PATOLOGIA CZY ISTOTA TRANSFORMACJI

PATOLOGIA CZY ISTOTA TRANSFORMACJI- Artur Adamski Wraz ze zbliżającą się trzydziestą rocznicą Okrągłego Stołu przybywa analiz i dyskusji. Środowiska krytycznie oceniające ład III RP w swoich wyliczeniach często posługują się pojęciem „patologie transformacji”. Moim zdaniem niesłusznie gdyż ten proces został przeprowadzony w imponującej zgodzie z intencjami jego kreatorów.

PATOLOGIA CZY ISTOTA TRANSFORMACJI- Artur Adamski

Wraz ze zbliżającą się trzydziestą rocznicą Okrągłego Stołu przybywa analiz i dyskusji. Środowiska krytycznie oceniające ład III RP w swoich wyliczeniach często posługują się pojęciem „patologie transformacji”. Moim zdaniem niesłusznie gdyż ten proces został przeprowadzony w imponującej zgodzie z intencjami jego kreatorów.

Kiedy zdecydowano o „przejściu do III RP”?

Trzeba bardzo nie doceniać rosyjsko-sowieckiej tradycji politycznej, by obserwując bieg zdarzeń, nie uwzględniać zakulisowych sił, służących wpływaniu na ich bieg. Już w XIX w. carska Ochrana, najliczniejsza i najdoskonalsza z ówczesnych tajnych służb, często w sposób mistrzowski kontrolowała ogromną część rzeczywistości imperium ze stolicą w Petersburgu. KGB i PRL-owska bezpieka były kontynuacją tej samej tradycji i nie tworzyły ich półgłówki, jakich ku uciesze gawiedzi obśmiewa się w filmikach tak naiwnych, jak słynne „80 milionów” Jerzego Krzystka.

W 1989, roku rzekomego triumfu Solidarności, nawet najbardziej żałosny z tych „półgłówków z SB” stawał się beneficjentem dożywotnich apanaży, o jakich 99 proc. prześladowanych solidarnościowców do końca życia będzie mogło tylko pomarzyć. Dostrzegajmy nie tylko zbrodnie i cynizm, ale też kunszt naszych przeciwników. Realizowali określone interesy, ale nie byli wariatami, skłonnymi do zawracania Wisły kijem. Dostrzegali nieuchronność politycznych, ekonomicznych czy społecznych procesów. Zdając sobie sprawę z niemożności ich powstrzymania, skupiali się na wyzyskaniu ich z korzyścią dla siebie. Zarazem nigdy nie odstępowali od tej żelaznej zasady wytrawnych polityków, o której polscy przywódcy nie zawsze pamiętają. A jest nią kategoryczny nakaz, by każde posunięcie dawało perspektywę wykonania następnego kroku przynajmniej w dwóch alternatywnych kierunkach. Wszystko, co wiemy dziś więc o planowanych siłowych wariantach rozwoju sytuacji w Polsce drugiej połowy lat osiemdziesiątych, nie stoi w sprzeczności z realizowaniem scenariusza równoległego. Takiego, który w warstwie symbolicznej miał oznaczać triumf Solidarności i ustrojowy przełom, ale zarazem – bezkarność i rolę finansowej elity „nowej Polski” dla kasty wczorajszych „właścicieli Polski Ludowej”.

Kiedy więc zapaść mogła decyzja o „sterowaniu w kierunku ustrojowej korekty”? Zauważmy, że jednym z głównych decydujących o agresji na Węgry był w roku 1956 Jurij Andropow. Ten sam szef sowieckich służb, który w latach 1980-81 jednoznacznie sprzeciwił się wykonania takiej samej operacji przeciw Polsce. Na początku lat osiemdziesiątych część sterników sowieckiego imperium już wiedziała, że i zmiany ustrojowe i częściowy rozkład ich imperium – to procesy nieuchronne. Stąd sięgnięcie do elementarnej zasady, przez carską Ochranę ćwiczonej już w XIX wieku: „Jeśli nie jesteś w stanie czegoś powstrzymać – staraj się stanąć na czele tego czegoś”.

Ze stanu wojennego
w transformację

W roku 1939, gdy Armia Czerwona wzięła do niewoli tysiące polskich oficerów, NKWD przeprowadziło rozmowy ze wszystkimi. Ich wynik decydował o przyszłym losie tych przedstawicieli elity II RP. Większość zamordowano, ale paruset zakwaterowano w tzw. „willi rozkoszy”, oceniając, że będzie można się z nimi porozumieć w celu budowy odpowiadającego Sowietom wariantu przyszłej polskiej państwowości.

