolarów wsparcia, a przecież graniczy z państwami, które w żaden sposób nie mogą się równać z potęgą Rosji. Nam nie stworzono podobnych warunków rozwoju.

W tej sytuacji koncepcja Trójmorza jako transmitera amerykańskich wpływów jest w zasadzie niewykonalna. Niby jak inne państwa środkowoeuropejskie mają grawitować w stronę Polski? Czym mielibyśmy ich do siebie przyciągnąć? Prawem pozwalającym urzędnikom konfiskować majątek obywateli według własnego widzimisię? A może naszym asem w rękawie okaże się budzący grozę ZUS? Nie posiadamy żadnego koncernu przemysłowego, choćby w minimalnym stopni zbliżonego potencjałem ekonomiczno-technologicznym do Samsunga, Audi, Toyoty. I to zamyka sprawę. Siłą napędową dla międzynarodowego bytu politycznego może być wyłącznie kraj, który jest zamożny, świetnie zorganizowany, atrakcyjny cywilizacyjnie, słowem kraj przyciągający do siebie ludzi, a nie kraj, z którego jego właśni obywatele uciekają za granicę. Chyba nie trzeba wspominać, że silnym graczom pokroju Niemiec i Rosji bardzo łatwo byłoby rozbić taką konfederację środkowoeuropejskich państewek (Trójmorze). Trudno wyobrazić sobie lepsze miejsce do wdrożenia zasady „divida et impera” (dziel i rządź).

Po roku 1989 oddaliśmy się pod kuratelę Ameryki. Godny pożałowania aktualny stan Polski jest „zasługą” Waszyngtonu. To przecież zachodni konsultanci wymogli na nas przyjęcie takich, a nie innych rozwiązań i obstawienie stanowisk takimi, a nie innymi ludźmi. W obecnych niespokojnych czasach szczególnie liczą się kwestie wojskowe. A na tym polu, podobnie zresztą jak w innych dziedzinach, jesteśmy świadkami tragikomedii. Dysponujemy muzealnym sprzętem wojskowym, który się rozpada i nadaje się wyłącznie do prowadzenia lekcji historii. Floty w zasadzie nie mamy. Trudno traktować poważnie półwieczne łodzie podwodne linii Kobben, które podarowała nam Norwegia, żeby zaoszczędzić sobie fatygi z przerabianiem ich na żyletki. System obrony przeciwlotniczej jest marzeniem sennym Dyzia Marzyciela. Nic dziwnego, skoro wojsko ma nawet problem z naprawą dziurawych hełmów...

Między wschodem a zachodem

Niezależnie od naszego myślenia życzeniowego słabnąca, skłócona i wyizolowana Ameryka prędzej czy później albo zawrze porozumienie z Rosją o podziale stref wpływów, albo zostanie zmuszona do wycofania się. Pytanie, czy nasz kraj ma pomysł, co zrobić w nowych-starych czasach, gdy od zachodu będziemy graniczyć z uwolnionymi spod kurateli amerykańskiej Niemcami, a od wschodu z mocarstwową Rosją? Jakiekolwiek próby konfliktowania się z tymi krajami skończą się dla nas fatalnie, a my posłużymy po raz kolejny za mięso armatnie. W tej sytuacji dla własnego dobra musimy stworzyć przestrzeń do porozumienia się z Niemcami i Rosją – na korzystnych dla nas warunkach, oczywiście.

Z pozoru wydaje się to trudne do zrealizowania, w końcu mieliśmy w przeszłości fatalne doświadczenia w kontaktach z tymi krajami.

Z drugiej strony państwa te mają już setki lat wspólnej historii z Polską i powinny wreszcie wyciągnąć wnioski, zrozumieć, że Polska odgrywa kluczową rolę w dziejach świata i że bez pełnego i uczciwego sojuszu z nią przyszłość Rosji i Niemiec zawsze będzie niepewna. Niesprawiedliwe potraktowanie naszego narodu prędzej czy później zostanie wykorzystane przez jakąś siłę zewnętrzną do zasiania niezgody między naszymi trzema nacjami z fatalnym skutkiem dla wszystkich.

Wyjątkowość Polski potwierdza historia

Niemcy powinni pamiętać o II wojnie światowej. Do jej wygrania zabrakło im jednego czynnika, poparcia Polaków. Dotarli przecież aż na rogatki Moskwy, skąd forpoczta Wehrmachtu ostrzelała stolicę ZSRR. Hitlerowców od zwycięstwa dzielił jeden mały kroczek, ale zabrakło im już sił, żeby go wykonać. Wystarczyło, by Polacy zamiast walczyć z III Rzeszą wystawili bitną milionową armię, a Niemcy wypchnęliby Sowietów za Ural, potem przez Kaukaz wkroczyliby na Bliski Wschód, zajmując strategiczne pola naftowe, bez których armia brytyjska byłaby unieruchomiona, wreszcie padłby Egipt z Kanałem Sueskim, przecinając tym samym brytyjski szlak do Indii i w ostatecznym rozrachunku Wielka Brytania musiałaby skapitulować. Tym bardziej, że Anglicy obronili swoją wyspę dzięki polskim lotnikom oraz rozpracowaniu przez nasz wywiad Enigmy, co dało Anglosasom bezcenny wgląd w działania niemieckie.