Wiele wskazuje na to, że podobną selekcję SB przeprowadzała w Polsce po internowaniu ponad dziesięciu tysięcy działaczy opozycji. Tym razem nie zabijano tych, których uznano za „przypadki beznadziejne”. Zadowalano się zmuszeniem do emigracji, objęciem nadzorem tak ścisłym, że uniemożliwiającym jakąkolwiek niezależną aktywność, dążeniem do skompromitowania a najczęściej – do wymazania ze społecznej świadomości. Pamiętając działalność propagandy lat osiemdziesiątych, trudno się oprzeć wrażeniu, że działania niektórych opozycjonistów celowo nagłaśniano, podczas gdy innych, mimo że działających aktywniej i cierpiących dotkliwsze prześladowania, skazywano na zamilczenie.

O esbeckiej zdolności do kreowania opozycyjnych elit świadczą zresztą już wydarzenia Sierpnia 1980, kiedy to agenci PRL-owskich służb znaleźli się na samych szczytach wszystkich głównych centrów narodowego protestu i to oni składali pierwsze podpisy pod sierpniowymi porozumieniami, zawieranymi z PRL-owskim reżimem. W latach 1982-88 w mnóstwie ustawodawstwa, uchwalanego przez Sejm PRL, rodziły się też zręby przyszłego ładu ustrojowego i gospodarczego. W stanie wojennym utworzony został np. Trybunał Konstytucyjny, który ujawnił się później jako organ „totalnej nadwładzy”. Mimo że nie wybierany przez obywateli – zdolny unieważnić każdy ruch parlamentu. Zamocowanie takiego organu stworzyło sytuację, w której ktokolwiek byłby wybrany i cokolwiek by uchwalił, mogło być przekreślone jedną decyzją. Szereg rozwiązań prawnych już w 1986 roku umożliwiał (pomimo teoretycznie obowiązującego ustroju socjalistycznego) eksploatowanie i przejmowanie państwowych przedsiębiorstw. Z tzw. Ustawy Wilczka z roku 1988 w największej mierze skorzystała właśnie komunistyczna nomenklatura, od momentu jej wprowadzenia mogąca już bez żadnych ograniczeń przeobrazić się w klasę kapitalistyczną. Niemal równocześnie zlikwidowane zostały wydziały milicji, przeznaczone do walki z przestępczością gospodarczą. Przypadek to był czy „wielkie przymknięcie oczu” na grabież dokonującą się już na całego?

Jednym ze znamiennych akordów nowego ładu gospodarczego było powołanie przez grupę członków PZPR Banku Inicjatyw Gospodarczych, do którego, mimo jego symbolicznego zarówno kapitału, jak i infrastruktury, swoje finansowe zasoby złożyło wiele wielkich przedsiębiorstw PRL. Symboliczny był też moment „odpalenia” tego biznesu (czerwiec 1989). Tylko błyskawiczne zyski, płynące z państwowej gospodarki do prywatnych kieszeni nie były symboliczne, ale – kolosalne.

Ład gospodarczy III RP

W 1989 PRL był bankrutem, ale skala produkcji kilku branż stawiała Polskę wśród potentatów w skali kontynentu, a nawet świata. Tempo, w jakim sektory te zostały, najczęściej za niewiarygodnie niską cenę, przejęte przez obcy kapitał prowadzi do wniosku, że operacja, dotycząca naszego przemysłu, przeprowadzana była na szczeblu znacznie wyższym niż krajowy. Branża metalurgiczna czy maszynowa oczywiście wymagały gruntownych reform, ograniczenia marnotrawstwa, redukcji zatrudnienia itd. Miały jednak potencjał, który musiał niepokoić wielkich konkurentów i zapewne z tej przyczyny został on wyeliminowany.

W kilku dziedzinach Polska produkowała też wyroby najwyższych standardów światowych. Należały do nich samoloty rolnicze i sportowe, urządzenia radiowe (np. dzierżoniowskiej Diory) itd. Wytwórcy produktów innowacyjnych wraz z ich biurami technologicznymi, zostali jako pierwsi sprzedani zagranicznej konkurencji i najczęściej szybko przez nią zlikwidowani. Czy jednak zjawiska te nie stanowiły integralnej części przyjętego modelu transformacji? Wystawienie do walki konkurencyjnej ze światowymi kolosami firm wycieńczonych PRL-owskim kryzysem w sposób najoczywistszy było jak wysłanie krasnoludka na ring z Mikiem Tysonem. Unicestwienie wielkiej części polskiej gospodarki nie mogło być więc patologią, ale realizacją czyjegoś planu.

Ład medialny

W 1989 przywilej wydawania gazety otrzymało ściśle określone środowisko. Telewizja „publiczna” (i z takich środków utrzymywana), podobnie jak elektroniczne media prywatne (w dużej mierze rodzące się z firm w czasach PRL-u tworzonych wespół z Jerzym Urbanem) formowane były przez ekipy związane z epoką teoretycznie minioną. Poza tymi potentatami nikt nie posiadał środków ani nie mógł liczyć na porównywalnie zasobnych ogłoszeniodawców, żeby zaistnieć jako ośrodek medialny podobnego kalibru. Do Polaków zewsząd więc płynął przekaz niemal jednorodny. Stąd bez większych przeszkód uczono, że ich ojczyzna jest powodem do wstydu, że kapitał nie ma narodowości, jedyną alternatywą dla planu Sachsa– Balcerowicza jest Białoruś, a zakład pracy jest wart tyle, ile ktoś gotów jest za niego zapłacić. Propagandowy parasol medialnego quasi-monopolu gwarantował budowę pożądanego przez jego kreatorów ładu gospodarczego oraz na wiele lat oddalił ewentualność sukcesu obcych im sił politycznych. Media lokalne znalazły się natomiast w rękach kapitału kraju w najwyższym stopniu zainteresowanego utrwalaniem porządku, stanowionego przez krajowych beneficjentów transformacji. Na tym obszarze także więc wszystko wydarzyło się w zgodzie z przyjętym modelem transformacji.

Sądownictwo

Nie tylko organy ścigania, ale i znacząca część wymiaru sprawiedliwości w Polsce Ludowej stanowiły część komunistycznego aparatu represji. W roku 1986 nie kto inny, ale minister spraw wewnętrznych gen. Czesław Kiszczak zdecydował o amnestii, przy milczeniu wszystkich organów w cywilizowanym świecie do decyzji takich uprawnionych – wymiaru sprawiedliwości, Sejmu czy Rady Państwa. Widać ówczesnym sądom nie dolegało, że to nie one decydują o tym, kto siedzi w więzieniu. Akceptowały, że decyduje o tym „pierwszy milicjant kraju”. Niemała część wyroków, wydanych przez sądy PRL, była zbrodniami czy nawet mordami sądowymi. W 1989 wśród polskich sędziów niemało było takich, którzy osobiście, w odpowiedzi na służbowe polecenia czy polityczne zapotrzebowanie, takie wyroki wydawało. Brak jakiejkolwiek weryfikacji tych kadr oznaczał kontynuację standardów z epoki państwa totalitarnego. Pojawienie się kasty osób bezkarnych, niemożność osądzenia jakichkolwiek komunistycznych zbrodni – nie były patologiami transformacji, lecz stanem przez „transformacyjną elitę” najściślej pożądanym. Nie można tu mówić o grzechu zaniechania, gdyż grzech ten popełnia się na skutek dopuszczenia do zaniedbań. Także w tym przypadku niczego jednak nie zaniedbano. Wręcz przeciwnie – zadbano wręcz pieczołowicie o taki ład, który nie tylko oddaliłby perspektywę sądzenie zbrodniarzy czasu PRL-u, ale umożliwiłby np. głośną dziś „reprywatyzację” nieruchomości Warszawy i innych miast. Skala zjawiska, polegającego na akceptowaniu pełnomocnictw osób od kilkudziesięciu lat nieżyjących czy uznawania za testament wypisu ze szwedzkiego szpitala osoby, która nie tylko nic nie miała wspólnego z daną nieruchomością, ale nawet nie umarła – przemawia za wnioskiem, że mieliśmy do czynienia z realizacją pewnego przyjętego standardu, a nie „patologicznymi wypadkami przy pracy”.

Przed trzydziestoleciem III RP zdajmy sobie sprawę z tego, co naprawdę uległo zmianie w wyniku ustrojowej transformacji. Na pewno w jej ramach, skutkiem ostatecznego przekonania się o nieefektywności upaństwowionych środków produkcji, zakłady pracy przekazano w ręce prywatne. Potęga medialnej przewagi pozwoliła też na rezygnację z otwartego karania więzieniem za głoszenie niewygodnych poglądów. Wprowadzenie możliwości zablokowania każdej decyzji parlamentu pozwoliło na ryzyko wolnych wyborów. Dokonujące się od 1989 roku zmiany dotknęły więc przede wszystkim warstwy symbolicznej. Były też wynikiem otwarcia na niczym nieograniczoną aktywność obcego kapitału. Wszystkie jednak „listy najbogatszych”, charakter wielkich mediów, personalna kastowość prawniczej palestry czy uczelnianych elit świadczą o tym, że oligarchiczny ład III RP wyrasta wprost z poprzedzającego go ładu PRL-owskiego.

To, co zwykliśmy nazywać patologią transformacji – nie jest więc patologią. Już samo to, z jak zmasowaną furią elity III RP bronią wynaturzeń narosłych w Polsce od lat osiemdziesiątych, świadczy o tym, że problemem jest istota pookrągłostołowego ładu, a nie to, co dobrodusznie bierzemy za jej „wypaczenia”.

Zamach w Smoleńsku a sądy i instytucje państwa
Przywrócić sądy Polakom – skrót diagnozy- Stanisław Możejko
Kryzys polityczny w Brazylii
Groźby śmierci wobec prezydenta Dudy

Ta strona używa ciasteczek (cookies), dzięki którym nasz serwis może działać lepiej.

Dowiedz się więcej