Rosjanie natomiast powinni pamiętać o 1920 roku, Cudzie nad Wisłą, kiedy to generał Rozwadowski rozgromił pod Warszawą amie bolszewickie, które w przeciwnym wypadku zajęłyby całą Europę, a także o wyprawie Napoleona przeciw Rosji i istotnej roli Polaków we francuskich siłach ekspedycyjnych. Wojna francusko-rosyjska zakończyła się co prawda zwycięstwem Rosjan, ale można się zastanawiać, jak by się historia potoczyła, gdyby zima w 1812 roku była łagodniejsza. Obiektywnie patrząc, mimo przeciwności pogodowych Napoleon zajął na krótko Moskwę.

Rosjanie powinni też mieć na uwadze powstania styczniowe i listopadowe oraz działalność opozycji w okresie PRL, kiedy to znaczącą rolę odegrały siły zewnętrzne.

Polakom natomiast nie wolno zapomnieć, jak potworną daninę krwi zapłacili jej najlepsi synowie za niepodległościowe zrywy. Mamy obowiązek wyciągnąć wnioski z Powstania Warszawskiego i zagłady stolicy, do której doprowadziliśmy z poduszczenia sił zewnętrznych.

Warto też zdać sobie sprawę z jeszcze jednego faktu. Otóż Rzeczpospolita historycznie nie była agresywnym krajem. Z zasady nie dokonywaliśmy militarnych podbojów naszych sąsiadów. Co więcej istnienie Rzeczpospolitej zapewniało równowagę sił w Europie. Obydwie wojny światowe wybuchły, gdy nasz kraj przestał istnieć. I to powinno stanowić memento dla naszych potężnych sąsiadów.

Wspólna świetlana przyszłość

Historia uczy, że tempo zmian na świecie w pewnych okresach może nabrać nagłego przyspieszenia. Stany Zjednoczone do uzyskania statusu supermocarstwa potrzebowały trzydziestu lat i dwóch wojen światowych. Imperium brytyjskie, nad którym słońce nigdy nie zachodziło, rozpadło się po zakończeniu II wojny światowej zaledwie w 20 lat. Jeszcze szybciej, bo w kilka lat rozpadł się blok wschodni z ZSRR na czele. Wszystkie te epokowe wydarzenia nikomu nie mieściły się w głowie, dopóki faktycznie się nie ziściły. Stany Zjednoczone decydujące o losach świata? Przecież żadne pozaeuropejskie państwo nie może być mocarstwem! Że niby jak słońce zajdzie nad Imperium Brytyjskim? Przecież ziemia jest okrągła. Świat bez bloku państw komunistycznych, bez ZSRR? Chyba po wojnie nuklearnej.

Trwały pokój wymaga splecenia interesów Polski, Niemiec i Rosji. Tylko wtedy pomyślność każdej z nacji będzie zagwarantowana. I nie chodzi o chwilowe odłożenie animozji. Potrzebujemy strategicznego aliansu, który zapewni zbieżność interesów na sto-dwieście lat. Cel trudny do osiągnięcia przy użyciu standardowych metod, jednakże w czasach, gdy świat gwałtownie się przekształca i szuka nowej formy, rozwiązania kiedyś nierealne, stają się jak najbardziej osiągalne. Wszystko zależy od tego, czy największe światowe potęgi dostrzegą w tym korzyść dla siebie i czy w imię własnego interesu zaczną działać. Potrzebny jest pomysł na takie ułożenie stosunków między Polską a Niemcami i Rosją, by naszym sąsiadom nie kalkulowało się nas niewolić, a nam działać na ich szkodę.

Za inspirację (ale tylko inspirację) mogą posłużyć pewne koncepcje z przeszłości, których z racji zawirowań dziejowych nie zdołali zrealizować nasi przodkowie.

Mam tu na myśli ideę stworzenia polskich kolonii (podbój Madagaskaru przez Maurycego Beniowskiego, założenie w XVII wieku faktorii handlowych w Gambii i Tobago przez Jakuba Kettlera księcia Kurlandii i lennika Rzeczpospolitej, prężna działalność Ligi Morskiej i Kolonialnej w latach 30. XX wieku). Wtedy wyjście Polski poza Europę nie było w interesie mocarstw kolonialnych, tj. Francji i Wielkiej Brytanii, które chciały utrzymywać polski żywioł skumulowany między Niemcami a Rosją, by w razie potrzeby (w swoim interesie) tym łatwiej wzniecać u nas niepokoje.

Gdyby udało się wtedy utworzyć polskie kolonie, nasz kraj istniałby niezależnie od samobójczych zapędów trapiących Europę. Ani II wojna światowa nie byłaby dla nas tak wyniszczająca (polski rząd, wojsko i część ludności miałyby gdzie się przenieść, żeby podtrzymywać polskość), ani powojenny komunizm tak degenerujący (enklawa polskości w Afryce pozwoliłaby zachować zdrową tkankę narodu nieskalaną komunizmem; przy założeniu, że USA nie wymogłyby likwidacji takiej kolonii).

Oczywiście teraz czasy są inne niż w kolonialnym XIX wieku, ale przy szczególnych uwarunkowaniach geopolitycznych może pojawić się sposobność do utworzenia (w cywilizowany sposób) w Afryce specjalnych terytoriów autonomicznych zbliżonych nieco charakterem do Hongkongu czy rezerwatów Indian w Ameryce Północnej.

Przy wsparciu Rosji i Niemiec realizacja takiego przedsięwzięcia od strony technicznej byłaby dość prosta, a wręcz pożądana w kontekście chaosu panującego na wielkich obszarach Afryki (np. RPA zsuwa się stopniowo w stan anarchii, a mordy i grabieże dokonywane na białej ludności osiągają zatrważającą skalę) oraz chińskiej ekspansji na tym kontynencie. Ewidentnie panujący tam układ sił ulega przetasowaniu, dzięki czemu pojawia się potencjał do wdrożenia nietypowych rozwiązań. Naturalnie nie ma szans na wykonanie przez nasz kraj jakichkolwiek śmiałych posunięć w ramach obecnej kompletnie afunkcjonalnej demokracji.

W erze bomb atomowych położenie Polski staje się nieznośne z punktu widzenia bezpieczeństwa naszego narodu. Tak się nieszczęśliwie składa, że nasze terytorium od setek lat służyło za szlak przemarszu wojsk, które regularnie pustoszyły nasz kraj. W XX wieku front obydwu wojen światowych przetaczał się przez Polskę tam i z powrotem, powodując koszmarne zniszczenia. Gdybyśmy zdołali choć część naszych zasobów przetransferować w inny region świata, uzyskalibyśmy polisę ubezpieczeniową chroniącą do pewnego stopnia przed skutkami wojen, nie mówiąc już o tym, że uzyskalibyśmy bezpośredni dostęp do oceanu światowego, a zatem ewentualne odcięcie nas od międzynarodowych szlaków handlowych stałoby się mocno utrudnione.

Przy okazji wyjście poza rejon ścierania się żywotnych interesów największych mocarstw świata, czyli poza obszar oddzielający Rosję od Niemiec, dałoby nam sposobność do utworzenia bytu państwowego odpowiadającego potrzebom naszych obywateli, a nie sił zewnętrznych.

Warto pamiętać, że położona pod kołem podbiegunowym (a zatem w niedostępnym regionie, który nie zalicza się do miejsc kluczowych w globalnej geopolityce) Szwecja, nie tylko zdołała uniknąć militarnego zaangażowania w zmaganiach II wojny światowej, ale wręcz dorobiła się na niej kolosalnego bogactwa, z którego zresztą czerpie korzyści do tej pory.

Projekt zakładania terytoriów autonomicznych byłby korzystny nie tylko dla Polski, ale też z cywilizacyjnego punktu widzenia dla goszczącego państwa afrykańskiego. Pod pewnymi względami nasz kraj ma większą łatwość zrealizowania takiego przedsięwzięcia niż nasi sąsiedzi. Niemcom trudno byłoby wejść do Afryki ze względu na złą renomę (II wojna światowa, a także ludobójstwa dokonane w Afryce), Rosja zaś ma problem z zagospodarowaniem bezmiaru własnych terenów. Polska ma czystą kartę, ale potrzebowałaby wsparcia dla swoich działań w Afryce. To oznacza konieczność podjęcia współpracy z państwami ościennymi, a zatem Polska budowałaby nie tylko swoje wpływy w Afryce, ale też dokonywała projekcji wpływów wspierających ją Rosji i Niemiec. Taka kooperacja zagwarantowałaby zbieżność interesów między naszymi państwami nie na lata, a na wieki.

Zamiast się nawzajem wyniszczać Polska, Niemcy i Rosja powinny wypracować model współdziałania zapewniający każdej nacji godne miejsce na świecie. Inaczej stale ktoś komuś będzie podkładał nogę i nikomu nie uda się osiągnąć trwałego sukcesu. Jedynie stos trupów będzie rósł bezsensownie, na co zresztą demograficznie żaden z krajów nie może sobie pozwolić. Wyciągnijmy wnioski z historii, przechytrzmy przeznaczenie i wyrwijmy się wreszcie z błędnego koła wrogości. Stoi przed nami zbyt wiele wyzwań, by tracić energię na jałowe spory. Potrzebujemy wzajemnej uczciwości, solidarności i współpracy, a każdy kraj wkroczy w swój złoty wiek.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Wspomóż nas!

Jeśli czytałeś lub słuchałeś...

Newsletter

Chcesz być na bieżąco?
Zapisz się do subskrybcji!

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej